Z Murray McDavid po Szkocji (cz. 15)

...

W poprzednich odcinkach:

Przylot, pierwsza destylarnia [cz. 1]

Campbeltown [cz. 2]

Południowa część Islay [cz. 3]

Reszta Islay i Jura [cz. 4]

Oban i Fort William [cz. 5]

Ben Nevis i Mull [cz. 6]

Glenfinnan i Skye [cz. 7]

Północny zachód i północ [cz.8]

Orkady [cz. 9]

Na południe, do Speyside [cz. 10]

Speyside, dzień pierwszy [cz. 11]

Dufftown [cz. 12]

Keith i Rothes [cz. 13]

Do Balmoral [cz. 14]

 

Zgodnie z planem, na wieczór zaokrętowałem się w Braemar. Po drodze jeszcze zahaczyłem o zamczysko o tej samej nazwie. Średniowieczna budowla bardziej przypomina warowną fortecę niż wykwintny zamek w stylu Balmoral czy Ballindalloch. Ku mojej wielkiej radości odkrywam, że zamek od paru lat jest otwarty dla zwiedzających. Kiedy byłem tu po raz pierwszy, stał opuszczony, ponury, gubił tynk ze ścian i prezentował się dość żałośnie.

 

Braemar to niewielka miejscowość położona nad rzeką Dee. W związku z tym, że przepływa ona przez posiadłości królewskie – parę kilometrów w dół rzeki, w Balmoral – często określa się ją mianem Royal Dee, a okolica to Royal Deeside. Samo miasteczko stanowi świetną bazę wypadową dla górskich wycieczek. Tutaj też co roku odbywają się jedne z najsłynniejszych zawodów Highland Games – na widowni tradycyjnie zasiada ktoś z rodziny królewskiej i najczęściej jest to sama królowa. A przynajmniej tak było, gdy monarchini była w sile wieku i cieszyła się dobrym zdrowiem. Warto więc wybrać się tu w pierwszą sobotę września, kiedy to tradycyjnie odbywają się zawody.

 

Kiedy jestem w Braemar, a zdarza się to od czasu do czasu, niezmiennie wracają wspomnienia mojej pierwszej wizyty w miasteczku i okolicy. Pewnego razu, około dziesięciu lat temu, wraz z grupką przyjaciół wybierałem się na wyprawę w Cairngorms. W planie mieliśmy przejście gór od Braemar do Glenlivet, zatrzymując się po drodze nad niewiarygodnie wręcz malowniczym i równie odludnym Loch Avon, włócząc wzdłuż rzek Dee, Derry i Avon, obserwując po drodze łososie skaczące ponad próg wodny na Avon, w drodze w górę rzeki na tarło. Siłą rzeczy, zdani byliśmy wówczas na środki transportu publicznego, głównie autobusy. Nie było mowy o tym, by po tygodniu wędrówki górskiej wrócić do pozostawionego w Braemar samochodu. Trzeba było widzieć minę kierowcy autobusu z Aberdeen do Braemar, który żadną miarą nie mógł zrozumieć prostego komunikatu – nie potrzebujemy oferowanych nam biletów powrotnych, bo my z Braemar wracać nie będziemy. Prosimy o bilety tylko w jedną stronę. Naprawdę. Wiemy, że bilety kupowane w obie strony byłyby dużo tańsze, ale my potrzebujemy dostać się tylko tam. Dalej damy sobie radę. Trwało to dobrą chwilę zanim przekonaliśmy go, że nie interesuje nas korzystniejsza cenowo opcja biletów typu return.

 

Linn of Dee. Tu rzeka Dee musi przecisnąć się przez wąski przesmyk skalny.

 

Potem był spacer do Inverey, gdzie nocowaliśmy w tamtejszym miniaturowym schronisku, z łazienką w drewnianej przybudówce, bez ciepłej wody. Za to ze stadem jeleni maszerującym niespiesznie kilkanaście metrów od nas, gdy siedzieliśmy przy jednym z drewnianych stolików na zewnątrz i rozkoszowaliśmy się gorącą herbatą. Następnego dnia spacer wzdłuż rzeki Dee, potem Lui, wreszcie Derry. Widok tafli wody jeziora Loch Etchachan, znajdującej się na poziomie wzroku, gdy wchodziliśmy na przełęcz u stóp Ben Macdui na zawsze pozostanie jednym z bardziej pamiętnych wspomnień ze szkockich Highlands. Podobnie jak widok ze znajdującego się nieopodal szczytu Ben Macdui, drugiego co do wysokości szczytu Wielkiej Brytanii. W przeciwieństwie do Ben Nevis, który zdobywałem trzykrotnie w chmurach, bez nadziei na jakiekolwiek widoki ze szczytu, Ben Macdui był bez porównania bardziej przyjazny. Otoczony dolinami rzek i potoków, z przewyższeniami sięgającymi kilkuset metrów, jest na pewno miejscem, które warto odwiedzić. Wymaga nieco więcej samozaparcia niż Ben Nevis, gdyż nie tylko trzeba się na niego wspiąć, ale najpierw trzeba do niego dojść, targając na plecach namiot, bo nie ma mowy o powrocie w ciągu jednego dnia. Ale z całą pewnością warto. Szczególnie, że ten namiot można sobie rozbić nad wspominanym już kilkakrotnie jeziorem Loch Avon.

