Z Murray McDavid po Szkocji (cz. 14)

...

W poprzednich odcinkach:

Przylot, pierwsza destylarnia [cz. 1]

Campbeltown [cz. 2]

Południowa część Islay [cz. 3]

Reszta Islay i Jura [cz. 4]

Oban i Fort William [cz. 5]

Ben Nevis i Mull [cz. 6]

Glenfinnan i Skye [cz. 7]

Północny zachód i północ [cz.8]

Orkady [cz. 9]

Na południe, do Speyside [cz. 10]

Speyside, dzień pierwszy [cz. 11]

Dufftown [cz. 12]

Keith i Rothes [cz. 13]

 

„A jutro pojadę w góry,” powiedział na koniec ostatniego odcinka. No to wstał rano, zjadł śniadanie i pojechał.

 

Góry, o których mowa, to jedno z piękniejszych i bardziej niedostępnych pasm górskich w całej Szkocji. Mowa o górach Cairngorms, które w 2003 roku otrzymały prawną ochronę w postaci statusu parku narodowego. I całkiem słusznie, co potwierdzi każdy, kto po Cairngorms się włóczył. Zanim jednak dotrzemy do serca Cairngorms, po drodze kilka destylarni. Wśród nich co najmniej jedna, której nie można pominąć w trakcie whiskowych wędrówek po Szkocji. Ale po kolei.

 

Najpierw ruszam do centrum Dufftown, do głównego skrzyżowania miasteczka, na środku którego stoi słynna, wspominana już nie raz wieża zegarowa, a naprzeciwko niej – The Dufftown Whisky Shop. Tutaj skręcam w prawo, tam gdzie drogowskaz wskazuje drogę na Tomintoul (B9009). Dziwnym trafem, ten sam drogowskaz milczy na temat Glenlivet, ale nie można mieć o to pretensji do szkockich drogowców. Na znakach umieszczają wskazówki wiodące do miejscowości, nie do destylarni. A Tomintoul to największa osada, znajdująca się w tym konkretnym kierunku.

 

Centrum Dufftown. Wieża zegarowa i drogowskaz, który mi mówi którędy na Tomintoul. Po prawej między innymi D.J. Chippie, gdzie serwują niewiarygodne batony Mars smażone na głębokim tłuszczu. Ale to innymi razem.

 

Wyjeżdżając z Dufftown, po lewej stornie mijam pewien niepozorny domek na Conval Street. Dom rodzinny Grantów, założycieli i właścicieli destylarni Glenfiddich, Balvenie i paru innych. Dla wielbicieli whisky spod znaku doliny jeleni (Glenfiddich) to miejsce istotne. Ja tymczasem jadę przed siebie. Droga miejscami robi się dość kręta, przy czym coraz bardziej wyraźne pofałdowanie terenu powoduje, że droga wije się nie tylko w prawo i lewo, ale też w górę i w dół. Bywa, że zaskakująco, więc trzeba naprawdę uważać, siedząc za kierownicą samochodu. Jeśli jednak siedzi się na miejscu pasażera, warto porozglądać się wokół – z lewej strony teren dość stromo obniża się w stronę doliny potoku Dullan (glen Dullan), z prawej – wznoszą się stoki masywu górskiego, nad którym góruje najwyższa góra w najbliższej okolicy, Ben Rinnes. Szczyt ten, zapewniający zasilenie w wodę kilku destylarniom usytuowanym u jego stóp, ma trochę ponad 800 metrów wysokości, i jest stosunkowo łatwo dostępny. A rozciągające się z niego w pogodny dzień widoki nie mają sobie równych – z jednej strony rozległą dolina rzeki Spey, z drugiej – góry Cairngorms, przy których nawet dość monumentalny Ben Rinnes nieco karleje.

