Z Murray McDavid po Szkocji (cz. 17)

...

W poprzednich odcinkach:

Przylot, pierwsza destylarnia [cz. 1]

Campbeltown [cz. 2]

Południowa część Islay [cz. 3]

Reszta Islay i Jura [cz. 4]

Oban i Fort William [cz. 5]

Ben Nevis i Mull [cz. 6]

Glenfinnan i Skye [cz. 7]

Północny zachód i północ [cz.8]

Orkady [cz. 9]

Na południe, do Speyside [cz. 10]

Speyside, dzień pierwszy [cz. 11]

Dufftown [cz. 12]

Keith i Rothes [cz. 13]

Do Balmoral [cz. 14]

Aberdeenshire – destylarnie i zamki [cz. 15]

Okolice Elgin [cz. 16]

 

 

Zaplanowana na dziś trasa świetnie pokazuje  co wielbicielom whisky ma do zaoferowania Speyside. Zgodnie z tym, co mówi mi mapa Google, mam do przejechania około 40 mil, czyli jakieś 64 km. Jest to do zrobienia w około półtorej godziny jazdy. Nie licząc postojów, naturalnie. Na tej trasie zobaczę 9 destylarni i pozostałości dziesiątej. A gdyby policzyć te, które już widziałem, a dzisiaj będę mijał ponownie, to byłoby tego łącznie bodajże 18 – bo przecież nie będę już liczył (w kolejności, w jakiej je mijam) Parkmore, Glendullan, Glenfiddich, Balvenie, Kininvie, Convalmore, Craigellachie i Aberlour. To wszystko w półtorej godziny, czyli tak spokojnie między śniadaniem a lunchem. To jest potęga Speyside.

 

Niestety, wiele na to wskazuje, że zabawa rzeczywiście nie zajmie mi dużo czasu – na całej trasie mam tylko trzy destylarnie, które są otwarte dla zwiedzających, więc gdyby wszystko dobrze zaplanować, to naprawdę mógłbym się uwinąć między śniadaniem i lunchem. Naturalnie, nie da się w żaden sposób tak zgrać godzin wejścia na zwiedzanie, by było to możliwe, teoretycznie jednak – wyjeżdżając ok. 9:00 mógłby po drodze wpaść do Glenfiddich i zarezerwować sobie stolik w tamtejszej restauracji na 14:00. I wcale nie musiałbym się spieszyć.

 

Nie mam jednak zamiaru gnać na złamanie karku. Co to, to nie. Tym bardziej, że pogoda sprzyja, zapowiada się cudowna przejażdżka wśród wzgórz i pół centralnej części Speyside. Tradycyjnie wyruszam z Parkmore, po drodze mijam Glendullan (pomiędzy drzewami widać budynki starej, oryginalnej destylarni i charakterystyczną pagodę), skręcam w prawo, przejeżdżam obok Glenfiddich, gdzie budowa nowej hali alembików już jest na wykończeniu, potem znowu w prawo, w główną drogę wiodącą do Craigellachie. Choćbym nie wiem jak się starał, po prawej stronie mijam Balvenie. Kininvie, co prawda, nie widać z drogi, ale ja wiem – ja po prostu to wiem – ona tam jest. W głębi, za Balvenie, trochę wstydliwie schowana, wciśnięta w kąt, przysłonięta drzewami i magazynami. Dalej Convalmore – tej nie da się nie zauważyć z drogi.

 

Easter Elchies House - budynek, którego wizerunek widnieje na etykietach whisky Macallan. Niegdyś tutaj przyjmowano gości. d tamtej pory dużo się tu zmieniło. Nie tylko w kwestii podejmowania turystów. Za budynkiem teren zaczyna dość gwałtownie opadać, aż dociera do rzeki Spey, która znajduje się około pół kilometra od tego miejsca. Easter Elchies House widać z głównej drogi wiodącej wzdłuż Spey.

 

O Craigellachie już była mowa. Tej też nie można przegapić – stoi tuż przy głównej drodze, zaraz przy wjeździe do miejscowości o tej samej nazwie, dwa kroki za stacją benzynową. O tej też warto pamiętać. Po pierwsze dlatego, że próżno w tej okolicy wypatrywać ogromnych, otwartych całą dobę miejsc, gdzie można zatankować. Po drugie dlatego, że na stacji benzynowej w Craigellachie funkcjonuje całkiem nieźle zaopatrzony sklep. Ma w ofercie niejedną ciekawą butelkę – zarówno piwa, jak i whisky, wina i innych trunków. Nie żeby zaraz jakieś edycje kolekcjonerskie, ale do codziennego spożycia znaleźć tu można więcej niż niejeden by się spodziewał.

 

Z Craigellachie jadę po staremu – wijącą się w dół główną drogą, aż do miejsca, gdy ta główną być przestaje. Na samym końcu i zakrętów i zjazdu włączam się do ruchu na tej prawdziwie głównej, na A95. Skręcam w prawo. Taka, jakbym jechał do Elgin. Mijam za chwilę znany nam most Craigellachie Bridge, i właściwie za chwilę nie jest mi już potrzebna żadna nawigacja, żadna mapa. Drogowskazy pokazujące którędy do Macallan (czyli zaraz za rzeką w lewo i w górę) stoją przy drodze, są odpowiednio duże i wyraźne. Zresztą, przy okazji zdradzają co będzie naszym następnym punktem wyprawy. Na jednym drogowskazie mamy Macallan i Cardhu. Jest też Knockando, jeśli mnie pamięć nie myli. Niczego nie da się tu utrzymać w tajemnicy. To ostanie jednak na zwykłych, białych drogowskazach, bo na znakach chodzi o miejscowość, nie destylarnię. Macallan i Cardhu, wraz z symbolem kwiatu ostu, oznaczającym atrakcje turystyczne, widnieją na tabliczkach brązowych.

