Z Murray McDavid po Szkocji (cz. 18)

...

W poprzednich odcinkach:

Przylot, pierwsza destylarnia [cz. 1]

Campbeltown [cz. 2]

Południowa część Islay [cz. 3]

Reszta Islay i Jura [cz. 4]

Oban i Fort William [cz. 5]

Ben Nevis i Mull [cz. 6]

Glenfinnan i Skye [cz. 7]

Północny zachód i północ [cz.8]

Orkady [cz. 9]

Na południe, do Speyside [cz. 10]

Speyside, dzień pierwszy [cz. 11]

Dufftown [cz. 12]

Keith i Rothes [cz. 13]

Do Balmoral [cz. 14]

Aberdeenshire – destylarnie i zamki [cz. 15]

Okolice Elgin [cz. 16]

Wokół Aberlour, w dolinie Spey [cz. 17]

 

 

Ile można siedzieć w Speyside, może ktoś zapytać. No właśnie, ile? Czas najwyższy spakować się i opuścić ten region. Może i nawet wkrótce czas pomyśleć o powrocie do domu? Jednak jeszcze nie dziś. Dziś pojedziemy na południe, zostawiając Speyside za sobą, a zabierając miłe wspomnienia i wszelkie butelki, jakie udało się nam zdobyć – czy to w destylarniach, czy w odwiedzanych po drodze sklepach.

 

Dallas Dhu nie działa już od 1983 roku. W 1986 została otwarta jako destylarnia-muzeum. Od kilku lat mówi się o możliwości powtórnego jej uruchomienia i wznowienia produkcji whisky.

 

Mimo ambitnych planów nie udało się nam zaliczyć kilku godnych zainteresowania destylarni. Być może to efekt miejscowej klęski urodzaju. Jeśli w ciągu kilku godzin można „zaliczyć” kilkanaście destylarni, to zupełnie niedorzeczną wydaje się perspektywa spędzenia godziny za kierownicą po to tylko, żeby zobaczyć kolejne dwie lub trzy. Rzecz nie do pomyślenia w dowolnym innym zakątku Szkocji. Tak właśnie byłoby, gdybym wybrał się na północ od Dufftown, udał się do historycznej destylarni-muzeum Dallas Dhu (która wcale nie znajduje się w mijanej po drodze miejscowości o nazwie Dallas), potem podskoczył do należącej do Gordon & MacPhail Benromach, po czym udał się w stronę Inverness, by zobaczyć Royal Brackla. Niewiele ponad godzinę za kierownicą w jedną stronę. A w drodze powrotnej można pojechać w stronę Elgin i do swojej listy odwiedzonych destylarni dorzucić nowoczesny moloch Roseisle oraz Glenburgie, na którą kilka dni temu zabrakło wyraźnie czasu i ochoty. Łącznie z powrotem do Dufftown, całość zabierze 2 i pół godziny samej jazdy, plus ewentualne postoje przy aż pięciu destylarniach. I to jak zróżnicowanych! Plus przejazd obok kolejnych kilkunastu, które już wcześniej odwiedzaliśmy. Wszystko przy założeniu, że – jak ja – upieramy się na nocowanie w Dufftown i traktowanie tego miasteczka jako naszej bazy wypadowej.

 

Czynnikiem zniechęcającym do takiej wyprawy może być fakt, że spośród wymienionych pięciu gorzelni, zlokalizowanych z grubsza gdzieś na linii Elgin-Inverness, czyli na północ od głównego nurtu Speyside, tylko dwie udostępnione są do zwiedzania – Dallas Dhu i Benromach. Ani jedna, ani druga nie interesuje nas pod kątem tego, co z nich dałoby się ewentualnie zabutelkować pod szyldem Murray McDavid. Dallas Dhu niczego już od lat nie produkuje, a zapasy magazynowe chyba już się niemal kompletnie wyczerpały. Na rynku jeszcze sporadycznie pojawia się jakaś limitowana, rocznikowa edycja (ostatnio chyba w 2014), ale wiele tam już pewno nie zostało. Jeśli chodzi o Benromach, to ta należąca do naszej konkurencji, firmy Gordon & MacPhail, jest zakładem, o którym śmiało można powiedzieć, że jest ciągle „na dorobku”. A więc tak łatwo nie odda swoich destylatów. W tym roku mija 20 lat od kiedy destylarnia na nowo zaczęła produkować whisky, a od niedawna z powodzeniem podbija rynek pod własną marką. Szanujemy konkurencję, trzymamy za nich kciuki, ale na Benromach spod szyldu Murray McDavid nie ostrzymy sobie apetytu.

 

Tak czy inaczej, jedną i drugą destylarnię warto odwiedzić. Ktoś, kto przywykł do robienia ukradkowych ujęć alembików w destylarniach, gdzie fotografowanie jest zabronione, może czuć się trochę nieswojo w Dallas Dhu. Tutaj można fotografować wszystko i wszędzie. Destylarnia i całe jej wyposażenie zostały zachowane w takim stanie, w jakim ją zamknięto w 1983 roku. Ponownie otwarto jej podwoje trzy lata później. Tym razem pod szyldem Historic Scotland, jako swego rodzaju muzeum gorzelnictwa.