 

Długo by opisywać uroki biwakowania nad Loch Avon, w otoczeniu potężnych skał, z których spływają potoki, w wielu miejscach przechodzące w wodospady, zasilające jezioro na jego zachodnim krańcu. Nie da się w żaden sposób oddać poczucia izolacji i oddalenia od wszelkich przejawów cywilizacji. Trudno również przekazać słowami udręki spowodowanej miliardowymi chyba zastępami meszek (midges), które wytropią każdy odsłonięty fragment ciała i bezlitośnie kąsać będą do szaleństwa. Naszego szaleństwa. Biwakowanie w Szkocji ma swoje niezaprzeczalne uroki. Ma jednak i ciemniejsze strony.

 

Pewnego razu, gdy dotarłem nad Loch Avon i zabrałem się za rozbijanie namiotu, zaczął padać deszcz. Nie żeby jakaś ulewa, ale na tyle dokuczliwy, by kazać mi spędzić resztę popołudnia i wieczór w namiocie. Leżałem i wsłuchiwałem w dudnienie kropli deszczu o tropik namiotu. W takich okolicznościach, nawet szum opadających wokół mnie licznych wodospadów i wodospadzików przestał być romantyczny i przyjemny dla ucha. Kiedy zasypiałem, wciśnięty w ciepły śpiwór, deszcz dalej padał. W nocy obudziłem się – wokół mnie panowała cisza. Żadnego deszczu. O radości! Jest szansa na przyjemny spacer wzdłuż jeziora i dalej, w dół rzeki Avon następnego ranka! Kiedy wyszedłem z namiotu – obudziła mnie wszak konieczność wyjścia na zewnątrz, pokłosie jednego piwa za dużo poprzedniego wieczora – zdębiałem. I namiot i ja znajdowaliśmy się w samym środku chmur, które tylko obniżyły pułap w nocy. Loch Avon znajduje się na stosunkowo dużej wysokości. A w środku chmury nie pada. Kiedy obudziłem się ponownie rano, wokół mnie szumiał deszcz. Wtedy nauczyłem się pakować zawartość namiotu tak, by niczego nie zmoczyć, a na koniec do plecaka przywiązać mokry tropik. I ruszyłem dalej. Przestało padać późnym popołudniem gdy byłem kilkanaście kilometrów dalej, gdzieś w pobliżu Faindouran Lodge, górskiej chaty, w której nie tylko można spędzić bezpiecznie noc, ale nawet wysuszyć mokre rzeczy przy kominku.

 

Destylarnia Royal Lochnagar, położona tuż obok królewskiej posiadłości Balmoral.

 

W Faindouran Lodge obowiązuje stara zasada, zgodnie z którą zostawiamy kolejnym użytkownikom tego miejsca wszystko to, co nam już nie jest potrzebne, a im może się przydać. I tak, znalazłem tam kiedyś worek suszonego torfu do palenia w kominku, a innym razem buteleczkę po Irn Bru, pełną – zgodnie z zapewnieniem na pozostawionej kartce – whisky Black Bottle. Zważywszy na fakt, że do Faindouran Lodge dociera się trzeciego dnia od ostatniej wizyty w jakimkolwiek sklepie, a na plecach trzeba nosić sporo sprzętu, więc na butelki nie ma już miejsca i siły, tamta Black Bottle smakowała jak czysta ambrozja. A na wrzosowisku za oknem pasło się stado jeleni…

 