 

Droga, w którą wjechałem, pnie się w górę i trochę kręci. Nie wolno jednak na niej się za bardzo rozpędzać. Zamiast tego wypatrywać trzeba oznaczenia wjazdu do destylarni Macallan. I wcale nie przesadzam z tym wypatrywaniem. Otóż droga do Macallan zmieniała się kilka razy w ciągu ostatnich kilku lat. I to ten ostatni odcinek, wiodący wprost na parking tutejszego Visitor Centre. Miało to związek z budową nowej destylarni. Budową, która trwa już od kilku lat, a która ma być zakończona już w tym roku, zdaje się w lecie, a może już późną wiosną. Oprócz nowej destylarni, w Macallan wybudowano (a może ciągle się buduje kolejne?) potężną bazę magazynową. Tak więc, droga do Macallan raz prowadziła tędy, raz tamtędy. Lokalizacja parkingu dla gości też się zmieniała.

 

W Macallan nawet pomieszczenia produkcyjne muszą lśnić czystością i robić wrażenie na zwiedzających. Tutaj naprawdę dba się o to, by goście wynieśli jak najlepsze wrażenie. Nie przypominam sobie podobnie zadbanej i czystej hali z kadziami fermentacyjnymi. Może w Auchentoshan.

 

Kiedy jechałem do Macallan po raz pierwszy, w lecie 2000 roku, po obu stronach tej drogi słaniały się łany jęczmienia. Odpowiednia tabliczka informowała mnie, że ten jęczmień to nie byle co, tylko odmiana Golden Promise, najbardziej pożądana podczas wytwarzania najlepszej jakości whisky. Gdy byłem tam po raz ostatni, w styczniu tego roku, w tym miejscu stało kilkanaście – jeśli nie kilkadziesiąt – ogromnych, nowoczesnych magazynów z blachy falistej. A w dole, w stronę rzeki Spey, toczyły się prace budowlane. Kiedy nowa destylarnia zostanie wreszcie uruchomiona, wjazd będzie nieco niżej, a już zasadzony pas brzóz w ciągu kilku lat zasłoni widok na niezbyt urokliwe magazyny.

 

Kiedy byłem tam pierwszy raz, Macallan nie prowadziła regularnego zwiedzania. Można było umówić się telefonicznie, co też wraz z kilkoma przyjaciółmi uczyniłem. Zostaliśmy przyjęci w dworku Easter Elchies, wśród starych kredensów wypełnionych butelkami Macallan, a po zakończeniu zwiedzania samej destylarni, wróciliśmy tam, zasiedliśmy w obitych skórą fotelach i rozkoszowaliśmy się poczęstunkiem, wsłuchani w opowieści naszego przewodnika. Ów stateczny, starszawy pan doskonale dopełniał wizerunku marki, jaki miejscowi PR-owcy starali się wówczas stworzyć – u naszych podstaw leżą (stoją?) filary mądrości Macallan, nigdzie się nam nie spieszy z produkcją, z nikim nie musimy konkurować, bo to my wyznaczamy standardy, jesteśmy ostoją tradycji i stabilności. Czy jakoś tak.

 

Moje późniejsze wizyty w Macallan i spotkania z wytwarzaną tam whisky powoli, ale systematycznie i skutecznie burzyły ten wizerunek. Dzisiejsza Macallan jest zupełnie inna niż ta, którą ja pamiętam z ubiegłego wieku – dotyczy to zarówno miejsca, jak i wytwarzanej tam whisky. Nie ma możliwości zwiedzania i co nam zrobicie? Najbliższy wolny termin mamy za tydzień. Ach, nie będzie już was w Szkocji? Szkoda. Inna rzecz, że jak już udało się umówić na zwiedzanie (od pewnego czasu zacząłem to robić ze sporym wyprzedzeniem, jeszcze przed wyjazdem z Polski), to chapeau bas. Momentami aż chce się zatrzymać rozgadaną przewodniczkę (a kiedyś jedna była naprawdę niewiarygodna, człowiek miał wrażenie, że ktoś jej podkręcił obroty) i z otwartą buzią podziwiać to, co przygotowano dla zwiedzających. Te eksponaty, plansze, tabele, koła aromatów, specjalnie dla turystów poprowadzone szklane rurki, którymi płyną poszczególne półprodukty – wręcz z możliwością wsadzenia tam paluchów! Trudno sobie wyobrazić co też przygotowuje się właśnie dla nas w nowym budynku, w nowym Visitor Centre, które ma zacząć funkcjonować jeszcze w tym sezonie.

 

Czasem któryś z mniej subordynowanych gości destylarni Macallan wlezie tam, gdzie nie powinien. Może się wtedy przekonać, że jest to destylarnia jak każda inna. Na zdjęciu jedna z hal alembików, do których nie prowadzi się zwiedzających, więc po co polerować miedziane alembiki?

 

Oszołomiony zwiedzaniem Macallan ruszam dalej. Teraz jadę do Cardhu, drugiej z trzech destylarni na mojej dzisiejszej trasie, które można zwiedzać. Cardhu to destylarnia poświęcona marce Johnnie Walker. To nic dziwnego w świecie whisky – destylarnie whisky słodowej, z definicji produkujące single malt whisky, często „dedykowane” są znanym markom blendów, w których recepturze zajmują ważne miejsce. I tak mamy Dewar’s World of Whisky w Aberfeldy, House of Chivas Regal w Strathisla czy The Famous Grouse Experience w Glenturret. W Cardhu jest House of Johnnie Walker.