 

Z któregoś z widocznych na zdjęciu magazynów pochodzi między innymi Glenburgie 1995 21yo z aktualnej oferty Murray McDavid.

 

Skoro wspomniano o edycjach whisky spod szyldu Murray McDavid, nie można pominąć Glenburgie, destylarni należącej do Pernod Ricard, z której pochodzi 21-letnia whisky, Glenburgie 1995 z beczki po burbonie, wchodząca w skład naszej aktualnej oferty. A jedenaście lat temu, w 2007 roku na rynku pojawiła się Glenburgie 1989 18yo Murray McDavid, finiszowana w beczce po Rivesaltes z Langwedocji-Roussillon. Chochlik drukarski – bo przecież nie niedopatrzenie! – trącił w ramię naszego grafika przygotowującego etykietę, i wyszło Glenburghie. I nikt się nie zorientował!

 

Tymczasem jednak wsiadam do samochodu zaparkowanego przed Parkmore Distillery Manager’s House, moim domem podczas pobytu w Speyside, i ruszam w drogę powrotną na południe. Nie oznacza to, że nie wstąpię już do żadnej więcej destylarni w Speyside. Bynajmniej. Ale tak, to już pożegnanie z tym regionem. A za niedługo pożegnanie ze Szkocją.

 

Wiem, nie wybrałem się do kilku destylarni położonych na południowy wschód od Speyside. Właściwie mógłbym zrobić sobie objazdówkę i zaliczyć najpierw położoną na zupełnym destylarnianym uboczu gorzelnię Knockdhu, a potem ruszyć do zlokalizowanej w nadmorskim Banff destylarni Macduff. A jakby się tak rozpędzić, to może i zobaczyć kilka miejsc niezwiązanych z whisky, a jednak atrakcyjnych i wartych odwiedzenia. Jak na przykład przepiękna, usytuowana u stóp klifu plaża Sunnyside koło Cullen i znajdujące się nieopodal – na klifie – ruiny zamku Fandlater. Tuż obok miejscowość Sandend i kolejna piękna plaża. Szkockie plaże na wybrzeżu Morza Północnego nie mają jednak już tego uroku, co te rozsiane wzdłuż zachodniego wybrzeża. Samo morze nie jest tak lazurowe, w tle nie widać żadnych wysp, czy wystających z morza skał, a i sama woda jest zimniejsza. Prąd Zatokowy na zachodzie Szkocji zdecydowanie poprawia wrażenie termiczne, nawet jeśli się nie planuje kąpieli, a tylko moczy nogi w falach. Co nie zmienia faktu, że i na wybrzeżu Morza Północnego potrafi być urokliwie i warto się o tym naocznie przekonać. Albo przynajmniej zahaczyć o Cullen i zjeść tam talerz cullen skink, przepysznej zupy rybnej pochodzącej właśnie z tej miejscowości.

 

Roseisle, zlokalizowana niedaleko Elgin destylarnia uruchomiona przez Diageo w 2009 roku, w niczym nie przypomina niewielkich, często rzemieślniczych w charakterze nowo powstających wytwórni whisky. Wydajność tej fabryki to 12,5 mln litrów czystego alkoholu rocznie. Więcej produkuje tylko Glenfiddich.

 

Potem można by udać się do GlenDronach, destylarni z której whisky cieszy się ogromną popularnością, a samo miejsce już niekoniecznie ociera się o turystyczne szlaki wielbicieli whisky. Gdy byłem tam kilka lat temu, byłem jedynym gościem, dzięki czemu miałem dla siebie całą uwagę przewodniczki. I bardzo hojny poczęstunek. Może więc warto tam czasem wpaść?

 

Z GlenDronach do Glen Garioch – tam również czeka Visitor Centre i ciepłe przywitanie. I poczęstunek. Już o tym nie raz wspominałem – destylarnie leżące z dala od utartych szlaków zwykle potrafią docenić wysiłek włożony w dotarcie do nich. A więc wysiłek taki podjąć warto. O rozsianych po okolicy urokliwych zamkach na pewno wspominałem. Trudno się tu od nich opędzić, naprawdę.

 

Jednym z takich zamków jest Dunnottar. Jeśli zdecydowaliśmy się na wycieczkę wzdłuż wybrzeża Morza Północnego, to prędzej czy później trafimy na niewiarygodne korki na A90, w teorii stanowiącej obwodnicę Aberdeen, jednego z brzydszych miast Szkocji. Ale jak już uda się nam przebić na południe, to już niedaleko do Stonehaven, a tam w pobliżu już brązowe drogowskazy pokażą, którędy do Dunnottar. Mroczne, malownicze, usytuowane na klifowym cyplu wbijającym się w morze. Ze wszech miar cudowne miejsce. A jeśli ktoś oglądał i zachwycał się młodym Hamletem w wykonaniu Mela Gibsona (reż. Franco Zeffirelli, 1990), to tym bardziej. Sporo scen do tego filmu nakręcono właśnie w Dunnottar. Niewykluczone jest, że wielki Mel właśnie na planie Hamleta w szkockich plenerach zapałał tą miłością do Szkocji, której efektem był obraz Braveheart z 1995 roku.