Ach, upajam się tamtymi wspomnieniami, gdzieś z tyłu głowy kalkuluję kiedy znowu będę mógł się tam wybrać. Tymczasem czas ruszać w dalszą drogę na mojej trasie szlakiem szkockich destylarni. A przynajmniej w dużej mierze destylarni. W ramach podróży sentymentalnej robię więc sobie tylko króciutki wypad w miejsce, gdzie jeszcze da się dojechać samochodem. Przejeżdżam wspomnianą osadę Inverey, mijam pamiętne schronisko, jadę jeszcze kilka kilometrów, do miejsca, w którym droga wjeżdża na kamienny most i prowadzi na drugą stronę rzeki. To tutaj. Linn of Dee – miejsce, w którym szeroka, płytka i leniwie płynąca rzeka Dee wpada w kocioł skalny. Przewężenie, przez które od wieków usiłuje pokonać i które sama sobie rzeźbi w najbardziej wymyślne, fantastyczne kształty. A w związku z ograniczoną przez twarde skały przestrzenią, woda w tym miejscu przestaje być leniwa, a zaczyna się kotłować jak w najbardziej wartkim potoku. Co ciekawe, kilkadziesiąt metrów dalej, Dee znowu rozlewa się szeroko i nic nie wskazuje na to, że kawałek w górę rzeki odbywa się takie dramatyczne widowisko.

 

Przy okazji, w ciepły letni dzień polecam kąpiel w rzece gdzieś na wysokości Braemar. Jeśli kąpielą nazwać można brodzenie po pas w lodowatej wodzie i bezustanną walkę z kamienistym dnem (idealnie gładkie, śliskie otoczaki), wartkim nurtem i grawitacją.

 

Po wizycie w Linn of Dee wsiadam w samochód i wracam w stronę Braemar. Niestety, w górzystych okolicach trzeba się przyzwyczaić, że od czasu do czasu trzeba będzie pojechać tą samą drogą, którą się przyjechało. Z Braemar jadę dalej główną drogą na wschód. Zanim jednak dotrę do zamku Balmoral, trafiam do kolejnej destylarni. To Royal Lochnagar, najmniejsza spośród dwudziestu ośmiu destylarni whisky słodowej należących do Diageo.

 

Fettercairn odwiedziłem w ponury, deszczowy dzień.

 

Royal Lochnagar sąsiaduje przez miedzę (chyba wręcz dosłownie, choć tego nie jestem pewien) z posiadłością Balmoral, co naturalnie stwarza większe szanse niż gdziekolwiek indziej w Szkocji na bezpośredni kontakt z członkami brytyjskiej rodziny królewskiej. Ten fakt wykorzystał założyciel i pierwszy właściciel Lochnagar, John Begg, który krótko po uruchomieniu swojej gorzelni zwyczajnie zaprosił Wiktorię i Alberta na sąsiedzką wizytę. Poczęstował ich swoją whisky, a ta musiała zrobić na gościach piorunujące wrażenie, gdyż już po kilku tygodniach uzyskał tzw. Royal Warrant, dokument nadający tytuł dostawcy na dwór królewski i upoważniający do opatrywania produktów królewskim herbem. Stąd już tylko krok do poszerzenia nazwy zakładu o przydomek „Royal”.

 

W związku z niemałym zainteresowaniem, jakim gorzelnia cieszy się wśród turystów odwiedzających okolicę, podczas wizyty w Royal Lochnagar trzeba liczyć się ze wszystkimi obostrzeniami, jakie stosowane są w destylarniach należących do dużych koncernów. Zakaz fotografowania w pomieszczeniach produkcyjnych, trzymanie się z góry założonej trasy zwiedzania, doskwierająca sztampowość, przykładanie do wszystkich gości tej samej miarki – nic nie wiedzą o whisky, a po prostu chcieli „zaliczyć” królewską destylarnię, więc zaserwujemy im typowo muzealne podejście. Grzecznie, fachowo, ale wysoce bezosobowo i miejscami protekcjonalnie. Szkoda, bo destylarnia nietuzinkowa, malownicza i na swój sposób urokliwa.

 

A może to ja miałem pecha i źle trafiłem.

 

Nie zawsze ogląda się czyste, lśniące miedzią alembiki. Czasem zwyczajnie nie trzymają uszczelki.

 

W trakcie krótkiej wizyty w Royal Lochnagar postanawiam sobie, że dzisiaj będzie więcej atrakcji innych niż destylarnie. Jestem wszak w Aberdeenshire, okolicy słynącej z największego bodaj nagromadzenia niezwykle malowniczych szkockich zamków. Tak więc, jeśli przydarzy mi się po drodze jakaś destylarnia, na pewno nie będę jej unikał. Jednak powtórzę moją ulubioną maksymę podczas wędrowania po Szkocji – nie samą whisky żyje człowiek. A grzechem byłoby odwiedzić ten zakątek kraju i nie zaliczyć przynajmniej kilku zamków, zameczków, czy chociażby ruin. Tym bardziej, że kilka naprawdę imponujących znajdzie się na trasie. Nie licząc odwiedzonych już Balmoral i Braemar.

