Z Murray McDavid po Szkocji (cz. 16)

...

W poprzednich odcinkach:

Przylot, pierwsza destylarnia [cz. 1]

Campbeltown [cz. 2]

Południowa część Islay [cz. 3]

Reszta Islay i Jura [cz. 4]

Oban i Fort William [cz. 5]

Ben Nevis i Mull [cz. 6]

Glenfinnan i Skye [cz. 7]

Północny zachód i północ [cz.8]

Orkady [cz. 9]

Na południe, do Speyside [cz. 10]

Speyside, dzień pierwszy [cz. 11]

Dufftown [cz. 12]

Keith i Rothes [cz. 13]

Do Balmoral [cz. 14]

Aberdeenshire – destylarnie i zamki [cz. 15]

 

A dzisiaj wybiorę się do Elgin. Tak postanowiłem podczas smażenia bekonu i jajek na prawdziwe szkockie śniadanie. Bo niby czemu nie wybrać się do Elgin? Wszak to największe miasto w Speyside. Na pewno mają tam kilka destylarni. Nie licząc tych po drodze.

 

Kiedy już jestem gotów do całodniowej podróży i wsiadam za kierownicę samochodu, przeżywam zwyczajną w tych chwilach rozterkę – czy jechać prostą, najkrótszą drogą przez Craigellachie i Rothes, czy też wyjeżdżając z Parkmore skręcić w lewo i udać się w stronę Keith, stamtąd może gdzieś nad morze, a wreszcie do Elgin. I wrócić tą najkrótszą, prostą drogą. Tym razem decyduję, że pojadę prosto, a błądzenie wśród pól i wzgórz północnego Speyside pozostawię sobie na następny dzień, kiedy zechcę odwiedzić kilka destylarni na wybrzeżu. I zobaczyć delfiny w Spey Bay.

 

Most nad rzeką Spey w Craigellachie. Zabytkowy, XIX-wieczny most jest już tylko kładką dla pieszych. W głębi widać nowy most, przez który prowadzi droga do Elgin.

 

Zgodnie z podjętą decyzją, po raz kolejny mijam Glenfiddich, kieruję się w stronę Craigellachie, gdzie mijam Speyside Cooperage, potem destylarnię Craigellachie, w dół ślimakami i docieram do drogi głównej, wiodącej do Elgin. Jednak w związku z tym, że nigdzie mi się dziś nie spieszy, zatrzymuję się obok niezwykle malowniczego mostu nad rzeką Spey. Craigellachie Bridge, od nazwiska projektanta czasem określany mianem Telford Bridge, to konstrukcja starsza niż wszystkie legalne destylarnie w regionie. Otwarty został w 1814 roku i funkcjonował do początku lat siedemdziesiątych XX wieku. Wtedy to zbudowano żelbetonowy most, po którym współcześnie przebiega droga A941, wiodąca z Craigellachie do Elgin. Most otrzymał status zabytku i do dziś służy pieszym, choć głównie jako atrakcja turystyczna.

 

Po krótkim popasie nad rzeką Spey ruszam dalej. Ten odcinek znam na pamięć, a i w niniejszej relacji z podróży po Szkocji już co najmniej raz nią jechałem. Tak więc, nawet nie zauważam kiedy mijam Rothes (tu destylarnie Glenrothes, Glen Grant, Glen Spey i Speyburn – pamiętamy?) i właściwie niemal prostą drogą zmierzam w stronę Elgin. Zupełnie niespodziewanie, mój pierwszy destylarniany postój przypada dziś na… Coleburn!

 

W dolnym biegu Spey nietrudno o taki widok - łososie, miejcie się na baczności!

 

Żeby trafić do Coleburn, trzeba nieco zwolnić na prostym odcinku drogi, gdy wjeżdża ona w obszar zalesiony po obu stronach, a na dodatek po prawej stronie pojawi się rząd domów. Właściwie to jak te domy się pojawią, to może być już za późno na zwalnianie, szczególnie jeśli się ktoś zanadto rozpędził, ale trzeba próbować. Domy będą cztery, a tuż za nimi ostro w prawo odchodzi droga wiodąca do Coleburn. Od jakiegoś czasu tuż przy tym skrzyżowaniu stoi tabliczka informująca o destylarni i magazynach Coleburn, jednak jak zobaczymy tabliczkę, to już na pewno będzie za późno, by hamować. Przypomnę tylko nieśmiało, że w ruchu lewostronnym skręt w prawo oznacza przecięcie drogi pojazdom jadącym z naprzeciwka, więc trzeba to robić ostrożnie. Zresztą, nawet jeśli droga byłaby pusta, a nas poniosła ułańska fantazja, zbyt dynamiczne wejście w dróżkę prowadzącą do Coleburn może nas kosztować zawieszenie samochodu (jak dobrze, że to wypożyczony, prawda?). Jakość nawierzchni na tym odcinku pozostawia dużo do życzenia, poza tym dróżka jest wąska, biegnie stromo w dół i straszliwie kręci.