 

W Sandend spotkałem prawdziwych surferów.

 

Zanim jednak Aberdeen, Portnahaven i Dunnottar, warto również wpaść do Ellon. Taka nieduża miejscowość na północ od Aberdeen. Na mapie szkockiej whisky pojawiła się niedawno – funkcjonująca tam destylarnia Lone Wolf uruchomiona została dwa lata temu. Tak się złożyło, że pierwszy raz odwiedziłem to miejsce w dzień po próbie szczelności aparatury odpędowej. Alembiki i kolumny rektyfikacyjne jeszcze były zaparowane od wewnątrz. Wkrótce potem popłynął z nich pierwszy destylat.

 

Nazwa Lone Wolf nic nam nie mówi? W takim razie może spróbujmy BrewDog. Lone Wolf jest maleńką, ale niezwykle ambitną destylarnią, uruchomioną właśnie przez browar BrewDog, którego siedziba i główny zakład produkcyjny znajduje się właśnie w Ellon. I żeby nie było, że póki co, BrewDog nie ma nic wspólnego z whisky – podczas ostatniej wizyty kupiłem tam przepyszne piwo warzone z dodatkiem soku z agawy, leżakowane w beczkach po torfowej whisky z Islay i po łagodniejszej whisky ze Speyside. Ship Wreck to coś się nazywało, i mnie osobiście wręcz zachwyciło. Polecam szczerze. Jak i ogóle odwiedziny w tym miejscu w ogóle.

 

Chaotycznie jakoś ta podróż w ostatnich akapitach mi idzie, prawda? Wszystko przez to, że wcale w te miejsca już tym razem nie jadę. Ja sobie tylko o nich rozmyślam podczas podróży drogą A95, w górę rzeki Spey, w stronę Grantown-on-Spey, Aviemore i Newtonmore, by wreszcie udać się na południe, w stronę Edynburga i na zawsze opuścić Speyside, region whisky płynący. Po drodze mijam destylarnie, które już znam na pamięć – od Glenfiddich, przez Balvenie, Convalmore (Kininvie nie widać z drogi), Craigellachie, Aberlour, drogowskaz w lewo do Glenfarclas, ciągle lśniąca nieskazitelną bielą Ballindalloch, dym z komina unoszący się nad drzewami gdzieś tam, gdzie z pewnością stoi Cragganmore, wreszcie Tormore. Ta ostatnia mówi mi, że kraniec Speyside już bliski.

 

Cullen nad Morzem Północnym. Stąd pochodzi słynna na cały świat cullen skink.

 

Ach, jakie to mylne wrażenie, jak łatwo dać się nabrać! Rzeczywiście, dla wielu osób odwiedzających Speyside, Tormore jest pierwszą destylarnią na ich drodze. Cóż, że zamkniętą dla turystów, cóż, że kompletnie niepodobną do żadnej innej. Stoi sobie przy samej głównej drodze i nie sposób przejechać obok niej obojętnie. No i to od niej zaczyna się całe gorzelniane pasmo, które przed chwilą wymieniłem w kolejności odwrotnej. Ale… Przede mną jeszcze Balmenach w Cromdale (ponad 10 km dalej) i Speyside w Kingussie (lekko licząc, kolejne 45 km dalej). I to ciągle jest Speyside. Na dobrą sprawę, obydwie znajdują się bliżej brzegu rzeki-matki regionu niż większość odwiedzanych wcześniej speysiderów. A i to jeszcze nie koniec Speyside. Ale po kolei.

 

O ile Balmenach jest destylarnią, o której łatwo zapomnieć – nie robi większego wrażenia wizualnie, trzeba zjechać z głównej drogi, żeby do niej dotrzeć, no i nie wolno wejść do środka na zwiedzanie, o tyle rzecz ma się zupełnie inaczej w przypadku Speyside. Ta piękna gorzelnia to zespół starych, kamiennych budynków. Nie znajdziemy tu, co prawda, tradycyjnego budynku suszarni słodu, zwieńczonego dachem w kształcie pagody, jednak malownicze budynki, przepływający przez teren zakładu potok, a na nim ogromne młyńskie koło – wszystko to sprawia, że Speyside Distillery to miłe oku miejsce, ciche i nie zadeptane przez turystów.