 

Dla mnie osobiście jednak moja pierwsza wizyta w Cardhu (w 2006 chyba) była okazją do wspomnienia wcześniejsze wizyty w… Glenfarclas. Tak się bowiem złożyło, że jeszcze w lecie 2000 roku, kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Speyside, zahaczyłem m.in. o Glenfarclas i tam wpadłem w ręce pewnej Rebeki. A kilka lat później ta sama Rebecca przywitała mnie w Visitor Centre w Cardhu. O Glenfarclas i tamtym spotkaniu za chwilę, tymczasem jestem w Cardhu – tej samej destylarni, z której swego czasu używane alembiki kupił niejaki William Grant, kiedy wyposażał swoją nową destylarnię, Glenfiddich.

 

Cardhu to średniej wielkości – i wydajności – destylarnia, założona mniej więcej wtedy, co wiele innych w okolicy, wkrótce po zalegalizowaniu produkcji whisky, czyli w 1824 roku. Należy do Diageo, co w dużym stopniu pozwala z góry przewidzieć czego możemy spodziewać się w środku, podczas zwiedzania. A spodziewać się należy sporego stopnia zdawkowości, ogólności i „turystycznego” traktowania gości. No i żadnego fotografowania, trzymamy się w grupie, nie schodzimy z wyznaczonego szlaku. Nie ma mowy o wejściu do magazynów, czy jakiejkolwiek formie bardziej bezpośredniego, mniej formalnego kontaktu z destylarnią. Szkoda, bo miejsce urokliwe, destylarnia piękna, potencjał ogromny. Co więcej, nie spotkamy tam tłumów wylewających się z autokarów, jak na przykład w nie tak odległej Glenfiddich.

 

I na nic zdała się znajomość z Rebeką z tutejszego Visitor Centre.

 

Część ekspozycji w funkcjonującym aktualnie Visitor Centre na terenie destylarni Macallan.

 

Jadę dalej, szkoda czasu. Przede mną jeszcze kilka destylarni, do których i tak nie wejdę, więc nie ma co marudzić na turystyczne ograniczenia w Cardhu. Tym bardziej, że od ostatniej mojej wizyty w tym miejscu ofertę poszerzono o kilka dodatkowych opcji zwiedzania i degustacji.

 

Teraz moim celem jest destylarnia Tamdhu. Muszę teraz uważać prowadząc samochód – i naprawdę przydaje się tu jakaś sprawna nawigacja – gdyż w tej okolicy po lewej stronie rzeki Spey znajduje się istny labirynt dróg i dróżek, więc pogubić się nietrudno. Nie tak dawno, znając już całkiem nieźle okolicę, zdałem się na siebie. Wyjechałem z Cardhu z zamiarem dotarcia do Dalmunach. Po kilkunastu minutach błądzenia zobaczyłem przed sobą tabliczkę wskazującą wjazd na teren Macallan. Tym razem jednak wiem gdzie jadę – wracam z Cardhu do mniej więcej głównej drogi B9102, dojeżdżając do skrzyżowania wcale nie przejmuję się tym, że brązowy drogowskaz mówi mi, że w prawo dojadę do Dallas Dhu i Glenlivet, a w lewo do Glen Grant (przez który to poprzednim razem, kiedy jechałem „na czuja,” wybrałem drogę na wprost), i skręcam w prawo. Po przejechaniu niecałych dwóch kilometrów docieram do skrzyżowania z drogą odchodzącą ostro w lewo. Tutaj nie wolno dać się nabrać na znak oznaczający drogę ślepą. W tę właśnie drogę trzeba skręcić. Zanim droga zupełnie oślepnie, rozgałęzi się co najmniej kilka razy, a po drodze doprowadzi nas do dwóch destylarni. Niestety, nie są one udostępnione do zwiedzania, więc nie pomogą nam żadne brązowe drogowskazy.

 

Może trudno w to uwierzyć, ale te kopuły kryją jedną z najnowocześniejszych destylarni w Szkocji - nową Macallan. Ciągle w trakcie budowy. Na zdjęciu stan z jesieni 2016. Planowane otwarcie - lato 2018.

 

Jadę więc tą drogą, która wyraźnie prowadzi w dół i w dół – nie ma innego wytłumaczenia, jak fakt, że zbliżam się do dna doliny Spey, czyli samej rzeki. Jeśli nic mnie nie podkusi, żeby zjechać z głównej drogi, wkrótce po prawej stronie zobaczę mur otaczający – jak się wydaje – destylarnię Tamdhu. Gdyby ktoś miał wątpliwości, to tuż przy bramie wjazdowej na muszę umieszczono sporej wielkości napis informujący o tym fakcie. A murem nie ma co się przejmować, bo on tak naprawdę niczego nie otacza. Stoi sobie w tym miejscu głównie chyba po to, by było na czym umieścić wspomniany napis.

 

Skręcam w prawo, mijam kilka zgrabnych domków, po lewej coś, co na pierwszy rzut oka jest magazynem celnym destylarni – i po chwili już jestem na dziedzińcu Tamdhu. Dziedziniec ten robi dość przytłaczające wrażenie, gdyż ze wszystkich stron otoczony jest budynkami destylarni. A że wspominany tu dość często czarny grzyb robi swoje, budynki wcale nie sprawiają jakiegoś optymistycznego wrażenia.