 

Jakieś pięć mil od Dufftown, właśnie na stoku Ben Rinnes znajdziemy naszą pierwszą w dniu dzisiejszym destylarnię. Allt-a-Bhainne to gorzelnia niezwykła. W pełni zautomatyzowana, obsługiwana praktycznie przez jedną osobę, najczęściej sprawia wrażenie zakładu nieczynnego, miejsca, w którym nie dzieje się nic. A dzieje się przecież bardzo dużo. Maksymalna wydajność tego gorzelnianego automatu, zbudowanego w 1975 roku, to ponad 4 miliony litrów czystego alkoholu rocznie, czyli około cztery razy więcej niż chociażby Ardbeg. A wygląda bardzo niepozornie – na całą destylarnię składa się właściwie jeden, futurystycznie zaprojektowany budynek, w pobliżu nie ma żadnych magazynów. Gdyby nie stylizowane na tradycyjne pagody wywietrzniki na dachu w jednej części budynku, trudno byłoby zgadnąć, że to destylarnia.

 

Naturalnie, nie ma mowy o zwiedzaniu Allt-a-Bhainne. A nawet i zajrzeć do środka jest niezwykle trudno. Raz tylko pozwolono mi wściubić tu nos na chwilę. Bez możliwości fotografowania we wnętrzu zakładu.

 

Whisky z Allt-a-Bhainne pojawiała się już kilkakrotnie w ofercie Murray McDavid – a podkreślić trzeba, że nie ma czegoś takiego, jak oficjalna edycja tutejszej whisky, jeśli chcemy spróbować jak smakuje wytwarzany tu trunek, trzeba zajrzeć do oferty niezależnych dystrybutorów. W obecnej, najbardziej aktualnej ofercie znajduje się 20-letnia Allt-a-Bhainne z rocznika 1995, dojrzewana w beczce po burbonie i finiszowana w beczce po francuskim Châteu Talbot. Single cask, bez filtrowania na zimno, bez dodatku karmelu – taka, jak whisky być powinna.

 

Pierwsza dziś destylarnia - przedziwna Allt-a-Bhainne, u stóp góry Ben Rinnes.

 

Przy Allt-a-Bhainne nie ma co dużo czasu marnować. Szanse na dostanie się do środka są minimalne. Czas ruszać dalej, bo jest dokąd. Wracam do samochodu i już po chwili jestem na trasie. Następnym przystankiem w mojej podróży będzie odległa już tylko o jakieś dziesięć kilometrów Glenlivet. Jedna z największych destylarni whisky słodowej w Szkocji, walcząca zaciekle o palmę pierwszeństwa z odwiedzaną niedawno Glenfiddich w Dufftown.

 

Parę zakrętów na wijącej się wśród wzgórz drodze, czujność w obserwowaniu drogowskazów (nawigacja oparta na sygnale z telefonu komórkowego może już tu nie działać), skręt w prawo w odpowiednim miejscu, potem w lewo, już na teren destylarni – i oto jesteśmy. Glenlivet, jeden z pionierów legalnego gorzelnictwa w tej części Szkocji. Jak głosi chętnie powtarzana przez właścicieli legenda (historia?), jakość produkowanej tu whisky była niegdyś tak wysoka, że inne destylarnie z regionu zaczęły do swojej nazwy dołączać przyrostek Glenlivet, mający sugerować, że i ich whisky jest tak świetna, jak ta wytwarzana tutaj. No i stało się, że mamy (a właściwie mieliśmy) Macallan-Glenlivet, Tormore-Glenlivet czy nawet Linkwood-Glenlivet. A wystarczy rzut oka na mapę – albo uważna lektura niniejszej opowieści – by wiedzieć, że żadna z trzech wymienionych destylarni nie jest zlokalizowana w dolinie rzeki Livet. Tej samej rzeki, wzdłuż której przez chwilę jechaliśmy w drodze do Glenlivet, i nad którą warto się na chwilę zatrzymać, najlepiej przy ruinach starego, kamiennego mostu przez rzekę, paręset metrów przed wjazdem na teren destylarni. Specjalnie w tym celu przygotowano tam niewielkie miejsce do parkowania, a nawet stoliki piknikowe. Mnie osobiście jakoś nigdy nie udało się z nich skorzystać – zawsze, gdy tam się zatrzymywałem, pogoda była okropna, było mokro, a ławki i stoliki mało przyjemnie przemoczone. Cóż, taki tam mają klimat.