 

Zarówno Balmenach, jak i Speyside – mimo iż nie są najpopularniejszymi destylarniami w Speyside – znalazły się wśród destylarni, których produkty opatrzono logo Murray McDavid. W ostatniej edycji naszych whisky, w linii Benchmark, pojawiła 8-letnia Balmenach 2008, finiszowana w 110-litrowych beczułkach po burbonie z destylarni Koval w Chicago. A whisky ze Speyside? Well, that’s a Mystery…

 

Zamek Dunnottar nieopodal Stonehaven, nieco na południe od Aberdeen. Tu kręcono m.in. Hamleta w reżyserii Franco Zefirrellego.

 

Wydawać by się mogło, że przystanek w Speyside Distillery jest już stanowczo ostatnim akcentem naszej wizyty w Speyside. Jednak nic bardziej mylnego. Przed nami jeszcze jedna gorzelnia tego regionu. Co więcej, do niedawna nawet przez właściciela uznawana za destylarnię z Highlands, nie Speyside. Ale bez pośpiechu, krok po kroku.

 

Ze Speyside wracam na drogę A9, główny trakt wiodący na południe. Uważny czytelnik być może zauważy, że na A9 już byliśmy. Wieki temu, wydaje się, nieco na południe od Wick (gdzie destylarnia Pulteney) wjechaliśmy na nią i poprowadziła nas wprost do Inverness i niemal do samej destylarni Tomatin. Zjechaliśmy z niej kierując się do Speyside. No, prawdę mówiąc, zjeżdżaliśmy z niej parę razy – a to do Dornoch, a to do GlenWyvis, do Glen Ord, Teaninich, Balbair, czy wreszcie do Tomatin.

 

Tak czy inaczej, jesteśmy z powrotem na głównej drodze łączącej północne wybrzeże z Perth, gdzie zamienia się w autostradę M90 i wiedzie dalej do Edynburga. A później wieść o niej ginie. I lepiej puścić się M8 w stronę Glasgow i kontynuować podróż na południe autostradą M74 w stronę Lockerbie, Gretna Green i Carlisle (uwaga: to już w Anglii), niż szukać szczęścia na drogach wiodących wprost na południe ze stolicy Szkocji. Chyba że nigdzie się nam nie spieszy, a po drodze jeszcze mamy coś konkretnego do zobaczenia. Na przykład, rynek w Galashiels, wyłożony płytami chodnikowymi z cytatami z Misplaced Childhood zespołu Marillion.

 

Alembiki w GlenDronach.

 

Tymczasem muszę się uporać z powrotem na A9 ze Speyside Distillery. Wbrew pozorom, nie jest to takie proste. Owszem, do samej A9 prowadzi mniej więcej prosta droga, ale… przebiega ona pod A9, bez żadnej możliwości wjazdu na nią. Trzeba spokojnie jechać przed siebie, przejechać mostem nad rzeką Spey, dotrzeć do centrum Kingussie, tam skręcić w prawo, w główną drogę przebiegającą przez miasteczko, po czym… znowu przejechać pod A9 (ktoś przypomina sobie mit o Tantalu?), za chwilę znowu skręcić w lewo, na kolejnym rozwidleniu znowu w lewo – i jesteśmy wreszcie na A9. Naprawdę, są momenty, kiedy nawigacja satelitarna przydaje się bardziej niż można to sobie wyobrazić. Albo pilne śledzenie informacji znajdujących się na drogowskazach – na jedno w sumie wychodzi.

 

Nie byłoby tego zamieszania, gdybyśmy się nie uparli na wizytę w destylarni Speyside. Na A9 wjechalibyśmy tuż przed Aviemore i właściwie już na dłużej byśmy się z nią nie rozstawali. A skoro mowa o Aviemore – mimo iż właściwie powinniśmy zostawić miasteczko nieco z boku i rzeczywiście pakować się jak najszybciej na w miarę wygodną drogę A9, warto tu zajrzeć z dwóch powodów. Pierwszym z nich jest rozpoczynający się właśnie tutaj, wspominany co najmniej kilka razy szlak Speyside Way. Niektórzy mówią, że właściwie to on się tutaj kończy, ale nie róbmy z tego zagadnienia. Gdzieś na rogu Dalfaber Drive i Grampian Road, obok rękodzielniczego zakładu i sklepu Spey Valley Embroidery, po raz pierwszy (albo ostatni) mamy szansę natknąć się na charakterystyczne logo, stylizowany kwiat ostu, służące do oznakowania nielicznych szlaków turystycznych w Szkocji.

 

Drugim powodem do wizyty w Aviemore jest browar Cairngorm Brewery. Co prawda, znajduje się on na dość mało atrakcyjnym terenie miejscowego parku technologicznego, jednak wizyta w nim dla wielu równoznaczna jest z trafieniem do raju. Browar można zwiedzać, ale przede wszystkim, można się tu zaopatrzyć w jego produkty po bardzo atrakcyjnych cenach. Możliwość zakupu koszulki z logo browaru i etykietą jednego ze sztandarowych produktów browaru – piwa Sheepshagger’s – jest już bonusem dodatkowym. Tak, tak, piwo nazywa się Sheepshagger’s. I świetnie smakuje.