 

Kiedy jednak przebrniemy przez niebezpieczeństwa tych dwustu metrów, oczom naszym ukaże się widok miły sercu każdego wielbiciela whisky – klasyczna destylarnia z końca XIX wieku, pagoda nad byłą suszarnią słodu, niskie magazyny typu dunnage. No i o te magazyny chodzi, bo sama destylarnia jest nieczynna (od 1985 roku), popada nieco w ruinę, a przede wszystkim – nie jest nasza. Natomiast magazyny i fragment budynku mieszczącego m.in. biuro – jest. Nasza, czyli należy do Murray McDavid. To w tych magazynach leży sobie prawie całe dobro, które potem selekcjonujemy i nalewamy do butelek, ku uciesze wielbicieli whisky na całym świecie.

 

Destylarnia Coleburn, nieużytkowane budynki produkcyjne z końca XIX wieku z charakterystyczną pagodą, zaprojektowaną przez Charlesa Doiga.

 

Ja jestem tu w domu, ale nie trzeba być pracownikiem Murray McDavid, by zapukać do drzwi, zajrzeć do magazynu, znaleźć kogoś z pracowników, zagadnąć i poprosić o wpuszczenie do środka. Coleburn to miejsce przyjazne dla amatorów szkockiej whisky. Co prawda, nie przewidziano tu regularnego zwiedzania, jednak nikt nie odejdzie z kwitkiem.

 

Jeśli chodzi o budynki destylarni, to ich właściciel miał kilka planów dotyczących ich zagospodarowania. W grę wchodziła adaptacja na hotel, mowa była także o klubie rozrywkowym, słyszało się także o planach ponownego uruchomienia Coleburn jako wytwórni whisky. Żaden z tych planów się jak dotąd nie zmaterializował. Czas pokaże jakie jeszcze pomysły pojawią się w najbliższych latach i na co wystarczy środków i samozaparcia, by zostało wprowadzone w życie. Wydaje się, że w obecnym klimacie, sprzyjającym wszelkim działaniom związanym z whisky, nie do pomyślenia jest dalsza bezczynność w tej sprawie.

 

Nowa dostawa świeżego destylatu w dębowych beczkach czeka na swoje miejsce w magazynie.

 

Po krótkiej, gospodarskiej wizycie w Coleburn wracam na główną drogę wiodącą do Elgin. Tu jednak nie ma co się już rozpędzać. Dwa kroki dalej, tuż przed malutką osadą Fogwatt, znajduje się zjazd w prawo (znowu uwaga na ruch lewostronny!) i droga wiodąca wprost do destylarni Glen Elgin. Dziś sporo będzie destylarni, do których można podjechać, zajrzeć na dziedziniec, obejrzeć z zewnątrz budynki, popstrykać (z zewnątrz), a wejść do środka jedynie przy sporej dozie szczęścia i dobrej woli napotkanego pracownika. Droga, którą tu dojedziemy, prowadzi wprost na tyły budynku produkcyjnego i do znajdujących się tuż obok magazynów. Jednak nie wolno nam zadowolić się wizytą na tyłach. Nawet jeśli nie uda się nam spotkać życzliwego pracownika, który pozwoli nam zajrzeć do środka (mnie się kiedyś udało), warto, a wręcz koniecznie trzeba przespacerować się na dziedziniec gorzelni. Glen Elgin bowiem jest jedną z niewielu destylarni, w której do schładzania destylatu opuszczającego alembiki wykorzystuje się tradycyjne miedziane wężownice, zanurzone w ogromnych drewnianych kadziach wypełnionych wodą. Te kadzie znajdują się na zewnątrz budynku i nie trzeba wchodzić do środka by się im przyjrzeć. Podobne rozwiązanie stosowane jest w Dalwhinnie, Mortlach i kilku innych szkockich gorzelniach, jednak są one w zdecydowanej mniejszości. I odwrocie. O wiele prościej, taniej i wygodniej jest zastosować miedziane skraplacze i te właśnie królują w większości współczesnych gorzelni. Chlubnym wyjątkiem jest Ballindalloch, o której już była mowa.

 

Z miejsca, do którego dotarliśmy samochodem w drodze do Glen Elgin, można wrócić na nasz główny szlak destylarniany przejeżdżając dziedziniec gorzelni i wyjeżdżając z ulicą o wiele mówiącej nazwie Glen Elgin Road. Fakt, że destylarnie zwykle nie są otoczone żadnym ogrodzeniem czy parkanem, bardzo pomaga w przemieszczaniu się z jednej do drugiej. Z Glen Elgin Road docieram z powrotem na główną drogę relacji Craigellachie-Elgin i skręcam w prawo, w stronę Elgin. Jednak nie sposób zapomnieć, że znajduję się w samym sercu największego co do liczby destylarni regionu produkcji whisky w Szkocji. Zanim zdążę się rozpędzić na tyle, by wrzucić piąty bieg, po prawej stronie drogi znajduję charakterystyczną tabliczkę z logo Chivas Brothers. Informuje mnie ona o drodze do destylarni Longmorn. Takie niebieskie tabliczki znajdziemy przy bodaj wszystkich destylarniach należących do Chivas Brothers. I jak w większości gorzelni należących do spółki, możemy jedynie pomarzyć o możliwości wejścia do środka na jakiekolwiek zwiedzanie. Pozostaje nam rzut oka na budynki, spacer po dziedzińcu – i ruszamy dalej, bo tuż za miedzą… BenRiach.