 

Samą destylarnię odwiedziłem kilkakrotnie. Z różnym skutkiem, to jest z różnymi, czasem mieszanymi wrażeniami po zakończeniu wycieczki. Nigdy nie zapomnę jednak pierwszego razu, gdy przyszedłem do Glenlivet z Tomintoul, przemierzając pieszo, z plecakiem na ramionach, tamtejszy odcinek szlaku Speyside Way. Mieliśmy już wówczas trochę dość pieszej wędrówki, a w planie było dotrzeć ostatecznie do Dufftown. Z Glenlivet oznaczałoby to prawie 20 kolejnych kilometrów, których przejście już nikomu się nie uśmiechało. Wystarczająco dał nam w kość odcinek z Faindouran Lodge (taka chata w górach, nad rzeką Avon) do Tomintoul. Dodatkowo, nocleg w tamtejszym schronisku (wreszcie prysznic, ciepło i sucho!) rozleniwił nas co niemiara. Jeśli wziąć pod uwagę, że wyszliśmy cztery dni wcześniej z Braemar i mieliśmy za sobą najwyższe partie Cairngorms, a poprzedniego wieczoru w pewnym pubie w Tomintoul zapoznaliśmy się bliżej z wyrobem browaru Cairngorms Brewery o niewiarygodnej nazwie Sheepshaggers, może łatwiej zrozumieć tę falę lenistwa, która nas bez reszty pochłonęła na tym etapie. Tak czy inaczej, kiedy wkroczyliśmy na dziedziniec destylarni, stała tam pewno setka grzecznie zaparkowanych samochodów. Nie trzeba mieć doktoratu z geografii, żeby wiedzieć, że przynajmniej część z nich musi – po prostu musi – wcześniej czy później wyruszyć w drogę do Dufftown. Liczba opcji podróży z tego miejsca jest naprawdę ograniczona. A na noc przecież nikt w Glenlivet nie zostanie, bo po co?

 

Allt-a-Bhainne z nieco innej perspektywy. Wyraźnie widać wywietrzniki, udające pagody.

 

Kilkoro z naszej grupy postanowiło wówczas kuć żelazo póki gorące, darować sobie zwiedzanie kolejnej gorzelni i ruszyć od razu do Dufftown. Dwóch z nas postanowiło zostać i przekonać się naocznie o co chodzi z tą Glenlivet. Dufftown nie zając, nie ucieknie przecież. Samo zwiedzanie było nad wyraz przyjemne, przeprowadzone pod okiem fachowego przewodnika, na koniec jeszcze w tamtych czasach częstowano dość szczodrze – sama radość. A skoro było tak dobrze, to jeszcze trzeba było porozpytywać się o to i owo, porozmawiać z kimś z pracowników, dowiedzieć się więcej, być dociekliwym. Taka natura. Wkrótce okazało się, że braliśmy udział w ostatniej turze zwiedzania tego dnia, że destylarnia dość podejrzanie i nagle opustoszała. Kiedy wyszliśmy szukać podwózki do Dufftown, oniemieliśmy. Wypełniony wcześniej po brzegi parking destylarni… był kompletnie pusty! Ani jednego samochodu. A do Dufftown w dalszym ciągu było około 20 kilometrów. Jeszcze nigdy plecak nie ciążył mi aż tak bardzo.

 

Ostatecznie po przejściu może pięciu kilometrów udało nam się złapać stopa – nad naszym losem zlitował się jakiś miejscowy wielbiciel Colina McRae (również Szkota, nota bene). I pokazał jak dynamicznie da się jeździć wąskimi i krętymi podrzędnymi drogami Speyside. Oj, pokazał! Dość powiedzieć, że jak zobaczyłem wyłaniającą się nad horyzontem wieżę zegarową Dufftown, nigdy wcześniej nie byłem tak szczęśliwy, że żyję.