 

Piwo Sheepshagger's z browaru Cairngorms znaleźć czasem można w pubach w Inverness.

 

Za dużo dygresji, wracajmy na trasę. Kiedy już szczęśliwie dotrzemy do A9, nie ma co się za bardzo rozpędzać. Głównie dlatego, że miejscowe służby drogowe poustawiały na naszej trasie – czysta, małpia złośliwość przecież! – radary odcinkowego pomiaru prędkości. W powiązaniu ze znakami ograniczenia prędkości zwykle. No i do nich trzeba się przyzwyczaić. Będą nam towarzyszyły do samego Edynburga. Drugim jednak powodem jest znajdujący się kilka kilometrów dalej, po prawej stronie drogi, kompleks śnieżnobiałych budynków, zwieńczonych dwoma klasycznymi pagodami. Destylarnia Dalwhinnie. Żeby do niej dotrzeć najkrótszą drogą, z A9 trzeba zjechać na długo zanim widoczne będą owe budynki i pagody. Jeśli jednak zdarzy nam się przegapić ten wielki, brązowy drogowskaz – nic straconego. Do Dalwhinnie można dotrzeć zjeżdżając z głównej drogi już po przejechaniu przepięknego widoku destylarni na tle gór. Kosztować nas to będzie dodatkowe 2-3 kilometry jazdy, ale widok z głównej drogi na destylarnię jest tego wart.

 

O destylarni Dalwhinnie niewiele chyba trzeba mówić. Jest to jedna z tych szkockich gorzelni, które łączą w sobie dwie przeciwności. Z jednej strony, jest to przepiękne miejsce, jedna z najładniejszych destylarni (tak, tak, wiem, nie zapominajmy o Strathisla). Nieskazitelna biel budynków, dwie zgrabne pagody, kadzie wężownic skraplaczy na zewnątrz hali alembików, do tego urokliwa lokalizacja. Wszystko to sprawia, że w Dalwhinnie chce się zatrzymać i spędzić trochę czasu. Z drugiej strony, należąca do Diageo destylarnia położona jest tuż przy ruchliwym szlaku komunikacyjnym. Autokary pełne turystów, tłumy w Visitor Centre, a co za tym idzie – adekwatne podejście obsługi. Jeśli oczekujemy spersonalizowanego podejścia i luźnej atmosfery podczas zwiedzania, możemy się srodze rozczarować. O ile mnie pamięć nie myli, Dalwhinnie była pierwszą destylarnią, w której zetknąłem się z zaznaczonym na podłodze szlakiem dla zwiedzających, z którego nie wolno nam zejść ani na krok. No i zapomnijcie o fotografowaniu czegokolwiek. Być może informacje te są nieaktualne, być może w Dalwhinnie poszli jednak po rozum do głowy i dali sobie spokój z promowaniem atmosfery wycieczki szkolnej. Mam nadzieję. Ja od dobrych kilku lat radzę sobie z pokusą wejścia po raz kolejny do środka, na zwiedzanie. Dalwhinnie jest wystarczająco piękna z zewnątrz.

 

Aha, a wspominałem już o tym, że Dalwhinnie jest destylarnią położoną w regionie Speyside? Owszem, na samym jego krańcu, ale jednak w Speyside. I niech nikogo nie zwiedzie pozycjonowanie oficjalnej wersji tutejszej 15-letniej single malt jako przedstawicielki Highlands w zestawie Classic Malts of Scotland (Speyside reprezentuje tu Cragganmore). Dalwhinnie to ciągle Speyside.

 

W tych ogromnych drewnianych kadziach znajdują się wężownice skraplaczy Dalwhinnie. A wewnątrz budynku, tuż za tą ścianą - alembiki.

 

Jedziemy dalej, na południe, południowy wschód. Poszukiwaczy zapierających dech w piersiach widoków posłałbym albo w lewo od A9, w góry Cairngorms, które objeżdżamy wielkim łukiem, a których ośnieżone szczyty majaczą w oddali, albo w prawo, nad jeziora i w doliny górskie środkowych Highlands. Loch Ericht, długaśnie jezioro rynnowe, z którego po obu stronach wyrastają niebosiężne góry, zaczyna się tuż obok Dalwhinnie i ciągnie na południowy zachód. Jednak tutaj w najciekawsze miejsca trzeba już organizować sobie wyprawę – pieszo, może rowerem. Z samochodem już mogą być problemy. A okolica przepiękna i – w związku z niełatwą dostępnością – chyba ostatnia w miarę dzika i niezadeptana. Bo dalej na południe to już…

 

Wszystkie te okrzyczane i dokładnie opisane w przewodnikach i turystycznych portalach Loch Garry, Loch Rannoch, Loch Tummel, Loch Tay i wszelkie Queen’s View, Castle Menzies czy Scone Palace – są przepiękne, owszem. I zatłoczone do granic możliwości. Opisane i obfotografowane, więc nie ma większego sensu o nich tutaj pisać. Wystarczy otworzyć sobie Google i poszperać. Dość powiedzieć, że swego czasu dłużej zajęło mi szukanie miejsca do zaparkowania przy Scone Palace w Perth niż zwiedzanie samego zabytku. I gdyby nie wystawa storczyków na terenach pałacowych, to chyba bym żałował, że tam w ogóle zjechałem.