 

Jak zwykle w takich przypadkach – gdy trafiamy do destylarni, która w zasadzie nie przyjmuje turystów – można mieć szczęście i trafić na życzliwego pracownika. A można mieć mniej szczęścia i nie trafić na nikogo, kto by się nami zainteresował. Ja nigdy nie miałem szczęścia, więc Tamdhu od wewnątrz nie widziałem. Natomiast w związku z tym, że nikt nie interesował się moją obecnością, pooglądałem sobie z zewnątrz co się dało i jak się dało. I powiem w tajemnicy, że jeśli zdobyć się na odwagę i prześlizgnąć się wąskim przejściem między jednym z budynków a magazynami, okaże się, że tuż za nimi znajduje się szlak Speyside Way. Turystyczny szlak pieszy, o którym już kilka razy wspominałem, jeden z niewielu oznakowanych szlaków turystycznych w Szkocji. No i od razu włączają się wspomnienia pieszej wędrówki tym szlakiem jeszcze w 2004 roku. Aha, tuż obok rzeczywiście płynie Spey.

 

Cardhu - jeden z najpopularniejszych widoków destylarni. Widoczne na zdjęciu budynki pochodzą z końca XIX wieku.

 

Zupełnie i totalnie wścibscy mogą zajrzeć parę kroków w górę biegu Spey. Tam niedawno wybudowano cały szereg nowych magazynów. Tuż przy Speyside Way wycięto kawałek lasu i postawiono tam nowe magazyny. Co ciekawe, wydajność destylarni wcale się nie zwiększyła w ostatnich latach, co może oznaczać, że tłoczno zrobiło się w innych, istniejących wcześniej  magazynach. A jeśli zrobię sobie spacerek, jakieś 100 metrów dosłownie, w drugą stronę, z biegiem rzeki, trafię na zapomniany budynek byłej stacji kolejowej. Biały, drewniany budyneczek stojący tuż przy byłej linii kolejowej. Strasznie dużo tutaj tych „byłych,” co? Niegdyś budynek ten służył za swego rodzaju Visitor Centre destylarni Tamdhu. A jeszcze dawniej, była to stacja przy bocznicy służącej do zaopatrywania zakładu – tego i sąsiedniego, o którym za chwilę – w surowce do produkcji whisky i opał. No i do transportu gotowego destylatu w drugą stronę.

 

Z Tamdhu wracam na główną drogę – tę, która na początku oznaczona była jako ślepa – i jadę dalej. Czyli w prawo po wyjeździe z terenu destylarni. W prawo w tym przypadku oznacza z biegiem rzeki, wzdłuż Speyside Way. No i nie mija dosłownie 300 metrów, kiedy wpadam – a wpadam dosłownie, bo teren jest zalesiony i z daleka nie widać co się czai za zakrętem – na kolejną klasyczną destylarnię z końca XIX wieku. Jestem na dziedzińcu destylarni Knockando. Tuż nad brzegiem rzeki (Spey płynie jakieś 30 metrów za murami destylarni), na mniej więcej otwartym terenie, w pięknej dolinie. Klasyczna pagoda zaprojektowana przez Charlesa Doiga w drugiej połowie XIX wieku wieńczy budynek, który niegdyś służył jako suszarnia słodu. Rząd magazynów celnych. Co interesujące, mimo iż tutaj naprawdę nie da się trafić przypadkiem, tuż za destylarnią okazuje się co miał na myśli zarządca drogi, stawiając znak „droga ślepa,” całość jest niezwykle starannie utrzymana, trawniki przystrzyżone, nigdzie nawet śladu jakiejś rupieciarni, składu rzeczy niepotrzebnych – nic w tym guście. Wydaje się, że nawet kamienne, przysadziste budynki są od czasu do czasu czyszczone, bo i ślady działalności naszego ulubionego grzyba są tu znikome. A przynajmniej były, gdy odwiedziłem to miejsce po raz ostatni kilka lat temu.

 

Po drugiej stronie budynku zwieńczonego pagodą, między nim a brzegiem Spey, biegnie wspominany już szlak Speyside Way. I aż się prosi, by zostawić samochód w Knockando i ruszyć przed siebie. Jak kiedyś, z plecakiem na ramionach. Wszak do Dalmunach (niegdyś Imperial) jest stąd mniej niż godzina spaceru. Spaceru wzdłuż wijącej się na tym odcinku Spey. Kiedyś tak zrobię, obiecuję sobie. Tymczasem jednak wsiadam znowu za kierownicę i ruszam z powrotem w górę tą samą drogą, którą tu przybyłem.

 

Cardhu raz jeszcze. Widok od strony parkingu dla gości.

 

Zanim dotrę do znanej mi już B9102, mijam drogowskaz do Knockando Woolen Mill, lokalnego zakładu tkackiego. Ewidentnie musi to być atrakcja turystyczna, skoro prowadzą do niego brązowe drogowskazy, ale – o wstydzie! – zawsze gnało mnie do destylarni i nigdy nie miałem czasu, by zajrzeć. Kolejny punkt na liście rzeczy do zrobienia w przyszłości. Następnym razem.