 

Jadę więc przed siebie, co koń wyskoczy, najgłówniejszą drogą w okolicy – A93, biegnącą przez długi czas mniej więcej wzdłuż rzeki Dee. Oznacza to, że biegnie ona raczej prosto, bez większych zawirowań, po w miarę płaskim terenie. Dee na tym odcinku jest naprawdę leniwą rzeką, nachylenie terenu jest minimalne, droga szeroka, pogoda nam sprzyja, jazda jest przyjemna. Co prawda, najpiękniejsze góry zostawiliśmy za sobą, ale teren wokół jest przyjemnie pagórkowaty, wzrok z całą pewnością się nie nudzi. Z czasem lasy i wrzosowiska, znajdujące się po obu stronach drogi, zastąpione zostają przez pola uprawne, jednak zawsze gdzieś tam w oddali znaleźć można tereny zalesione, co najmniej pagórkowate, jeśli nie górzyste.

 

Wbrew deklaracji o zamkowej trasie na dziś, pierwszym moim celem jest destylarnia. Głównie dlatego, że jakoś nigdy nie jest ona w żaden sposób po drodze. Ona i jeszcze dwie, o których za chwilę. Mowa o Fettercairn, znajdującej się w miejscowości o tej samej nazwie w pobliżu Laurencekirk. Mimo iż znajduje się trochę na uboczu i rzeczywiście trzeba się tam wybrać specjalnie, żeby do destylarni dotrzeć, Fettercairn otwarta jest dla zwiedzających i posiada swoje Visitor Centre. Tak się jednak złożyło, że kiedy wreszcie wybrałem się w tamtą okolicę, na drzwiach VC znalazłem kartkę z informacją, że akurat tego dnia nieczynne. Jeden z uroków podróżowania po Szkocji poza sezonem. Na dodatek dzień był szczególnie ponury i deszczowy.

 

Fettercairn raz jeszcze. Z innej perspektywy, choć ciągle w deszczu.

 

W Fettercairn sprawdziła się – przynajmniej w moim przypadku – stara zasada, zgodnie z którą gospodarze destylarni, do których nie tak łatwo dotrzeć, szanują każdego, kto się tam jednak wybierze. Mimo iż Visitor Centre było nieczynne, a w zasięgu wzroku nie było żadnego przewodnika, pracownicy destylarni zajęli się mną, oprowadzili, pokazali wszystkie elementy procesu produkcji i pozwolili do woli pstrykać zdjęcia. Dobrze ludzie.

 

A destylarnia naprawdę warta jest odwiedzin. Co prawda, czytając tu i ówdzie opowieści o jej usytuowaniu u stóp gór Cairngorms można by spodziewać się dramatycznych górskich krajobrazów tuż za budynkami gorzelni. No i się trochę rozczarować. W praktyce owe góry znajdują się daleko, na horyzoncie, a Fettercairn położona jest na rozległej równinie i otoczona polami uprawnymi, a nie górskimi stokami. Nie umniejsza to jednak urokliwości miejsca i urody samej destylarni. Białe budynki, tradycyjna pagoda, a magazyny – zwykle najmniej malowniczy element każdej destylarni – usytuowane tak, by nie przytłaczały swym ogromem.

 

Po krótkiej wizycie w Fettercairn ruszam dalej. Kolejny punkt mojego dzisiejszego programu to destylarnia Glencadam, znajdująca się w miejscowości Brechin. Niewielkie, siedmiotysięczne miasteczko może okazać się ważnym punktem na trasie naszej wycieczki, szczególnie jeśli wizyta tutaj zbiegnie się w czasie z wystąpieniem charakterystycznego uczucia ucisku na żołądku, zwanego głodem. Znaleźć tu można kilka pubów, restauracji i kawiarni, więc w razie potrzeby radzę skorzystać. A i nie zaszkodzi zaopatrzyć się w jakieś kanapki w jednym z tutejszych sklepów. Przypominam, że mimo stosunkowo sporego zagęszczenia osiedli ludzkich w tej części Szkocji, ciągle podróżujemy po kraju, gdzie siedmiotysięczne miasteczko jest sporą aglomeracją i ważnym ośrodkiem handlowym.