 

Tymczasem jednak jestem znowu w Glenlivet, wspomnienia tamtej wyprawy są już tylko wspomnieniami, a ów domorosły rajdowiec z pewnością jest już teraz stateczną głową szkockiej rodziny. A whisky z Glenlivet również pojawiała się w ofercie Murray McDavid. Żeby wspomnieć tylko butelkowaną w 2010 roku Glenlivet 1977 30yo, wypuszczoną w ramach serii Mission Gold. Doskonała rzecz. Szczególnie jeśli wziąć pod uwagę, że wytwarzana tutaj whisky stosunkowo nieczęsto pojawia się w ofercie niezależnych dystrybutorów.

 

Glenlivet - jedna z bardziej znanych destylarni szkockiej whisky z regionu Speyside.

 

Wyjazd w dalszą drogę z Glenlivet i tym razem sprawia mi niemały kłopot. Innego rodzaju niż wtedy, za pierwszym razem – mam samochód, sam siedzę za jego kierownicą, ale nie wiem czy rozległe, łagodne wzgórze ciągnące się między Glenlivet a Tomintoul mam objechać zgodnie z ruchem wskazówek zegara, czy też odwrotnie. Decyzja tylko z pozoru błaha. Tak naprawdę, to wybór między dwoma potencjalnie najbrzydszymi destylarniami świata – Tomintoul i Tamnavulin. Jeśli pojadę zgodnie ruchem wskazówek zegara, będę miał przyjemność przejechać obok Tamnavulin, destylarni znajdującej się w miejscowości Tamnavoulin (uwaga na drobną różnicę w pisowni między obydwoma nazwami). Tamnavulin nie jest udostępniona do zwiedzania, a wystarczy tylko rzut oka z zewnątrz, by nie chcieć tam wchodzić. I szczerze mówiąc, nigdy nie próbowałem.

 

Jeśli jednak wybiorę się do Tomintoul w kierunku przeciwnym, długo zanim dotrę do miejscowości o tej nazwie, nad brzegiem rzeki Avon natknę się na destylarnię Tomintoul. Tak, destylarnia wcale nie leży w miejscowości o tej nazwie, o czym warto pamiętać podczas planowania wyprawy mającej na celu jej odwiedzenie.

 

Tomintoul to dla mnie osobiście destylarnia stanowiąca swego rodzaju kamień milowy w sposobie patrzenia na to, co dzieje się w szkockim przemyśle gorzelniczym, dlatego pozwolę sobie poświęcić jej nieco więcej miejsca, opowiedzieć moją historię Tomintoul. Historię pierwszej wizyty w Szkocji, jedynego razu, kiedy zwiedzałem Tomintoul. A przy okazji wspomnę o innej, którą pozostawię nienazwaną.

 

Dawno temu, latem 2000 roku, kiedy to szkockie drogi przemierzałem moim własnym samochodem, za kierownicą którego przyjechałem tu z Polski (nie ustępując miejsca za kierownicą żadnemu z moich współtowarzyszy wyprawy!), po dotarciu do Speyside miałem w planie odwiedzenie największej możliwie liczby destylarni. Nie żeby jakiejkolwiek po drodze odpuścił. A że droga wiodła od Gretna Green przez Glasgow, Islay, wzdłuż zachodniego wybrzeża, potem na wschód, aż przywiodła mnie do Dufftown i okolic, miałem za sobą już wizyty w kilkudziesięciu destylarniach. Czy jakoś tak. A były to czasy niewinnej naiwności, zachwytu nad szkocką whisky, zachłyśnięcia się stosunkowo niedawnym odkryciem, które – jak się wkrótce okazało – miało kompletnie zmienić moje życie.

 

Hala alembików w Glenlivet. I ów pamiętny parking, który pewnego razu okazał się katastrofalnie pusty.