 

Tymczasem jestem z powrotem na B9102, skręcam w lewo i jadę dalej przed siebie. Teraz moim celem jest kilka miejsc na prawym brzegu Spey, w tym Glenfarclas, jedna z ważniejszych ikon destylarnianego szlaku w Speyside. Póki co jednak, przede mną kilka kilometrów jazdy niemal prostą drogą, wiodącą wzdłuż Spey, w górę jej biegu, jednak w pewnym oddaleniu od samej rzeki. Przejeżdżam odcinki biegnące terenem zalesiony, gdzie żadnych widoków, choć oko wykol, jedna raz po raz trafiam na teren otwarty – w tedy po lewej stronie rozciąga się przede mną piękny widok na dolinę rzeki i widoczne po jej drugiej stronie góry. Ta najbardziej prominentna to Ben Rinnes, góra-matka dla niejednej destylarni.

 

W jednym z takich otwartych na piękne widoki punktów kierowca musi wzmóc czujność – skupiając się bowiem na podziwianiu krajobrazu, łatwo przeoczyć drogę odchodzącą ostro w lewo. I nawet jeśli w oczy spróbują nas zakłuć drogowskazy – jeden wskazujący drogę do Glenlivet, drugi parking przy Speyside Way – widok na dolinę Spey i wyraźnie widoczne w tle góry jest tu tak piękny, że zdarzyć się może zagapienie. W każdym razie, mnie się raz przytrafiło.

 

Teraz wąska, pojedyncza droga z mijankami biegnie wyraźnie w dół, w kierunku rzeki. Samą Spey widać parę chwil później. Na tym odcinku to już szeroka, niezbyt głęboka, stateczna rzeka o brązowej, torfem nasyconej wodzie. W pobliżu mostu, którym przeprawiam się na jej drugą stronę spotkać można często wędkarzy brodzących po pas w wodzie i łowiących łososie.

 

Na dziedzińcu Glenfarclas stoi jeden ze starych alembików, które niegdyś działały w destylarni. To wzniesienie w prawej części kadru to stok góry Ben Rinnes. Glenfarclas jest jedną z pięciu destylarni ulokowanych wokół tego szczytu.

 

Już jestem po drugiej stronie Spey, już pędzę co koń wyskoczy pnącą się w górę drogą. Tego pędzenia proszę jednak nie traktować dosłownie. Drogą ciągle jest wąska, a na dodatek miejscami prowadzi wzdłuż ściany lasu. A zwierzyny ci u nas dostatek. Szkoda byłoby tego depozytu, który nam zablokowano na koncie gdy wynajmowaliśmy samochód.

 

Docieram wreszcie do wioski Marypark i biegnącej przez nią głównej arterii Speyside, drogi A95. Na tej drodze, w tym miejscu już byliśmy. W pierwszy dniu wizyty w Speyside podążaliśmy nią w stronę Aberlour i Dufftown. I teraz też skręcamy w lewo, w kierunku tych miejscowości. Choć akurat na stojącym przy skrzyżowaniu drogowskazie może być Elgin albo Keith.

 

Droga prosta, w porównaniu do dróżek, którymi jeździliśmy po lewym brzegu Spey, szeroka – ten odcinek upływa nam szybko. Wymagana jest jednak spora czujność. Po przejechaniu ledwo ponad kilometra, docieramy do skrzyżowania z drogą odchodzącą w prawo. Tablica i trzy maszty, na których powiewają flagi, nie pozostawiają cienia wątpliwości. Ta droga prowadzi do Glenfarclas. Gdyby to dla kogoś jednak nie było takie oczywiste, po lewej stronie drogi stoi drogowskaz. Na nim napis – Glenfarclas. Przy skrzyżowaniu stoi też wiata przystanku autobusowego. To na wypadek, gdyby ktoś jednak usiłował odbywać swoją pielgrzymkę do destylarni w Speyside korzystając z komunikacji publicznej. Ze skrzyżowania do samej destylarni mamy jeszcze prawie kilometr, więc nie jest to dystans przekraczający ludzkie siły.

 

Glenfarclas nie może poszczycić się starą pagodą, wieńczącą suszarnię słodu. Z tego powodu gdy wznoszono budynek Visitor Centre, nad jego wejściem umieszczono stylową imitację takiej pagody. Nie spełnia ona jednak żadnych innych funkcji, poza dekoracyjną.

 

Glenfarclas najbardziej zapadła mi w pamięć – choć tu otarliśmy się o jej chwilowy zanik spowodowany stanowczo nadmiernym spożyciem – podczas mojej pierwszej wizyty w tym miejscu w lecie 2000 roku. Jeździłem wtedy po Szkocji moim własny samochodem, którym przebyłem najpierw cały dystans z Polski, a potem objechałem Szkocję dookoła, wzdłuż zachodniego wybrzeża, potem na wschód do John o’Groats, po czym na południe, wzdłuż wybrzeża Morza Północnego do Speyside. Na koniec wsiadłem za kierownicę i wróciłem do domu, co było jednym z największych moich wyczynów za kierownicą jakiegokolwiek samochodu. I jednym z najgłupszych – dystans z Edynburga do kraju za jednym zamachem, z odpoczynkiem jedynie na promie przez La Manche. Jeszcze trzy dni po powrocie chodziłem do tyłu albo bokiem.

 

Rok 2000 przypadł jeszcze na ten okres słodowej niewinności, kiedy to producenci zabiegali o konsumentów, nie odwrotnie. Zainteresowanie whisky słodową już zaczęło wzrastać, jednak było mu jeszcze daleko do stanu obecnej histerii na punkcie tego czy innego nowego dzieła master distillerów z różnych zakątków Szkocji. Był to jednocześnie rok, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem tablicę z napisem „Welcome to Scotland.” Przed wyjazdem rozesłałem całą masę maili do destylarni, które zamierzałem odwiedzić, w tym do Glenfarclas. W odpowiedzi otrzymałem zaproszenie na prywatną degustację dla mnie i kolegi, który na tym etapie zajmował miejsce pasażera. Kiedy nadszedł dzień wizyty w Glenfarclas, o wyznaczonej godzinie stawiliśmy się w destylarni.