 

Skrzynka kontrolna spirit safe w Glencadam. Zakład pracuje, destylat się leje.

 

Destylarnię Glencadam nie tak łatwo znaleźć, mimo że nie znajduje się gdzieś na uboczu, wśród pól czy lasów, a właściwie w obrębie miasteczka. No i „właściwie” jest tu niezbędne – Glencadam otoczona jest przez tereny zielone, w tym park i niezwykle rozległy, stary i pieczołowicie zadbany… cmentarz. Przez płot od cmentarza znajduje się boisko piłkarskie miejscowego klubu. Najciekawsza lokalizacja szkockiej gorzelni? Z pewnością mocna kandydatka do podium. Dojazd do gorzelni możliwy jest drogą, po której wcale nie widać na pierwszy rzut oka, że jest w stanie podołać ruchowi ciężarówek i cystern – jest wąska i łatwo nie zauważyć wjazdu w nią z jednej z głównych ulic. Widocznie jednak to tylko złudzenie, bo po kilkuset metrach jazdy wśród zieleni i nagrobków, dotarłem do pokrytych charakterystyczną czernią budynków. Szyld nie pozostawił złudzeń – Glencadam Distillery.

 

Glencadam oficjalnie nie posiada Visitor Centre i generalnie nie podejmuje grup turystów. Nie oznacza to jednak braku możliwości zwiedzenia zakładu, jak się okazało po dotarciu na miejsce. Jest nawet budyneczek opatrzony napisem „Reception,” w którym szukać należy fachowej, przewodniczej pomocy w razie nagłej i niespodziewanej wizyty w Brechin. A jeśli wizyta jest planowana wcześniej, dobrze jest skontaktować się z destylarnią telefonicznie.

 

Ja pojawiłem się w Glencadam nagle i niespodziewanie, nie oczekiwałem przewodnika, ani nawet możliwości wejścia do środka, do pomieszczeń produkcyjnych. Jakże się zdziwiłem, gdy napotkany pracownik destylarni zabrał mnie pod dach, pokazał wszystko, co Glencadam ma do pokazania i zasugerował, żeby na przyszłość kontaktować się ze wspomnianą recepcją. W związku jednak z tym, że akurat – jak to mi się często zdarza – byłem w okolicy poza sezonem, nikt nie spodziewał się żadnych odwiedzin, toteż recepcja zamknięta była na cztery spusty. Poza tym, była akurat niedziela. Jednak, jak przystało na gorzelnię z ambicjami na podbój rynku whisky single malt, Glencadam pracowała pełną parą. Mogłem więc zanurzyć się w aromatach płynących z kadzi zaciernej (zacieranie w toku), z kadzi fermentacyjnych (w większości pełnych) i przyjrzeć działaniu alembików. Przez skrzynkę spirit safe płynął destylat. Wszystko odbywało się jak należy. W zbiorniku wodnym na tyłach kąpały się kaczki i gęsi, rozkoszując dostępem do ciepłej wody w mroźny lutowy poranek.

 

Arbikie nie była dla mnie zbytnio gościnna.

 

Z Brechin udałem się w odwiedziny do jednej z młodszych destylarni, funkcjonującej od 2015 roku Arbikie. Głównie dlatego, że byłem w pobliżu. Nie oczekiwałem, że w tę lutową niedzielę w Arbikie ktokolwiek będzie pracował. Młode destylarnie mają ciągle jeszcze zdrowe podejście do pracy, jak zauważyłem. Te duże, uznane, muszą pracować 24/7, żeby utrzymać się wśród agresywnej konkurencji. Młode gorzelnie jeszcze długo muszą czekać zanim się dobiją choćby tylko do świadomości konsumentów, więc prezentują zdecydowanie większy luz.

 

Zgodnie z przewidywaniami, kiedy po przejechaniu około dziesięciu mil, wiedziony wskazaniami mapy Google, dotarłem do bramy Arbikie, zastałem ją zamkniętą na kłódkę. Nie przewidziałem jednak, że brama znajdować się będzie dość daleko od samych budynków zakładu, więc nie było mowy o spacerze po dziedzińcu i zupełnie przypadkowym naciśnięciu klamki drzwi do hali produkcyjnej. Na dodatek, dzień był wyjątkowo paskudny, z nieba siąpił deszcz, wokół błoto, nieprzyjemnie. Zdecydowanie nie było warunków do jakichkolwiek działań. Wrzuciłem więc wsteczny i pojechałem dalej. Ja tu jednak wrócę. Na pewno wrócę. Choćby tylko ze względu na wytwarzaną tu pierwszą od lat szkocką whisky żytnią.