 

W tamtych czasach na palcach jednej ręki pewno można było policzyć osoby wiedzące cokolwiek na temat szkockiej whisky słodowej w Polsce. Źródła wiedzy ograniczone były do dwóch lub trzech kompletnie przypadkowych publikacji, jakie ukazały się na polskim rynku, a internet z całym jego niezwykłym potencjałem niesienia wiedzy dopiero czekał na rozwój. Było więc tak, że każda broszurka, każda historia drukowana na kartoniku whisky, czy wręcz każda wzmianka o destylarni w przewodniku turystycznym traktowane były jako cenne źródło wiedzy. Z takich małych cegiełek trzeba było sobie budować ogląd świata whisky, tego co dzieje się w destylarniach, jak wygląda proces produkcji, jak wyglądają destylarnie, jak wygląda sama Szkocja. Trudno się więc dziwić, że obraz ten był w dużym stopniu zniekształcony całym szeregiem uogólnień, historyjek anegdotycznych, czy po prostu mitów i przeinaczeń masowo stosowanych przez poszczególnych producentów. Ale był to obraz piękny, romantyczny, niezwykle atrakcyjny. Ci przemytnicy, znienawidzeni poborcy podatkowi, cała misteria destylacji, zamknięte na kłódkę szafki kontrolne (spirit safe), niedostępne magazyny celne, odtwarzanie wgnieceń w alembiku podczas wymiany, sekretne receptury poszczególnych blendów, i tak dalej. Kto z nas tego nie czytał? Kto z nas w to nie wierzył?

 

Te kilkadziesiąt destylarni, które zdążyłem zobaczyć zanim dotarłem do Tomintoul, szereg przewodników i innych osób związanych ze szkockim gorzelnictwem, z którymi rozmawiałem – wszystko to wzmacniało w moich oczach ten magiczny obrazek swego rodzaju misterium, jakim jawiła się być produkcja whisky. Albo to ja za wszelką cenę szukałem i przyswajałem właśnie takie elementy tego świata. Dość powiedzieć, że gdy po raz pierwszy zmierzałem do Macallan i mijałem pola obsiane jęczmieniem odmiany Golden Promise (o czym wszem i wobec informowały poustawiane w polu tablice), swego rodzaju dumą przepełniała mnie myśl, że oto jestem świadkiem, a być może właśnie staję się częścią tego magicznego uniwersum, dbającego o jakość, tradycję, bezkompromisowego w dbałości o najdrobniejsze elementy całej układanki. I rzeczywiście stawałem się jego częścią – wszak po powrocie do kraju pisałem o tym w internecie, jako pierwszy w Polsce, przekonywałem kolejne rzesze wyznawców do kultu szkockiej uisgue beatha.

 

Zawitałem wreszcie do Tomintoul. Nie było tam i do dzisiaj nie ma Visitor Centre, nie ma też przewodników, których zadaniem byłoby wzmacnianie tego idyllicznego obrazu, o którym mowa w poprzednim akapicie. Na umówione wcześniej telefonicznie spotkanie z nami pojawił się jeden z pracowników destylarni, odpowiedzialny z jeden z etapów produkcji. Sympatyczny człowiek mówiący z dość silnym szkockim akcentem (czego innego można oczekiwać?), któremu nigdy nie przyszłoby do głowy sprzedawać jakiejkolwiek ściemy. Po prostu, opowiadał nam jak wygląda proces produkcji od kuchni, jak to naprawdę się odbywa. Jak dla zwykłego pracownika produkcyjnego destylarni nie ma najmniejszego znaczenia skąd biorą słód, jakiej odmiany jest stosowany jęczmień, dla którego normalne jest, że jak mu się spieszy do domu w piątek po południu, to może nie poczekać aż woda na zacier podgrzeje się do odpowiedniej temperatury, który jeśli trzeba skróci proces fermentacji, jak trzeba przyspieszy destylację. Dla którego nie ma najmniejszego znaczenia jaki jest kształt alembików – „(…) kiedy projektowali destylarnię, to musieli im nadać jakiś kształt, więc coś tam wymyślili, no i mamy coś takiego.” Wreszcie, który świeży destylat wleje do takich beczek, jakie mu akurat przywieźli, a nie będzie się rozwodził nad ich pochodzeniem, stopniem zużycia, aktywnością drewna, stopniem wypalenia wewnątrz, itp.