 

Tymczasem jednak nie skończyła się nasza wyprawa po destylarniach. Przed nami jeszcze kilka, zanim na dobre opuścimy kolejny region – Highlands. Kiedy przejeżdżamy przez – a właściwie obok – miejscowość o swojsko brzmiącej nazwie Blair Atholl, nie szukajmy gorączkowo drogi do destylarni o niemal tej samej nazwie, Blair Athol. Destylarnia znajduje się zupełnie gdzie indziej i w odpowiednim czasie do niej dotrzemy. Wkrótce. Tymczasem docieramy do urokliwej, wyraźnie turystycznej miejscowości Pitlochry. Dojeżdżając do niej bez trudu dostrzeżemy brązowe drogowskazy, kierujące nas do Edradour. Wystarczy podążać za nimi, nawet jeśli droga wyda się nam w pewnym momencie podejrzanie podrzędna, a z całą pewnością wkrótce trafimy niemal wprost na parking pod Edradour.

 

Destylarnia Edradour w pobliżu Pitlochry jeszcze do niedawna szczyciła się mianem najmniejszej wytwórni whisky w Szkocji.

 

Edradour – mimo iż z oczywistych względów w ofercie Murray McDavid nie znajdziemy tutejszej whisky – odwiedzić trzeba koniecznie. Te oczywiste względy to przede wszystkim wielkość produkcji – zanim jeszcze zaczął się boom na nowe, miniaturowe czasami destylarnie – Edradour dumnie nosiła miano najmniejszej destylarni whisky w Szkocji. Świetnie zresztą udowadniała prawdziwość kingsajzowego twierdzenia, że małe jest piękne. Rzeczywiście, Edradour to jedno z bardziej urokliwych miejsc na destylarnianej mapie Szkocji. Drugi powód braku tutejszej whisky w ofercie Murray McDavid jest taki, że Edradour – podobnie, jak wspominana nie tak dawno Benromach – należy do naszej szacownej konkurencji, niezależnego dystrybutora whisky, firmy Signatory. A konkurencję się jak najbardziej szanuje, ale raczej nie sprzedaje się jej swojej whisky. To ostatnie w świecie szkockiej whisky nie jest tak do końca prawdą, ale to osobna historia. Tutaj jednak się sprawdza.

 

Kiedy po raz pierwszy odwiedziłem Edradour – a było to 18 lat temu – wstęp tutaj był bezpłatny. Pod okiem fachowego przewodnika zwiedziliśmy wszystkie pomieszczenia produkcyjne i trafiliśmy do recepcji na poczęstunek. Wszystkie pomieszczenia produkcyjne w Edradour to aż… jedno. Od kadzi zaciernej przez kadzie fermentacyjne po dwa alembiki – wszystko mieści się w jednym niewielkim budyneczku. Alembiki są iście miniaturowe – najmniejsze dopuszczone prawem. Pochodzący z nich destylat chłodzony i skraplany jest w wężownicach, znajdujących się w kadzi na tyłach budynku. Od czasu mojej pierwszej wizyty wiele się tutaj jednak zmieniło. I nie mówię o planach rozbudowy destylarni, ani nawet o konieczności uiszczenia opłaty za zwiedzanie. W jednym z nieużytkowanych pomieszczeń otwarto tu bar, w którym można oddać się degustacji różnorodnych edycji miejscowej whisky, oferowanej w dziesiątkach różnych wersjach, finiszach, wiekach, itp. A jako że właściciel tego biznesu, firma Signatory, butelkuje również whisky pochodzące z innych gorzelni, kiedy ostatnio byłem w Edradour, oferta owego baru była co najmniej imponująca. Gdzieś tam po drodze nastąpił mały zgrzyt, kiedy okazało się, że kasę biletową ustawiono przed barem, a więc nawet jeśli ktoś nie chciał już – po raz enty, na przykład – zwiedzać destylarni, musiał zapłacić za zwiedzanie, jeśli chciał wejść do baru. Posunięcie dość wredne, bo gdy przyjeżdża się z kumplami i chce się po prostu posiedzieć i odpocząć, poza barem nie ma zwyczajnie gdzie przycupnąć. Nie wiem czy właściciele nie wycofali się z tego dość kontrowersyjnego pomysłu od mojej ostatniej wizyty. Mam nadzieję, że tak. Jednak warto pamiętać, że istnieje niebezpieczeństwo pozostawienia siebie samego na lodzie (albo w deszczu), jeśli na zwiedzanie nie chcemy się zdecydować. Wokół Edradour szumią łany zbóż na polach i szumi wiatr w gałęziach drzew. Innymi słowy – nie ma gdzie się podziać.