 

Tymczasem wracam na mniej więcej główną drogę A92, o którą już się otarłem w drodze do Arbikie i wypatruję drogowskazów na Aberdeen. Nie żeby spieszyło mi się do Granitowego Miasta, bynajmniej. Teraz jednak planuję trasę wśród rozlicznych zamków Aberdeenshire. Może zobaczę jeszcze jedną destylarnię po drodze, ale przede wszystkim nastawiam się na bezalkoholowe atrakcje okolicy. No i wyszło mi, że najlepiej będzie rozpocząć od jakiegoś nietuzinkowego miejsca, jakiegoś zamczyska, które robi wrażenie niezmiennie, niezależnie od pogody, pory roku, pory dnia, czy jakichkolwiek innych okoliczności. Mój wybór pada na Dunnottar Castle w pobliżu Stonehaven. Jadę więc.

 

Zamek Dunnottar koło Stonehaven, nieco na południe od Aberdeen.

 

Droga prowadzi teraz po zupełnie płaskim terenie. Raz po raz po prawej stronie widać bezmiar Morza Północnego. Chyba że akurat ów bezmiar przesłaniają zabudowania jakiegoś miasteczka. Charakterystyczna brązowa tabliczka informuje mnie, że jestem na Angus Coastal Tourist Route, więc nic dziwnego, że w pobliżu jest jakieś morze. W pewnym momencie jakaś woda pojawia się również po lewej stronie od drogi. To niezwykle szerokie ujście rzeki South Esk. A właściwie rodzaj zalewu utworzonego przez rzekę tuż przed samym ujściem. Coraz większe zagęszczenie budynków wskazuje na zbliżanie się do jakiejś większej miejscowości. I rzeczywiście, wkrótce odpowiednie tablice informują mnie, że jestem w Montrose. Tutaj droga wjeżdża na długaśny most wiodący na drugi brzeg rzeki South Esk. Po lewej stronie mam teraz wspomniany zalew, po prawej pełnoprawny port morski w Montrose i samo morze. Zacumowane przy nabrzeżu pełnomorskie statki nie pozostawiają złudzeń – to nie jest przystań żeglarska, nie rybackie nabrzeże, to prawdziwy port. A jeśli port, to i miasteczko musi mieć do zaoferowania więcej niż tylko prowincjonalny sklepik i dwa zapyziałe puby. Jeśli więc w naszych podróżach zagalopowaliśmy się i zapomnieliśmy o zaopatrzeniu jeszcze w Brechin, bądź marzymy o filiżance kawy albo czymś gorącym do zjedzenia, warto się tu rozejrzeć.

 

Gwoli ścisłości, już po minięciu rogatek Montrose, droga przejeżdża przez kolejny most, kolejną rzekę. Zdecydowanie mniej malowniczą North Esk. Poza tym, znowu po prawej stronie widać morze, po lewej, gdzieś na horyzoncie majaczą góry. Po obu stronach drogi, jeśli nie przejeżdżam akurat przez ludzką osadę, pola uprawne i łąki. Sielsko. Bywa, że morze jest bardzo blisko drogi. Czasem warto się zatrzymać, jeśli pogoda dopisuje, i zrobić sobie piknik nad brzegiem. Są do tego warunki.

 

Docieram wreszcie do miejsca, gdzie brązowy drogowskaz każe mi zjechać w prawo. Zamek Dunnottar jest tuż-tuż. Nawet widać go z drogi. Najwyższe fragmenty ruin wystają ponad łąkę po prawej stronie drogi. Dla zmotoryzowanych amatorów kontaktu z historią przewidziano parking, z którego do zamku prowadzi ścieżka.

 

Zamek Crathes, zbudowany w charakterystycznym stylu baronów szkockich.

 

Trudno o bardziej dramatycznie usytuowane ruiny. Średniowieczne zamczysko wybudowano na otoczonym z trzech stron wodą skalistym, klifowym cyplu. Trudno powiedzieć kiedy po raz pierwszy jakakolwiek twierdza pojawiła się w tym miejscu, ale musiało być to bardzo dawno temu, skoro kroniki odnotowują oblężenie Dunnottar już w VII wieku. Zachowane do dziś ruiny pochodzą, oczywiście, z późniejszego okresu.