 

Przez większość czasu spędzonego w Tomintoul nie mogłem uwierzyć własnym uszom. Wszystko to, co tam usłyszałem, stało w jawnej sprzeczności ze wszystkim tym, co sobie wyobrażałem i co mi mówiono wcześniej. Jak się później okazało, nasz gospodarz w kilku miejscach przesadził w drugą stronę, albo zwyczajnie nie miał świadomości co tak naprawdę dzieje się w obszarach niewchodzących bezpośrednio w zakres jego odpowiedzialności, ale ziarno wątpliwości zostało zasiane. I bardzo nieśmiało, ale skutecznie zaczęło kiełkować.

 

Wnętrze hali alembików w Glenlivet.

 

Stosowane w Tomintoul metody pracy nie przeszkodziły w tym, by kilka edycji tej właśnie whisky – głównie rozlewów niezależnych – w przyszłości znalazły się wśród najwyżej ocenianych przeze mnie whisky, jakie kiedykolwiek zdarzyło mi się mieć w ustach. Kilka lat z rzędu swoje urodziny świętowałem przy pomocy właśnie Tomintoul z mojego rocznika – doskonałe trunki w postaci single cask z beczek po sherry. To było w czasach, gdy stać mnie było na whisky w moim wieku. Przynajmniej ten jeden raz w roku. Później już było z tym trudniej, aż wreszcie przyszedł czas, gdy moje drogi skrzyżowały się z marką Murray McDavid, a jedną z whisky smakowanych podczas mojej pierwszej, zupełnie wtedy jeszcze niewinnej wizyty w naszych magazynach w Coleburn, była butelkowana przez Murray McDavid Tomintoul z rocznika 1967, z serii Mission Gold. Co to był za cudowny dram!

 

Zostawiam destylarnię Tomintoul i chcę ruszyć dalej. Mam jednak problem – skoro jestem już w pobliżu (w linii prostej mniej niż 5 km), to chciałbym przy okazji „zaliczyć” też Tamnavulin. Jestem jednak w górach, a w Szkocji oznacza to konieczność poruszania się dolinami (zwanymi tu „glen”), czasem bardzo dookoła. Właśnie tak jest teraz. Między destylarnią Tomintoul a osadą Tamnavoulin stoi sobie góra. Jeśli więc chcę tam dotrzeć, muszę przejechać nie pięć, a ponad dziesięć kilometrów. Na dodatek, muszę pojechać ponownie odcinkiem tej trasy, którą już raz dzisiaj jechałem. W drodze powrotnej czeka mnie to jeszcze wiele razy. Chyba, że znajdę sobie jakąś trasę dookoła.

 

Wracam więc w stronę Glenlivet, ale na wszelki wypadek, żeby uniknąć powtarzania trasy, kilkaset metrów przed wjazdem na teren destylarni skręcam w prawo. W taką niepozorną drogę wiodącą nieco pod górkę. Nie ma przy niej żadnych oznaczeń, ani drogowskazów, ale proszę mi wierzyć, warto. Po przejechaniu trochę ponad kilometra wąską i krętą drogą, po lewej stronie otrzymujemy najpiękniejszy widok na destylarnię Glenlivet, z monumentalnym szczytem Ben Rinnes w tle. Należy uzbroić się w cierpliwość, gdyż przez sporą część tego odcinka po lewej stronie rosną drzewa skutecznie zasłaniające widok. Ale jak już się naszym oczom ukaże, z pewnością wynagrodzi frustrację. A ukaże się dość niespodziewanie, bez ostrzeżenia.

 

Droga, o której mówię, prowadzi wprost do Tamnavoulin, po drodze oferując naprawdę piękne widoki. Oprócz destylarni, bystre oko dostrzeże także ruiny zamku Blairfindy. A oko musi być bystre – na ten wąskiej i pnącej się coraz wyżej i wyżej drodze łatwo natknąć się na pasące się owce. Te nie są groźne. Groźne potrafi być całe ich stado przepędzane właśnie tą drogą. I wtedy coś, co wyglądało na skrót do Tamnavoulin okazuje się przyjemnym miejscem, z pięknym widokiem, gdzie trzeba cierpliwie się zatrzymać na piknik. Przepędzanie owiec swoje trwa.