 

Dziedziniec Glen Elgin i charakterystyczne kadzie, kryjące miedziane wężownice skraplaczy. W tym budynku mieszczą się alembiki.

 

Z Longmorn do BenRiach można się dostać wracają do drogi głównej, jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by będąc w Longmorn wybrać drogę wiodącą najpierw na tyłach magazynów tej destylarni i prowadzącą wprost na tyły magazynów BenRiach. Oddalonych nie więcej niż sto metrów, więc na pierwszy rzut oka widać, że zgubić się tu nie sposób. Bliskość obydwu destylarni jest nieprzypadkowa. Obydwie powstały pod koniec XIX wieku, obydwie założone zostały przez tego samego człowieka. John Duff, założyciel także znajdującej się nieopodal Glenlossie (do której udamy się za chwilę), zachęcony powodzeniem swoich poprzednich dwóch przedsięwzięć, jak i niebywałą koniunkturą na szkocką whisky, podjął się budowy kolejnej, trzeciej już destylarni. Dość pechowo, gdyż już dwa lata po jej otwarciu bańka pękła, na jaw wyszły m.in. spekulacje braci Pattison i BenRiach trzeba było zamknąć. BenRiach pozostawała nieczynna aż do 1965. Gwoli ścisłości, pisownia z wielką literą R w środku nazwy przyjęta została dużo później, bo dopiero w 2003, po ponownym uruchomieniu destylarni.

 

Obecnie Longmorn i BenRiach już nic nie łączy w sensie własnościowym. Każda z nich stanowi część zupełnie różnych przedsiębiorstw. BenRiach, wraz z Glenglassaugh i GlenDronach w 2016 roku stała się częścią Brown-Forman, amerykańskiego koncernu produkującego m.in. Jacka Danielsa.

 

W związku z tym, że na następny fragment naszej podróży wybieramy się znowu w miejsca oddalone od głównych szlaków komunikacyjnych, warto uruchomić sobie nawigację. Kiedy robiłem tę trasę po raz pierwszy w 2004 roku, musiała mi wystarczyć dokładna mapa okolicy (polecałem już mapy Ordnance Survey?), z którą konsultowałem się raz po raz zatrzymując na poboczu. Kiedy ostatnio tam jechałem (jesień 2017), całkiem nieźle spisała się nawigacja map Google w telefonie komórkowym. Nawet jeśli od czasu do czasu sygnał zanikał zupełnie. Tak czy inaczej, pod BenRiach w nawigację wpisuję sobie Glenlossie. I ruszam.

 

Te same kadzie w Glen Elgin z bliska.

 

Okazuje się, że muszę wrócić około kilometra główną drogą Craigellachie-Elgin (A941) i skręcić w prawo w nieoznakowaną drogę, która zgodnie z drogowskazem prowadzi do Thomshill i Birnie. Po przejechaniu około dwóch kilometrów docieramy do charakterystycznych budynków. Szczególnie tego jednego, zwieńczonego pagodą. Napis na ścianie frontowej nie pozostawia wątpliwości – jesteśmy w Glenlossie. Należąca do Diageo destylarnia zajmuje się głównie produkcją whisky do zestawiania blendów, nikomu więc w głowie nie jest podejmowanie tu turystów. Jednak podobnie jak w wielu innych przypadkach, warto zostawić samochód gdzieś na uboczu i wybrać się na spacer pomiędzy budynkami. Może nawet przypadkiem nacisnąć klamkę tych czy innych drzwi. Albo poprosić o pomoc kogoś z pracowników, jeśli na któregoś się natkniemy. Mnie udało się za drugą wizytą w Glenlossie. Pozwolono mi wejść do hali alembików, rozejrzeć się i pstryknąć parę zdjęć. Uzyskałem też odpowiedzi na kilka nurtujących mnie pytań.

 

Nie wolno jednak ograniczyć swojego spaceru po okolicy tylko do frontowego budynku byłej słodowni (to ten z pagodą), czy znajdującej się tuż obok hali alembików. Jeśli zapuścimy się nieco dalej, dosłownie kilkadziesiąt metrów w głąb kompleksu, wzdłuż porośniętych czarnym grzybem magazynów, okaże się, że już nie jesteśmy w Glenlossie. Jesteśmy w Mannochmore.