 

Parkingi wokół Scone Palace w Perth potrafią być bardzo zatłoczone.

 

Z Edradour do Blair Athol w prostej linii jest może półtora kilometra, nie więcej. Przepływający przez Edradour potok Edradour Burn płynie niemal wprost do Blair Athol i wpada do rzeki Tummel najwyżej 200 metrów od parkingu Blair Athol. Podobno pieszo można dotrzeć z jednej do drugiej w około kwadrans. Szczególnie jak się idzie z górki, z Edradour do Blair Athol. Podobno, nie sprawdzałem. Jednak jeśli jesteśmy zmotoryzowani, czeka nas powrót do Pitlochry i przejazd na południowo-wschodnie przedmieścia miasteczka, gdzie znajduje się Blair Athol. Gwoli ścisłości, można pojechać w drugą stronę – z Edradour puścić się dalej na wprost, bez zawracania, i dotrzeć do Blair Athol od drugiej strony, jednak nie polecam. Miejscami trzeba się tam przeciskać naprawdę wąską dróżką, porośniętą wysokimi żywopłotami z obu stron. Ryzyko porysowania karoserii samochodu jest zbyt duże, by je podejmować. Szczególnie jeśli przyjdzie nam się gdzieś tam po drodze, na tych wąziutkich odcinkach mijać z innym samochodem. A jeśli nie wykupiliśmy pełnego ubezpieczenia wypożyczanego samochodu, nasza wyprawa do Szkocji może okazać się o wiele droższa niż planowaliśmy.

 

Tak czy owak, powrót do Pitlochry tą samą drogą, którą dotarliśmy do Edradour, ma jeszcze jeden plus. Jadąc w tamtą stronę spieszyło się nam, by jak najszybciej dotrzeć do destylarni. Obojętnie minęliśmy więc hotel i pub Moulin, przybytek zlokalizowany w XVII-wiecznym budynku. W drodze powrotnej czujemy, że czas najwyższy rozejrzeć się za jedzeniem. No i ten Moulin pasuje nam teraz jak znalazł. Świetne jedzenie, niesamowite wnętrza o niskich stropach – nie tylko goście obdarzeni wysokim wzrostem muszą uważać na drewniane belki stropowe – no i wyśmienite, warzone lokalnie piwo. No po prostu trzeba się tu zatrzymać.

 

Destylarnia Blair Athol w Pitlochry. Piękne i przyjazne miejsce.

 

Posileni, możemy kontynuować naszą podróż. Po dotarciu do głównej ulicy przecinającej Pitlochry, Athol Road, skręcamy w nią w lewo i już wkrótce po lewej stronie dostrzegamy charakterystyczne budynki destylarni Blair Athol. Przysadzistych, dość ponurych, kamiennych budynków destylarni nie da się pomylić z niczym innym. Trzeba minąć cały kompleks, by dotrzeć na znajdujący się po drugiej stronie parking dla gości destylarni. Znajdująca się w rękach Diageo, największego producenta szkockiej whisky, Blair Athol jest bodaj najbardziej przyjaznym miejscem w całym portfolio koncernu. W recepcji ustawiono niezwykle pomysłowy bar, wykonany ze starej, wycofanej z produkcji, miedzianej kadzi zaciernej. Tuż za niewielkim dziedzińcem wewnętrznym znajduje się nieźle zaopatrzony sklep. Zwiedzanie fachowe, a pracownicy – mimo usytuowania przy głównym szlaku komunikacyjnym i z całą pewnością zawalenia przypadkowymi turystami – potrafią rozpoznać komu warto poświęcić więcej czasu i uwagi, a nie tylko udzielać standardowych, zdawkowych odpowiedzi. Niestety, zakaz fotografowania obowiązuje i tu. Choć raz czy dwa udało mi się go obejść.

 

Tak na marginesie, naprzeciwko wyjazdu z parkingu znajduje się stacja benzynowa. Warto jej nie przegapić, jeśli wybieramy się gdzieś dalej. Polscy kierowcy miewają dość beztroskie podejście do kwestii tankowania samochodu. Zawsze przecież gdzieś po drodze, szczególnie przy głównym trakcie, znajdzie się stacja benzynowa. I jak będzie trzeba, to nie tylko na niej zatankujemy, ale i kupimy coś do jedzenia, prasę, czy żarówkę do wymiany w reflektorze. W Szkocji tak nie jest. Jeśli mamy, powiedzmy, pół baku paliwa, w planach nieco dłuższą drogę, a akurat przejeżdżamy obok stacji benzynowej – polecam zatankować. Akurat w tej chwili wybieramy się na południe, gdzie o możliwość zatankowania bez porównania łatwiej, ale mimo to lepiej jechać z pełnym bakiem niż znaleźć się w nieprzyjemnej sytuacji i gorączkowo szukać paliwa, szczególnie w godzinach wieczornych. Tak tylko wspominam. Żeby nie było, że nie mówiłem.