 

Trafiliśmy w niezwykle gościnne ramiona Rebeki, wówczas szefowej tamtejszego Visitor Centre, która najpierw oprowadziła nas po destylarni, a następnie zabrała do gustownego saloniku na chwilę próby. Do dziś pamiętam ręczniczki, na których widniały etykiety poszczególnych edycji Glenfarclas single malt whisky, a które rozścieliła przed nami. Do dziś pamiętam błysk w oczach naszej gospodyni, gdy sięgała do barku po kolejną butelkę. I kolejną. I jeszcze jedną. Na rozłożonych przed nami ręczniczkach stawały kolejne kieliszki, a ona napełniała je nader szczodrze.

 

Glenfarclas - widok ogólny. W tle góra Ben Rinnes.

 

Czas upływał nam na unoszeniu napełnionych kieliszków do światła, uważnym ich oglądaniu, potem unoszeniu do nosa, analizie aromatu, po czym unoszeniu do ust – wszystko pod dyktando naszej gospodyni. I tak, zaczęło się od 10yo, potem była słynna 105 (pierwsza whisky cask strength, jaką w życiu piłem), potem 12yo, 15yo, 18yo, 21yo, wreszcie 25yo. Ach, jaki świat był piękny! A z każdym kieliszkiem coraz piękniejszy. Po zakończeniu tej uczty świat był nie tylko piękny, ale też bardzo niestabilny. Długo trwało zanim udało się nam go jakoś ustabilizować. Tymczasem Rebecca otrzepała ręce i poszła przyjmować następnych takich, jak my. Byłem pełen podziwu.

 

Glenfarclas to jedna z tych nielicznych dużych destylarni, które ciągle znajdują się w rękach tej samej rodziny, która prowadziła ją od lat. John Grant i jego syn George kupili ją od założyciela, Roberta Hay’a w 1865 roku, czyli niecałe 30 lat po jej założeniu. A właściwie po jej zalegalizowaniu. Od tamtej pory Glenfarclas jest własnością rodziny Grantów, choć nie zawsze w całości. Pod koniec XIX wieku, kiedy wybuchł kryzys wywołany przez braci Pattison, część udziałów w firmie należała właśnie do Pattison, Elder & Co. Niewiele brakowało, a destylarnia podzieliłaby losy wielu innych, które padły ofiarą braci uczciwych inaczej. Od tamtej pory jednak nie ma mowy o jakimkolwiek podziale własności, sprzedaży udziałów w firmie. Grantowie prowadzą firmę samodzielnie, bez niczyjej pomocy.

 

Jest to także jedna z tych kilku destylarni, które robią wszystko, by jej nazwa nie pojawiła się na żadnych niezależnych edycjach. Nie znaczy to, że nie sprzedają beczek swojego destylatu niezależnym dystrybutorom. Bynajmniej. Raz po raz na rynku pojawia się jakaś whisky spod niezależnego szyldu, na której etykiecie możemy przeczytać, że pochodzi z „jednej z najlepszych destylarni w Speyside,” albo coś w tym guście. Bywa to też, na przykład, „Whisky That Cannot Be Named.” W przypadku Murray McDavid wytwarzana tu whisky świetnie wpisuje się w formułę serii Mystery Malt. Żeby jednak mystery pozostała mystery, nie będę mówił nic więcej.

 

Nowoczesna destylarnia Dalmunach, należąca do Pernod Ricard, stoi w miejscu, gdzie niegdyś działała Imperial.

 

Po wizycie w Glenfarclas wracamy do głównej drogi i ruszamy dalej w prawo, w stronę Aberlour i Elgin. Po kilku kilometrach jednak znowu musimy wzmóc czujność. Po raz kolejny tego dnia chcemy dotrzeć do dwóch (a właściwie trzech) destylarni, które turystów nie przyjmują, więc żadne drogowskazy do nich nie prowadzą. Całe szczęście jednak, że niektóre z nich biorą swą nazwę od miejscowości, w których się znajdują. Wypatrujemy drogowskazu do Dailuaine. Będzie to droga w lewo, a drogowskaz będzie niewielki, pojawi się w ostatniej chwili i może pozostawić niewiele czasu na manewr.

 

Droga znowu prowadzi w dół, w głąb doliny rzeki Spey. Wkrótce w świetle drogi pojawi się charakterystyczny rząd dwuspadzistych dachów z ząbkowanymi krawędziami – to magazyny celne Dailuaine. Tutaj też nie ma zwiedzania, tutaj też powodzenie naszej wizyty zależy od dobrej woli pracownika, na którego się natkniemy. Mnie osobiście udało się kiedyś trafić tu na dobrego człowieka. Pozwolił wejść do pomieszczeń produkcyjnych, w tym do hali alembików, nie miał nic przeciwko fotografowaniu wewnątrz, a nawet cierpliwie poczekał aż pobiegnę do samochodu i wytargam z niego statyw i wrócę na fotograficzną sesję alembikową. Niestety, były to jeszcze czasy fotografii analogowej, negatywy gdzieś się zawieruszyły, zdjęcia są nie do odtworzenia.