 

Ten napis na dachu jednego z magazynów Longmorn jest już dziś niemal zupełnie niewidoczny. Zdjęcie wykonano kilka lat temu.

 

Mannochmore to kolejny przypadek, gdy na fali rosnącego zainteresowania whisky na światowych rynkach zbudowano nową destylarnię. Mannochmore powstała w 1971 roku jako projekt mający na celu zwiększenie mocy produkcyjnej Glenlossie. Obydwie destylarnie należą do tego samego koncernu, a granicy między jedną a drugą nie sposób wyznaczyć w terenie. W obydwu jednak funkcjonują nieco inne alembiki, a poza tym zgodnie z prawem dwie destylarnie muszą mieć dwie różne nazwy. Stąd Mannochmore, a nie Glenlossie II. Zanim wprowadzono takie regulacje, w Szkocji zdarzało się, że nowa destylarnia, wybudowana obok starej, nosiła nazwę tej pierwszej, poszerzoną o numerek 2. Tak było przez jakiś czas w przypadku Clynelish/Brora, tak było z Glen Grant i Caperdonich.

 

Destylarnia, na terenie której się znajdujemy stanowi świetną ilustrację jak naprawdę wygląda produkcja whisky. Te piękne budynki zwieńczone pagodą, olśniewająco białe magazyny celne, elementy dekoracyjne w postaci starych alembików i rabatki z kolorowymi kwiatami – to wszystko znajdziemy w tych destylarniach, które stanowią atrakcję turystyczną i udostępnione są dla zwiedzających. Mannochmore jest ponurym zakładem przemysłowym. Nie ma tu śladu tego blichtru, który znajdziemy w Ardbeg, Glenfiddich czy Highland Park. Tutaj witają nas czarne, jakby osmolone budynki – od hali alembików po magazyny celne, wszędzie panuje czarny jak sadza grzyb żywiący się oparami alkoholu. To wspominany już wcześniej Baudoinia compniacensis, z którym akurat tutaj nikomu nie chce się walczyć. Bo poza pracownikami destylarni, nikt tutaj nie zagląda. Widoczne przez okno alembiki też nie są polerowane, by błyszczały miedzią i zachwycały turystów. Nie takie jest przeznaczenie Mannochmore. Tutaj robi się przede wszystkim whisky na blendy, a podejście do wyglądu zakładu jest jak najbardziej praktyczne.

 

BenRiach, widok od strony Elgin. Gdzieś z tyłu, za tymi budynkami, znajduje się Longmorn.

 

Ale do środka nas nie wpuszczą. Przynajmniej mnie nie wpuścili. Jedynie do Glenlossie udało mi się zajrzeć, za każdym razem nie całkiem legalnie. Zanim więc ktoś się mną zainteresuje, wsiadam w samochód i jadę dalej. Teraz na celowniku mam kolejną z rozsianych wśród pól wokół Elgin destylarnię, która zajmuje się przede wszystkim produkcją składnika do blendów. Jadę do Miltonduff.

 

Należąca do Chivas Brothers (Pernod Ricard) Miltonduff nie jest tak znowu łatwa do wytropienia w terenie. Wprawdzie pomaga wykorzystywana przeze mnie namiętnie nawigacja Google, ale sygnał telefoniczny raz po raz zanika. A żeby dotrzeć do Miltonduff, trzeba trochę wśród tych pól się pokręcić. I właściwie nie wiadomo po co, jak już człowiek dotrze na miejsce. O wejściu do środka nie ma mowy. Odniosłem tu wrażenie, że pracownicy wszystkich destylarni Chivas Brothers dostali takie same instrukcje – gdy pojawi się jakiś ciekawski, posłać go do jakiegoś Johna, Mike’a lub Stuarta w Glenlivet. Bo tylko ów może wyrazić zgodę na wpuszczenie kogoś z zewnątrz do środka. Zresztą, wszelkie złudzenia ulegają rozwianiu już przy bramie. Wielka tablica, której nie da się nie zauważyć obwieszcza wszem i wobec, że żadnego zwiedzania tu nie ma.

 

Destylarnia Glenlossie, jej najbardziej reprezentacyjna część - była słodownia i hala alembików (z lewej strony).

 

Tak więc, powłóczywszy się bezproduktywnie wśród budynków destylarni, wracam do samochodu i za cel obieram taką destylarnię, gdzie wejść będzie można. Jadę do Elgin.