 

W 1990 Franco Zeffirelli wybrał Dunnottar jako jeden z dwóch plenerów zdjęciowych do realizowanego wówczas filmu na podstawie dramatu W. Szekspira „Hamlet.” Tytułową rolę zagrał w nim Mel Gibson, a jego matkę Glenn Close. Zresztą, długo by wymieniać gwiazdy, które znalazły się w obsadzie filmu – Helena Bonham Carter, Ian Holm, Pete Postlethwaite…

 

Dunnottar jest pierwszym z odwiedzanych dziś przeze mnie zamków. Mam ich na liście jeszcze sześć, a jeśli wpadnę na chwilę do Balvenie po powrocie do Dufftown, będzie ich siedem. Nie znaczy to, że w okolicy nie ma więcej zamczysk wartych zobaczenia, jednak niech tych kilka posłuży za przykład tego, co do zaoferowania w tej dziedzinie ma Aberdeenshire. Dość powiedzieć, że wybrane przeze mnie, świetnie zachowane i tętniące życiem zamki Crathes i Drum znajdują się w odległości dosłownie kilku kilometrów od siebie. Takie tu nagromadzenie zamkowej dobroci.

 

W zamku Drum trafiłem na zlot starych jaguarów.

 

Wpisuję więc w guglową nawigację kolejne zamki i ruszam przed siebie. Tuż po ominięciu miasteczka Stonehaven, obok którego położony jest Dunnottar, moja trasa wędruje pomniejszymi, wąskimi drogami błądzącymi wśród pól i łąk. Nie ma większego sensu opisywanie tej trasy kilometr po kilometrze. Jeśli ktoś chce podążyć moim tropem, niech również skorzysta z nawigacji.

 

Pierwszy na trasie jest Crathes. XVI-wieczny zamek nie przypomina w niczym znanych nam twierdz z tej części Europy. A przy tym zaskakuje miniaturowością. Oglądany wcześniej na zdjęciach, wydaje się potężnym zamczyskiem, tymczasem w rzeczywistości okazuje się być tylko trochę większym od przeciętnego domu mieszkalnego. Jednak te wieżyczki, którymi zwieńczona jest bryła głównej części zamku nadają mu wrażenie masywności. Crathes, wraz z niewiarygodnie wręcz zadbanymi ogrodami, otwarty jest dla zwiedzających.

 

Cullerlie Stone Circle, kawałek na północ od zamku Drum.

 

Kilka, może kilkanaście kilometrów od Crathes znajduje się kolejny zamek – nieco większy, XIII-wieczny Drum. Ten bardziej przypomina twierdzę, ale też ma do zaoferowania ogrody, arboretum, a jak ktoś się uprze, może go sobie wynająć na wesele, czy imprezę integracyjną. Ja trafiłem w Drum na zlot właścicieli historycznych jaguarów. Szczerze mówiąc, kiedy na jednej z dróg wiodących do Drum minął mnie trzeci z kolei zabytkowy jaguar, zacząłem się zastanawiać co to za ludzie mieszkają w okolicy. Dobrze, że ostatecznie trafiłem na zamek i na jaguarową imprezę, bo wszystko się wyjaśniło, a ja nie będę opowiadał legend o zamożności czy ekscentryczności mieszkańców tej części Aberdeenshire. Wielu kierowców prowadzących pojazdy z lat pięćdziesiątych, ubranych było stosownie do wieku samochodu, niejednemu z tyłu dyndał długi szal uwiązany u szyi.

 

Z Drum Castle ruszam do Castle Fraser, ale najpierw, jakieś pięć kilometrów od zamku Drum odwiedzić muszę jeden ze stosunkowo licznych w Szkocji kamiennych kręgów megalitycznych. Tak, tak, megality w UK nie ograniczają się do mocno przereklamowanego – moim zdaniem – Stonehenge na południu Anglii. Przy okazji wizyty na Orkadach, wspominałem o Standing Stones of Stennes i Ring of Brodgar. Teraz mam sposobność odwiedzenia Cullerlie Stone Circle. Stoi on sobie gdzieś w kącie pola, tuż przy jakiejś farmie, niemal zupełnie zapomniany przez świat i ludzi. Nie żeby był to jakiś gigant, ale skoro jest po drodze, warto zajrzeć.

 

Castle Fraser.

 

Około dwudziestu kilometrów dalej, jadąc zgodnie ze wskazaniami mojej ulubionej nawigacji, docieram do zamku Fraser. XVI-wieczne zamczysko to kolejna perełka dla turysty – i ogrody i wnętrza i kawiarenka i sklepik. Wszystko, czego strudzony wędrowiec może potrzebować. Zamek „ zagrał” w filmie „Królowa,” z Helen Mirren w roli tytułowej.