 

Odwiedzając Dailuaine warto pamiętać, że jest to destylarnia, w której pod koniec XIX wieku po raz pierwszy zastosowano komin w kształcie pagody – element, który stał się symbolem szkockich destylarni. Co prawda, oryginalnej pagody nie zobaczymy w Dailuaine – ani żadnej innej – gdyż spłonęła w pożarze i nigdy nie została odbudowana, warto jednak wiedzieć, że to właśnie tu zaczęła się przygoda whisky i pagody.

 

Trudno odmówić uroku nowej destylarni. Dalmunach w całej okazałości.

 

Whisky z Dailuaine zdecydowanie zasługuje na zainteresowanie. Jest to jedna z tych nieodkrytych perełek, a większość jej produkcji wędruje do blenderów. Od czasu do czasu jednak niezależnym dystrybutorom udaje się zdobyć beczkę, która pokazuje potencjał tutejszego destylatu. Jakiś czas temu Dailuaine trafiła też do butelek opatrzonych logo Murray McDavid. Weszła wówczas w skład serii Mystery Malt, więc nie powiem która to była whisky. W każdym razie, miała kilkanaście lat, pochodziła z beczki po burbonie i zdecydowanie warta była grzechu.

 

Kilka kroków za Dailuaine droga zaczyna kręcić, czasem bardzo, aż wreszcie docieramy do mostu przez Spey. Stary, wysłużony, kamienny most otrzymał jakiś czas temu przewężenie, by zbytnie obciążenie nie zrobiło mu krzywdy, więc trzeba uważać na samochody nadjeżdżające z przeciwka i znaki wskazujące kto ma pierwszeństwo wjazdu na most. Znowu istnieje szansa natknięcia się na wędkarzy stojących w wartkim nurcie rzeki. Ale nie wędkarze nas interesują. Dosłownie sto metrów za mostem mijamy znak informujący nas, że wjeżdżamy do miejscowości Carron, a zza drzew po lewej stronie uśmiecha się do nas nowoczesny, piękny budynek jednej z nowszych inwestycji w przemyśle gorzelniczym w Speyside – destylarnia Dalmunach.

 

Żeby zobaczyć Dalmunach w pełnej krasie, trzeba jeszcze pojechać kawałek przed siebie, potem skręcić w lewo i znowu w lewo, wprost na dziedziniec destylarni. Tutaj przywita nas tabliczka informująca o braku możliwości zwiedzania zakładu, natomiast na pewno nikt nie zabroni nam poszlajać się po terenie i obejrzeć destylarnię ze wszystkich stron. Próba nawiązania kontaktu z pracownikiem (tłumów tam nie zatrudniają) na dyżurze kończy się odesłaniem nas do Glenlivet, do jakiegoś Johna, Phila czy innego Clive’a. Dalmunach należy do Pernod Ricard – przerabialiśmy już kilka razy ten wątek.

 

Poza szeregiem magazynów celnych (na lewo od kadru), te budynki to wszystko, co zachowało się ze starej Imperial.

 

Oprócz niezaprzeczalnej urody nowego zakładu, Dalmunach ma do zaoferowania wielbicielom whisky coś jeszcze. Nowy jest tylko budynek główny – ten z oszkloną ścianą hali alembików. Reszta budynków stojących skromnie i grzecznie na terenie zakładu to pozostałości innej destylarni. Kiedy byłem tu po raz pierwszy w lecie 2004, tuż przy drodze stały budynki Imperial. Pozostawione same sobie, opuszczone, sprawiające dość ponure wrażenie. Podobno – nie wiem ile jest w tym prawdy, ale widziałem zdjęcia robione wewnątrz – Imperial stała tam przez nikogo nie pilnowana, nie zamknięta, w żaden sposób nie zabezpieczona. Co więcej, nieużywane budynki miały podłączenie do sieci. Można było sobie wejść, włączyć oświetlenie i zwiedzać, pstrykać, zaglądać we wszelkie zakamarki do woli. Sam tego nie sprawdziłem, niestety. Po tym, jak dotarła do mnie ta wiadomość, nie byłem już w tym miejscu przez długi czas. A potem już nie było Imperial. Była Dalmunach. Po starej destylarni ostały się magazyny celne i część budynków biurowych.

 

W chwili, gdy piszę te słowa, widok satelitarny tego miejsca w Google ciągle pokazuje stare zdjęcia – tam ciągle jest Imperial. Na wszelki wypadek zrobiłem zrzut ekranu, bo nie wiadomo w którym momencie pojawią się zdjęcia bardziej aktualne.

 

Obok Dalmunach/Imperial prowadzi wspominany już szlak pieszy The Speyside Way, który w tym miejscu przeprawia się na prawy brzeg Spey. Będzie nim biegł już do samego końca, do ujścia rzeki w Spey Bay.

 

Już w bramie nie pozostawia się nam wątpliwości - Dalmunach nie przyjmuje zwiedzających.

 

My też wracamy na prawy brzeg. Nie ma innego wyjścia, trzeba wrócić tą samą drogą, którą tu przybyliśmy. Mijamy więc znowu Dailuaine i docieramy do głównej drogi regionu Speyside, biegnącej mniej więcej wzdłuż Spey A95. Skręcamy w lewo – drogowskaz będzie wskazywał Elgin, może Aberlour – lecz nie rozpędzamy się za bardzo. Nie minie pół kilometra zanim dotrzemy do odchodzącej w prawo drogi, przy której znajdziemy drogowskaz, a na nim nazwę miejscowości, w której stoi następna destylarnia na naszej dzisiejszej trasie – Benrinnes. Będzie to zwykły, biały drogowskaz. Destylarnia o tej samej nazwie nie jest udostępniona do zwiedzania, więc siłą rzeczy nie może być oznakowaną atrakcją turystyczną. Tak czy owak, warto do niej zajrzeć, nawet jeśli dane nam będzie obejrzeć ją tylko i wyłącznie z zewnątrz.