 

Do miasteczka wjeżdżam jakąś podrzędną drogą, trafiam wprost do dzielnicy mieszkalnej – po obu stronach ulicy zadbane domki otoczone ogrodami, starannie przystrzyżone żywopłoty, zadbane trawniki. Z lektury mapy pamiętam, że destylarnia Glen Moray – bo do niej w tej chwili się kieruję – znajduje się gdzieś w zachodniej części Elgin. A jeśli nie straciłem poczucia orientacji w terenie (Boże, jak ta nawigacja potrafi człowieka ogłupić!), to właśnie od tej strony wjeżdżam do miasteczka. Trzeba się uważnie rozglądać w poszukiwaniu charakterystycznego komina. Nie, nie pagody, bo tej w Glen Moray nie znajdziemy, lecz zwykłego, przemysłowego komina, w jaki zaopatrzona jest każda destylarnia whisky. Zanim jednak komin, pojawia się przede mną jeden z tych brązowych drogowskazów, pokazujących jak dotrzeć do atrakcji turystycznych. A na nim znajomy symbol destylarni – stylizowana pagoda – i słowa „Glen Moray Distillery.”

Wnętrze hali alembików destylarni Glenlossie.

 

Teraz ulica wspina się wyraźnie w górę, zakładam więc, że jak już dotrę na szczyt wzniesienia, z góry będzie widać cel mojej podróży. A przynajmniej tego jej etapu. Nie mylę się. Kiedy teren zaczyna się obniżać, w odległości nieco ponad 100 metrów przed sobą widzę komin i jakiś ponuro wyglądający budynek – czarny, jakby okopcony. Swoją drogą, działalność wspomnianego wyżej grzyba powoduje, że nie utrzymywane w czystości i nie malowane regularnie budynki destylarni potrafią stanowić niezwykły kontrast dla zadbanych i czystych domostw znajdujących się w bezpośredniej bliskości. Co ciekawe, większość budynków Glen Moray, jak przystało na gorzelnię otwartą dla turystów, jest pięknie odmalowana i zadbana. Białe lub kamienne budynki, niebieskie ramy okienne i drzwi. Jednak na samym środku dziedzińca, na wprost wjazdu stoi takie wysokie monstrum, coś jakby kilkupiętrowy magazyn z blachy falistej. Sterczy to coś w niebo i psuje krajobraz.

 

Niezrażony, wjeżdżam na jedno z miejsc parkingowych na dziedzińcu, kieruję się do niskiego budynku po prawej stronie, na ścianie którego widnieje napis Visitor Centre. Co za kontrast z odwiedzanymi dziś wcześniej destylarniami! Ciepłe, serdeczne przyjęcie już w progu – na zwiedzanie, czy tylko tak, rzucić okiem? A rzucę i zwiedzę, co mi tam! Wreszcie nie czuję się intruzem. Omiatam wzrokiem półki sklepu. Nie ma tu imponującego wyboru whisky, jak w sklepach destylarni należących do wielkich koncernów – bo i skąd? Oferta Glen Moray jest raczej skromna. No i ograniczona do produktów tej jednej destylarni. Za to sporo gadżetów, trochę książek – nie jest źle.

 

Tuż obok Glenlossie znajduje się jej siostrzana destylarnia, Mannochmore. Nieco mniej reprezentacyjna.

 

Zdawać by się mogło, że Glen Moray, znajdująca się w całkiem niemałym miasteczku, powinna cieszyć się dużą popularnością i przyciągać tłumy zwiedzających. Jest jednak inaczej – mimo że sezon w pełni, przyłączam się do uformowanej już grupki trojga innych zwiedzających i pod opiekuńcze skrzydła przewodnika. Fachowego przewodnika, podkreślić trzeba. I ludzkiego. Co prawda, niby obowiązuje zakaz fotografowania, ale jakoś nie ma problemu gdy zawieszony na szyi aparat raz po raz unoszę do oka i naciskam spust migawki. Destylarnia jak każda inna – a jakoś pełna dobrych wibracji. Może to kwestia rzeki Lossie, która właściwie opływa dookoła destylarnię?

 

Przy tej okazji nie można nie wspomnieć o Glen Moray 1986 30yo, znajdującej się w aktualnej ofercie Murray McDavid. Oferowana w ramach naszej najbardziej prestiżowej serii Mission Gold, whisky ta spędziła całe 30 lat w jednej beczce po burbonie. Zabutelkowana w postaci cask strength (49% vol.) dostarczy dużo radości wielbicielom nienachalnych ex-burbonowych klimatów.

 

Rzut oka na alembiki w Mannochmore - niestety, tylko przez uchylone okno.

 

Pozytywnie naładowany żegnam się z Glen Moray, ale nie żegnam się z Elgin. Nie można przyjechać do Elgin i nie zobaczyć katedry. A po drodze może na jakiś sklep z whisky gdzieś się natknę. Zgodnie z zasadą, że najbardziej podobają mi się melodie, które już znam, za każdym pobytem w Elgin parkuję w tym samym miejscu. Jest to niewielki parking między A941 a Thunderton Place. Opłacam parkowanie na kilka godzin, zostawiam samochód i ruszam – już pieszo – biegnącą nieopodal South Street. Jest to ulica równoległa, mniej więcej, do High Street, głównej ulicy miasteczka, stanowiącej na części swojej długości swego rodzaju deptak. Coś mi jednak mówi, że lepiej przejść się South Street. Wszystko staje się jasne, gdy trafiam na róg ulic South i Culbard. Znajdujące się na zielonych markizach logo i butelkowane cudeńka ustawione na wystawie nie pozostawiają wątpliwości – stoję przed jednym z największych i najbardziej znanych sklepów z whisky. Siedziba innego niezależnego dystrybutora, bez porównania bardziej znanego i doświadczonego – trafiłem do Gordon & MacPhail.