 

W związku z tym, że bardzo bym chciał jeszcze dzisiaj na noc dotrzeć do mojego domu w Parkmore, zaliczam tylko te miejsca, które są bardziej niż mniej ewidentnie po drodze. A po drodze mam jeszcze Craigievar Castle. Zamek do złudzenia podobny do Crathes, w którym byłem wcześniej – miniaturowa twierdza z zabawkowymi wręcz basztami i wieżyczkami. Mówi się, że stanowił inspirację dla Walta Disneya, gdy ten rysował swój zamek, pojawiający się w czołówce filmów wytwórni do dziś. Co prawda, do tego zaszczytu o wiele skuteczniej aspiruje niemiecki Neuschwanstein, ale skoro miejscowi twierdzą, że to Craigievar, to nie będziemy z nimi dyskutować Zamek również udostępniony do zwiedzania, choć tu o okazałe ogrody raczej trudniej niż w odwiedzanych wcześniej zamkach.

 

Jadę do Dufftown. Po drodze mam jeszcze ruiny zamku Kildrummy, destylarnię Ardmore i kolejne ruiny, tym razem w Huntly. Kildrummy zdecydowanie polecam, ładne miejsce, choć to tylko ruiny. Tuż obok znajduje się hotel o tej samej nazwie. Znaczy, nazywa się Kildrummy Castle, więc nawigacja może trochę zgłupieć, a posługujący się nią wędrowiec musi uważać na dwuznaczność tej nazwy. Może się bowiem okazać, że dotrzemy na parking hotelu, zaczniemy się przedzierać przez chaszcze i płynący obok potok, a potem się okaże, że do ruin zamku prowadzi droga, w którą po prostu trzeba było skręcić 500 metrów wcześniej. Naprawdę zdarzają się takie historie.

 

Craigievar Castle. To ten, który zdaniem niektórych miał zainspirować Walta Disney'a.

 

Wreszcie czas na Ardmore. Jest to jedna z tych destylarni, do której nie sposób trafić przypadkiem, przejeżdżając obok w jakiejś innej sprawie. Znajduje się kawałek za miejscowością Kennethmont, przy trzeciorzędnej drodze wiodącej do Insch. Proszę mnie nie pytać co to jest Insch, nigdy tam nie dotarłem. Z mapy wynika, że miejscowość. Przy drodze stoi długi rząd czarnych, robiących dość przygnębiające wrażenie magazynów celnych (mimo intensywnie czerwonych framug okien), zza których dostrzec można pagodę. To budynek mieszczący niegdyś suszarnię słodu, jak na pewno wszystkim wiadomo. Należąca do Beam Suntory destylarnia nie jest udostępniona do zwiedzania, niestety. Działających tu osiem alembików pozwala zakładowi na osiągnięcie wydajności na poziomie ponad 5 milionów litrów czystego alkoholu rocznie, co jest wynikiem całkiem imponującym. Dla porównania, o wiele bardziej znane Bowmore, GlenDronach czy Strathisla nie mogą się poszczycić nawet połową tej wydajności.

 

Osobiście nigdy nie udało mi się wejść do Ardmore. Nie żebym jakoś usilnie się starał, czy często tu przyjeżdżał. Pewno jeszcze kiedyś spróbuję. Jak będę przypadkiem przejeżdżał obok. Teraz jednak wracam do Kennethmont, docieram z powrotem do głównej – mniej więcej głównej – drogi A97 i ruszam w stronę Huntly. W Huntly zaliczam kolejne malownicze ruiny zamku, usytuowane nieco na uboczu, wśród drzew i zieleni, nad samym brzegiem rzeki Deveron.

 

Z Huntly już dwa kroki do Dufftown. Wracam do domu, wpadam po drodze do D.J. Chipie po fish & chips i smażonego marsa. W Co-Opie zaopatruję się w zestaw śniadaniowy – bekon, black pudding, haggis, jajka. Jutro dzień jak co dzień. Znowu trzeba będzie kilka destylarni odwiedzić.

 

Ruiny zamku Kildrummy.

 

 

[cz. 1] [cz. 2] [cz. 3] [cz. 4] [cz. 5] [cz. 6] [cz. 7] [cz. 8] [cz. 9] [cz. 10] [cz. 11] [cz. 12] [cz. 13] [cz. 14] [cz. 15] [cz. 16] [cz. 17] [cz. 18] [cz. 19] [cz. 20]

Ostatnie wiadomości

W galeriach...