 

Słynny bar, wykonany ze starej kadzi zaciernej, zaprasza na drama w recepcji destylarni Blair Athol w Pitlochry.

 

Z Pitlochry, spod Blair Athol, wracamy na główną trasę i już wkrótce pędzimy co koń wyskoczy opuszczoną przed Pitlochry A9. Drodze tej zdarza się raz po raz zamieniać w drogę dwupasmową, więc nawet jeśli wpakujemy się w gęsty ruch lub za plecy jakiegoś zawalidrogi z przyczepką kempingową, wystarczy odrobina cierpliwości. Za parę kilometrów będzie szansa wyprzedzić. Bo w ruchu dwukierunkowym zwykle nie ma nawet co o tym myśleć. Zresztą, nie ma co się jakoś specjalnie rozpędzać. Wkrótce kolejna destylarnia, Aberfeldy. A żeby do niej dotrzeć, trzeba będzie zjechać z A9 w drogę A827 i przejechać kilkanaście kilometrów na zachód. Aberfeldy jest pierwszą większą miejscowością przy tej trasie, a destylarnia nazwana od miejscowości, znajduje się tuż przy głównej drodze, kawałek przed samym miasteczkiem.

 

Zbudowana na fali boomu whisky pod koniec XIX wieku, Aberfeldy szczyci się klasyczną urodą tego typu przybytków – zgrabne budynki, charakterystyczna pagoda. Gruntowny remont, jaki przeszła w latach siedemdziesiątych, czyli prawie sto lat po uruchomieniu, to z kolei pięknie oszklona hala alembików, dzięki czemu wygląda ona iście zjawiskowo, w szczególności wieczorem. Oświetlona hala produkcyjna, widoczne od strony głównej ulicy ogromne miedziane kotły. Produkowana tu whisky do niedawna niemal wcale nie była dostępna jako single malt. Chlubnym wyjątkiem była Aberfeldy 15yo Flora & Fauna. No i stosunkowo nieliczne edycje niezależne. Niemal cała produkcja wykorzystywana była do sporządzania blendów, w tym przede wszystkim tych spod marki Dewar’s. Nic dziwnego, że gdy zakład przejęty został przez Bacardi, wkrótce miejscowe Visitor Centre zostało rozbudowane i przekształcone w swego rodzaju muzeum whisky mieszanej. Dewar’s World of Whisky, bo tak nazywa się ów przybytek, otwarte zostało w 2000 roku.

 

W hali alembików destylarni Aberfeldy.

 

Podobnie jak wcześniej w przypadku Glenfiddich – choć tam nikt nie odżegnuje się od oryginalnej nazwy miejscowej whisky słodowej na rzecz marki blendu – Dewar’s World of Whisky jest miejscem ze wszech miar godnym odwiedzenia. Mam na myśli dużą turystyczną atrakcję, w której nie zagubiono ducha szkockiego gorzelnictwa mimo skali przedsięwzięcia. Owszem, zorganizowane jest z myślą o rzeszach turystów niekoniecznie pasjonujących się whisky słodową, owszem, spory akcent kładziony jest na zestawianie blendów i ich komponowanie. Jednak całość zrobiona jest rzeczywiście atrakcyjnie, a prowadzona fachowo. Z jednej strony, nie ma się tu poczucia, że się jest traktowanym per noga, a z drugiej – nie ma też mowy o usilnych próbach wciskania kitu naiwnym. Przyjemnie i pożytecznie spędzony czas.

 

Aberfeldy to również miasteczko, w którym znajdziemy bogatą ofertę pensjonatów B&B. A że czas najwyższy poszukać sobie miejsca na nocleg, tym się właśnie zamierzam teraz zająć. W Highlands zostały nam jeszcze trzy destylarnie, zanim opuścimy region i rzucimy się w ramiona prężnie ostatnio rozwijającym Lowlands. Ale to już nie dzisiaj. To już w następnym odcinku. Odcinku, który ma szansę być już ostatnim etapem naszej podróży. Ale o tym za jakiś czas. Tymczasem kwateruję się w Aberfeldy, kombinuję co tu zrobić, by w dalszą trasę nie jechać zatłoczoną A9, by wprowadzić jakieś urozmaicenie w te gorzelnicze peregrynacje. I chyba już wiem. Do poczytania wkrótce!

 

Ekspozycja poświęcona sensoryce w Dewar's World of Whisky, funkcjonującym w destylarni Aberfeldy.

 

 

[cz. 1] [cz. 2] [cz. 3] [cz. 4] [cz. 5] [cz. 6] [cz. 7] [cz. 8] [cz. 9] [cz. 10] [cz. 11] [cz. 12] [cz. 13] [cz. 14] [cz. 15] [cz. 16] [cz. 17] [cz. 18] [cz. 19] [cz. 20]

Ostatnie wiadomości

W galeriach...