 

Nie będę robił konkurencji reklamy przecież – ale tutaj po prostu trzeba wejść. No i co tu dużo mówić? Stwierdziwszy, że nie mają w ofercie edycji Murray McDavid, po prostu wyjść okazując zniesmaczenie tym faktem. No bo nie mają. Za to mają sporo naprawdę świetnej whisky, więc jest to miejsce, gdzie niejeden przetestował do granic możliwości swej karty kredytowej. Sklep zajmuje się sprzedażą nie tylko whisky, ale także różnego rodzaju innych trunków, a także najzwyklejszych delikatesów. Jednak trzon jego działalności to bez wątpienia whisky.

 

W Miltonduff też nie ma mowy o zwiedzaniu destylarni.

 

Po wyjściu ze sklepu Gordon & MacPhail ruszam już w stronę High Street, po czym skręcam w prawo i szukam wskazówek jak dotrzeć do katedry. Po drodze mijam jeden z bardziej obskurnych pubów, jakie w życiu zdarzyło mi się odwiedzić – The Iconic Bar. Każdemu polecam odwiedziny na własne ryzyko, najlepiej nie za późnym wieczorem i bez obnoszenia się z żadnymi barwami klubów piłkarskich. Tak na wszelki wypadek. Pub robi wrażenie ostatniej speluny świata nawet w ciągu dnia, ale w przypadku nagłego ataku pragnienia, serwowane tu Belhaven Best (wbrew nazwie, wcale nie najlepsze piwo Szkocji) skutecznie pomaga. Dalej mijam budynki The Moray Council. To tutaj zapadają decyzje dotyczące pozwolenia na budowę. Na przykład nowych destylarni. Nie żeby ich w Moray powstawało wiele, ale jeśli jakaś ma przejść z fazy planów w fazę wstępnej realizacji, trafia właśnie tutaj. Potem wystarczy pokręcić trochę wąskimi uliczkami, najlepiej w lewo w North College Street – i mamy ją. Jest katedra.

 

A właściwie to ruiny katedry. Ale jakie ruiny! Katedra zbudowana została po raz pierwszy w tym miejscu w pierwszej połowie XIII wieku. Później była rozbudowywana, demolowana, ulegała pożarom – zwyczajne dzieje. Po szkockiej reformacji w XVI wieku i ustanowienia Kościoła Szkocji narodowym kościołem, katedra w Elgin została porzucona i pozostawiona sama sobie. Dzieła zniszczenia dokonał tutejszy klimat, szczególnie po usunięciu uszczelniającego dach ołowiu w 1567 roku. W swoim czasie zwana Latarnią Północy, katedra w Elgin robi wrażenie nawet w ruinie. Zabezpieczona jest obecnie przed dalszą degradacją, a jej wieże przykryte zostały dachem. Bilet wstępu do najtańszych nie należy, ale jeśli mam być szczery, chętniej zapłacę jeszcze raz za wejście tutaj niż do niektórych destylarni.

 

Skrzynka kontrolna (spirit safe) w Glen Moray.

 

Nie posiedzę jednak długo w katedrze, choć bardzo bym chciał. Przede mną jeszcze bodaj trzy cele na dziś. Chyba że coś przeoczyłem. Wracam do samochodu, choć na dobrą sprawę do następnego punktu mojej dzisiejszej wycieczki mógłbym przejść się spacerkiem. Jednak nie, bo potem trzeba jechać dalej. Destylarnia Linkwood, bo to jest mój najbliższy cel, znajduje się na samych obrzeżach Elgin. Dosłownie. Tuż za dwoma magazynami dunnage, stanowiącymi część destylarni, rozciągają się już tylko pola i łąki.

 

Kompleks starych, kamiennych pochodzących z końca XIX wieku budynków robi dość przygnębiające wrażenie. Od strony ulicy, którą zmierzam do destylarni, nazwanej jak najbardziej trafnie Linkwood Road, ciągnie się wysoki, surowy mur jednego z budynków, w którym nieliczne i niewielkie okna są zaciemnione, zakurzone, brudne. Można odnieść wrażenie, że człowiek zbliża się do murów jakiegoś Alcatraz, czy innego ośrodka wypoczynkowego w Rawiczu. W związku z tym, że nie przewidziano tu zwiedzania, nie ma też za bardzo miejsca do zaparkowania samochodu. Choć w Linkwood mniej się to rzuca w oczy, mamy to do czynienia z podobną sytuacją, jak w opisywanej wcześniej Glentauchers – stare, XIX-wieczne budynki wyraźnie kontrastują ze zdecydowanie bardziej nowoczesnym, bo pochodzącym z początku lat siedemdziesiątych budynkiem „nowej” destylarni. Ten drugi to konstrukcja do złudzenia przypominająca to, co znamy już chociażby z Craigellachie, Caol Ila czy Glendullan. Ten sam okres, ten sam koncern, kto wie, być może nawet ten sam architekt.