 

Rzeka Livet i stary, kamienny most. A przynajmniej tyle, ile z niego się zachowało. Miejsce znajduje się w pobliżu wjazdu na teren destylarni.

 

Kiedy już miejscowy farmer przepędzi swoje stado, wsiadam z powrotem za kierownicę i ruszam dalej. Teraz droga prowadzi wyraźnie w dół, jest szansa, że Tamnavoulin czai się tuż za zakrętem. No dobrze, za kolejnym. Albo jeszcze jednym. Wreszcie jest! Docieram do drogi B9008, na której już raz byłem, choć nie na tym odcinku, skręcam w prawo i już po chwili jestem w Tamnavoulin. Skąd wiem, że to Tamnavoulin? Bo zaraz po minięciu pierwszych budynków, po lewej stronie dostrzegam sporych rozmiarów tablicę, która informuje mnie, że te budynki parędziesiat metrów za nią, to nic innego, tylko destylarnia Tamnavulin. Przy okazji uwaga na różnicę w pisowni między nazwą osady, a nazwą destylarni.

 

Tamnavulin – murowana faworytka do miana najbrzydszej destylarni whisky w Szkocji. Łeb w łeb z Tomintoul i Wolfburn. Mimo wcale niemałych mocy produkcyjnych (4 mln litrów rocznie), Tamnavulin stosunkowo rzadko widuje się na półkach sklepów z alkoholami. Głównie dlatego, że większość wytwarzanej tu whisky przeznaczona jest na zestawianie blendów. A wygląd gorzelni? Cóż, gdy w 1966 roku uruchamiano Tamnavulin, nikomu do głowy nie przyszło, że jacyś entuzjaści whisky mogliby dotrzeć w tak odległy i trudno dostępny zakątek Szkocji, by podziwiać architekturę przemysłową tutejszej destylarni. Co więcej, było to na trzy lata zanim Glenfiddich jako pierwsza otworzyła swe podwoje dla zwiedzających, a więc niezależnie od lokalizacji, w Tamnavulin nie przewidziano możliwości zwiedzania zakładu. Nie znaczy to, że w latach dziewięćdziesiątych nie przyjmowano tutaj gości, bynajmniej. Na terenie destylarni, w starym młynie, funkcjonowało przez jakiś czas Visitor Centre. Do dziś przetrwało jednak jedynie w formie zapomnianych pomieszczeń, z których obecnie korzystają co najwyżej dzieci pracowników, gdy mama jest chora i tata musi się nimi zająć. Nie zaniedbując swoich obowiązków w pracy. Historia prawdziwa. Bogiem a prawdą, trudno się dziwić, że właściciele destylarni uznali prowadzenie Visitor Centre za zbędną pozycję kosztową. Tutaj naprawdę mało kto dociera. I nie pomaga w tym nawet fakt, że jako jedna z naprawdę niewielu, Tamnavulin leży w dolinie rzeki Livet, a nadużywany niegdyś przydomek Glenlivet należy się jej jak mało komu. Właściwie to Tamnavulin leży nie tylko w dolinie Livet, ale nad samą rzeką. Ta płynie dosłownie kilka metrów od budynków destylarni.

 

I ja ruszam dalej. Miałem jechać w prawdziwe góry, a tu co krok jakaś destylarnia. I choć na chwilę, choć na jedną szybką focię, ale zatrzymać się trzeba. Cóż, taki urok Speyside. Przede mną jeszcze jedna rzadko odwiedzana gorzelnicza perełka. Przejeżdżam osadę Tamnavoulin, po czym, trochę ponad kilometr dalej natykam się na drogę odchodzącą w lewo, znowu nieoznakowaną, prowadzącą do Clashnoir i Chapeltown of Glenlivet. Tak przynajmniej mówi stojący przy skrzyżowaniu drogowskaz. I coś mi mówi, że właśnie w Chapeltown znajdę jeszcze jedną destylarnię.