 

Nie tak dawno, jesienią ubiegłego roku zabutelkowaliśmy 28-letnią Benrinnes 1988 w serii Mission Gold. Doskonałość w postaci single cask (241 butelek), cask strength (50,4%), bez filtrowania i koloryzowania. Jej premiera odbyła się… na szczycie góry, od której nazwę bierze miejscowość i destylarnia, podczas imprezy „Malt on the Mountain.” Grupa śmiałków wspięła się na szczyt Ben Rinnes, by tam rozkoszować się dramem whisky robionej u stóp góry. Była to również okazja do odwiedzenia destylarni, na co dzień niedostępnej dla zwiedzających. A potem tańce i muzyka na żywo. Cóż, taka impreza zdarza się tylko raz na kilka lat. A może jeszcze rzadziej.

 

Z Benrinnes ruszam do ostatniej tego dnia destylarni – niepozornej i do niedawna niemal zupełnie nieznanej Glenallachie. Właściwie to powinienem już stosować zmienioną przez nowego właściciela pisownię nazwy – GlenAllachie. Z Benrinnes drogami, które bez większych wyrzutów sumienia można określić drogami polnymi (choć o powierzchni asfaltowej), według wskazań nawigacji satelitarnej, lub zgodnie z drogowskazami – najpierw do Edinville, miniaturowej wręcz osady wśród pól, potem już kierując się na widoczne w oddali magazyny GlenAllachie.

Zrzut ekranu z widokiem satelitarnym na mapie Google. Mimo oznaczenia destylarni Dalmunach, na zdjęciu ciągle widoczne są budynki nieistniejącej już Imperial. Do dziś zachowały się budynki administracyjno-biurowe i magazyny celne na prawo od napisu "Dalmunach." To, co na zdjęciu znajduje się na lewo od niego, już dziś nie istnieje. W tym miejscu stoi nowa Dalmunach (na zdjęciach powyżej). Zrzut z kwietnia 2018 roku.

Przejęta niedawno przez konsorcjum z Billy Walkerem na czele GlenAllachie w tych właśnie dniach ogłosiła wprowadzenie na rynek whisky zestawionej z zapasów znajdujących się w destylarnianych magazynach. Pierwsze, bardzo pozytywne recenzje niech będą dowodem na to, że w magazynach najbardziej nawet niepozornych destylarni znaleźć można prawdziwe perełki. Trafiają one też niejednokrotnie do dystrybutorów niezależnych, jak Murray McDavid, i butelkowane są pod ich szyldem.

 

GlenAllachie nie jest i nigdy nie była otwarta dla zwiedzających. Można się jednak spodziewać, że i to się wkrótce zmieni. Co prawda, wśród wiadomości płynących z destylarni nie mówi się o uruchomieniu Visitor Centre (albo ta informacja umknęła akurat mnie), jednak podobnie jak we wszystkich zakładach reanimowanych do tej pory przez Billy’ego Walkera, i tu należy oczekiwać zmian w tym kierunku. Lokalizacja destylarni w samym sercu Speyside, dwa kroki od Aberlour, powinna zapewnić popularność zakładowi.

 

Z GlenAllachie ruszam drogą oznakowaną dość groźnie jako road unsuitable for heavy goods vehicles. Oznaczać to musi drogę wąską i być może krętą. Nigdy nie byłem kierowcą ciężarówki, ale rzeczywiście, nie wyobrażam sobie jazdy tędy zbyt wielkim pojazdem. Droga wcale jakoś specjalnie nie kręci, ale jest wąska, a gdy już wjeżdża do Aberlour – bo właśnie tam prowadzi – trzeba zmierzyć się z płotem z jednej strony, murkiem z drugiej i nisko opadającymi gałęziami drzew. No i ze dwa naprawdę karkołomne zakręty się też znajdą. Nie, tirom nie polecamy.

 

No i stało się, że po prawej stronie mijam teraz destylarnię Aberlour, jadę dalej prosto, aż do miejsca, gdzie od głównej A95 (która w Aberlour nazywa się High Street) odchodzi wiodąca do Dufftown A941, przejeżdżam przez Craigellachie, mijam Speyside Cooperage, docieram do Dufftown, wracam do Parkmore. Jestem w domu.

 

Nie zdążyłem odwiedzić jeszcze kilku destylarni w Speyside i najbliższej okolicy. W następnym odcinku kieruję się już na południe, do Edynburga i z powrotem na samolot do domu. Znajdzie się jednak miejsce na dwa słowa o tych pominiętych. Ale to następnym razem. Tymczasem idę do D.J. Chipie na smażonego, panierowanego marsa.

 

W drodze powrotnej do Dufftown mijam ponownie zakład bednarski Speyside Cooperage. Na jego płocie udało mi się kiedyś "upolować" tego ostrygojada. Widok tego morskiego ptaka wcale nie jest taki niezwykły w tej okolicy, mimo iż do najbliższego wybrzeża jest około 25 kilometrów w linii prostej.

 

 

[cz. 1] [cz. 2] [cz. 3] [cz. 4] [cz. 5] [cz. 6] [cz. 7] [cz. 8] [cz. 9] [cz. 10] [cz. 11] [cz. 12] [cz. 13] [cz. 14] [cz. 15] [cz. 16] [cz. 17] [cz. 18] [cz. 19] [cz. 20]

Ostatnie wiadomości

W galeriach...