 

Ruiny katedry w Elgin - widok z jednej z zachowanych wież.

 

Kiedy kilka lat temu byłem w Linkwood, jak zwykle chciałem coś zobaczyć z pomieszczeń produkcyjnych, najchętniej halę alembików. Uznałem wówczas, że za stary już jestem na podchody i szukanie sobie jakiegoś tylnego wejścia. Zapukałem więc grzecznie do biura i wyłuszczyłem swój problem – wiem, że nie ma zwiedzania, ale zrobilibyście mi dużą frajdę, kochani, gdybyście pozwolili mi choć wściubić nos do środka, a może nawet pstryknąć jakąś fotkę. To, co nastąpiło później, przypominało naradę wojenną w obliczu pojawienia się w kwaterze głównej wrażego szpiega. A przynajmniej tak to w filmach pokazują. Jako że Linkwood nie należy do Chivas Regal, nikt nie spuścił mnie na drzewo historyjką o jakimś Johnie w Glenlivet, którego trzeba zapytać o zgodę. Po krótkiej naradzie usłyszałem, że mogę sobie chodzić po dziedzińcu i pstrykać z zewnątrz ile chcę, ale do środka nie wejdę. I życzą mi miłego dnia. Nie to nie. Nie pierwsza i nie ostatnia, do której wejść się nie da. Trudno.

 

Jadę dalej, przed siebie, wśród tych pól, co to rozciągają się za magazynami Linkwood. Dość mam już tej whisky, chcę powiewu świeżego powietrza. A najchętniej – powiewu znad morza. A jeśli dałoby się do tego dorzucić jakieś sentymenty… Dobra, jadę do Spey Bay.

 

Stare obok nowego - destylarnia Linkwood na przedmieściach Elgin.

 

Dawno temu, tak dawno, że wtedy jeszcze wiele osób czytających te słowa o whisky w ogóle nie słyszało, wędrowałem po Speyside. Wędrowałem pieszo, kończyłem właśnie trasę Speyside Way. Plecak na ramionach, w plecaku namiot, w portfelu cienko. Dzień był pochmurny i ponury. Wyruszyliśmy o świcie z Ben Aigan, rzuciwszy uprzednio okiem na świetnie prezentującą się z góry, nienagannie wybieloną Auchroisk. Zgodnie ze swoją nazwą, szlak Speyside Way prowadzi wzdłuż rzeki Spey, opływającej w tym miejscu Ben Aigan i dalej kierującej się mniej więcej na północ, wprost do Morza Północnego. Mieliśmy do przejścia trochę ponad dziesięć kilometrów, więc nie było mowy o jakimś szaleństwie. Speyside Way prowadzi do ujścia rzeki Spey w miejscowości Spey Bay, po czym prowadzi wzdłuż morza do miejscowości Buckie, gdzie się kończy. Świetnie mi to pasowało – w Buckie znajduje się destylarnia Inchgower, której produkt ciepło wspominałem jeszcze z czasów szalonych wypadów po szkocką whisky do Czech. Była to jednak z tych whisky, które w postaci miniaturek dorzucane były detalistom sprzedającym ogromne ilości whisky, głównie w sklepikach przy polskiej granicy. Ten stosunek ceny do wartości! Boże drogi, to już się nigdy nie powtórzy. Można było zorganizować niezłą imprezę, opartą tylko i wyłącznie na szkockich single malts, a wydać na to tyle, ile trzeba by było zapłacić za najtańszą polską wódkę! Mieliśmy takie podejrzenie, że właściciele sklepików dostawali owe miniaturki za darmo, by rozdawać najlepszym klientom, ale postanowili na nich dodatkowo zarobić, a nie mając pojęcia o ich wartości, wystawiali ceny zupełnie z księżyca. Na naszą korzyść, rzecz jasna.

 

A nie mówiłem, że będzie sentymentalnie? Tak czy owak, najpierw trzeba było dotrzeć do Spey Bay i zobaczyć gdzie Spey wpada do morza. Dzień, jak się powiedziało, był pochmurny i ponury. Nastrojów nie poprawił nawet postój w jakiejś kawiarni w Fochabers i pyszna herbata i ciasto. Wszystko, co nie było zawartością konserw, czy „gotowaną” z papierka zupą, było pyszne.

 

Pagoda nad nieczynną już suszarnią słodu odbija się w oknie hali alembików w Linkwood.

 

No i jak już dotarliśmy do Spey Bay, wlokąc się pod tym ołowianym niebem, kiedy rzuciliśmy się na pole namiotowe (które teraz jest polem golfowym) i rozbiliśmy nasz namiocik na idealnie równej, wzorcowo przystrzyżonej trawce, pomaszerowaliśmy w to miejsce, gdzie Spey wpada do morza – i wtedy stało się to. Skłaniające się już ku horyzontowi słońce przesunęło się poniżej pułapu chmur, zalało złotym światłem okolicę, a jakby zachęcony tą zmianą na niebie delfin zaczął fikać ponad fale niedaleko od brzegu. Na tyle niedaleko, by było go widać bardzo wyraźnie z miejsca, gdzie staliśmy. Jakby tego było mało, wśród wodnego zamieszania u ujścia Spey – fale przypływu walczyły z nurtem rzeki – nad powierzchnię wody wyskoczył dorodny łosoś. Byłem w raju. Spędziliśmy resztę popołudnia i wieczór na kamienistej, pełnej gładziutkich otoczaków plaży, wpatrując się w fale.

 

Byliśmy jedynym namiotem rozbitym na rozległym polu namiotowym. Do naszej wyłącznej dyspozycji były wszystkie urządzenia i instalacje – toalety, łazienki, deski do prasowania, a nawet swego rodzaju świetlica. Nie było wokół nikogo, z kim trzeba byłoby się dzielić. Nic dziwnego, że z czasem przerobiono pole namiotowe na pole golfowe, jak przekonałem się podczas którejś z następnych wizyt.

 

Najbardziej sentymentalne zdjęcie z plaży w Spey Bay, jakie potrafiłem znaleźć. Swoją drogą, wyobraźcie sobie kilkukilometrowy spacer plażą usypaną takimi otoczakami.

 

Następnego dnia jednak paskudna pogoda od rana groziła recydywą. Ruszyliśmy wzdłuż morza, brnąć wśród tych otoczaków, w stronę Buckie. Liczyłem na owoce morza – wszak to miejscowość portowa – być może na jakieś miłe przyjęcie w Inchgower. To były jeszcze te czasy, kiedy do destylarni się wchodziło. Nawet jeśli niekoniecznie oferowały zwiedzanie.

 

Kiedy dotarliśmy do osady Portgordon, tuż przed Buckie, zaczął lać deszcz. Na drodze stanął nam przystanek autobusowy, a rozkład jazdy powiedział, że wkrótce możemy wrócić do Dufftown. Kiedy wysiadaliśmy z autobusu pod wieżą zegarową w centrum miasteczka, zza chmur wyszło słońce. Do Buckie i Inchgower dotarłem po raz pierwszy dobrych parę lat później. I przekonałem się, że nie ma czego żałować.

 

Destylarnia Inchgower, ostatni postój na dzisiejszej trasie.

 

Inchgower jest jedną z tych destylarni należących do Diageo, które grzecznie i nikomu nie wadząc, robią swoje. A jest to produkcja whisky słodowej na potrzeby blendów koncernu. W związku z tym, sytuacja dla whiskowego turysty jest podobna, jak w większości tych gorzelni, gdzie zwiedzania nie przewidziano. Można się powłóczyć wśród budynków, można popstrykać zdjęcia z zewnątrz, ale trzeba mieć albo sporo szczęścia, albo dużo uroku osobistego, by wejść do środka. Mnie zabrakło najpewniej obydwu tych elementów, więc nie mam jakichś specjalnych wspomnień z Inchgower. Może tylko ten samochód zaparkowany na tyłach magazynów, w którym ewidentnie ktoś był – najpewniej dwie osoby – i szyby zaparowane, jak w słynnej scenie z filmu Titanic… Prawdziwa historia. Tak było. Dyskretnie się wycofałem zanim mnie zauważono.

 

Wracam do domu, do Parkmore. Najkrótszą drogą. A że najkrótsza droga akurat przebiega obok kilku destylarni, w których (lub obok których) już byłem w trakcie tej opowieści, to tylko sobie spojrzę zza kierownicy i westchnę z lubością – Aultmore, magazyny Chivas na przedmieściach Keith, pozostałości Towiemore. Wreszcie docieram do w domu. Jest za późno na fish & chips z D.J. Chipie. Pozostaje mi chiński przybytek z tejkełejami na Church Street, naprzeciwko The Commercial Hotel, tuż obok The Whisky Shop. Oni chyba nigdy nie chodzą spać. Szacunek dla ciężko pracujących.

 

A jutro znowu pojadę do jakiejś destylarni.

 

Rzeka Spey meandruje po niemal płaskim terenie niecałe dwa kilometry od ujścia do morza.

 

[cz. 1] [cz. 2] [cz. 3] [cz. 4] [cz. 5] [cz. 6] [cz. 7] [cz. 8] [cz. 9] [cz. 10] [cz. 11] [cz. 12] [cz. 13] [cz. 14] [cz. 15] [cz. 16] [cz. 17] [cz. 18] [cz. 19] [cz. 20]

Ostatnie wiadomości

W galeriach...