 

Przy okazji, uwaga praktyczna. Jeśli w naszych podróżach posiłkujemy się mapą Google w naszym telefonie komórkowym, może się okazać, że skądinąd bardzo przydatne narzędzie tutaj zawiedzie nas na całej linii. Zdaje się, że była już o tym mowa, jednak pamiętam bardzo wyraźnie, jak podczas ostatniej wyprawy do Braeval – bo tam się właśnie wybieramy – w tym właśnie miejscu odczułem boleśnie brak sygnału telefonii komórkowej. Szczerze mówiąc, nie mam wielkiego doświadczenia w stosowaniu nawigacji satelitarnej i z gruntu mam do niej stosunek mało przychylny, jednak mapy Google mają jedną przewagę nad wszystkimi innymi systemami, z jakimi się spotkałem – są na nich zaznaczone bodaj wszystkie szkockie destylarnie. Tak więc, nawet nie trzeba wiedzieć, że na przykład destylarnia Tomintoul, w której byliśmy parę chwil temu, wcale nie znajduje się w miejscowości Tomintoul. Wystarczy sobie wpisać w Google „Tomintoul Distillery” – i system poprowadzi nas pod same drzwi gorzelni. Chyba, że zabraknie zasięgu. A to w Szkocji zdarza się często. Osobiście, nie ruszam się w tego typu podróż bez przyzwoitej mapy terenu, po którym wędruję. I tutaj właśnie niemal już zapomniana mapa okazuje się na wagę złota.

 

Destylarnia Tomintoul prezentuje nieoczywisty typ urody.

 

Tak czy inaczej, z mapą czy bez niej, ruszamy drogą w stronę owego Chapeltown. Tuż za skrzyżowaniem okazuje się, że znowu jesteśmy na pojedynczej drodze z mijankami, czyli tym, co stanowi esencję podróżowania samochodem po mniej uczęszczanych zakątkach Szkocji. Wielkiego natężenia ruchu nie ma co się w tym miejscu spodziewać, jednak dobrze jest nie spuszczać oka z drogi. Można spotkać się oko w oko z cysterną opatrzoną logo Chivas Brothers, wiozącą destylat z gorzelni, którą chcemy właśnie zobaczyć. Bo w Braeval nie przewidziano magazynów celnych. Wyprodukowana tu whisky w cysternach właśnie transportowana jest do magazynów spółki. Głownie tych na przedmieściach Keith, o których wspominałem nie tak dawno.

 

Co ciekawe, w przeciwieństwie do odwiedzanych dosłownie przed chwilą Tomintoul i Tamnavulin, Braeval jest destylarnią ładną. Biały, zwarty kompleks zwieńczony jest charakterystyczną pagodą. Architekt przyłożył się również do wyglądu całości, kształtu okien, itp. Naprawdę przyjemny widok. Nie ma jednak mowy o wściubieniu nosa do środka. Zagadnięty pracownik odsyła do jakiegoś tajemniczego pana Miecia (czy też Johna, Jima czy Keitha) w Glenlivet, z którym takie wejście trzeba najpierw uzgodnić. A o fotografowaniu wewnątrz zapomnij człowieku. Co gorsza, na tym odludziu (tutaj to słowo nabiera po raz kolejny nowego znaczenia) trudno udawać człowieka, który się akurat tutaj przypadkiem przypałętał, zagubił, szuka drogi. Jeśli tutaj dotarłeś, to tylko po to, by zobaczyć destylarnię.

 

Braeval, chyba najrzadziej pojawiająca się na rynku jako single malt whisky, początkowo nosiła nazwę Braes of Glenlivet. Nazwę zmieniono, by nie myliła się z Glenlivet, również należącą wszak do Chivas Brothers. Podobnie jak odwiedzana chwilę temu Tamnavulin, miałaby ona jednak pełne prawo do używania w nazwie członu Glenlivet rzeka Livet, na tej wysokości w postaci jedynie niewielkiego strumienia, przepływa nieopodal destylarni. A skoro o wysokości wspomniano – Braeval znajduje się mniej więcej na tej samej wysokości nad poziomem morza, co czyni z niej jedną z dwóch najwyżej położonych destylarni. Warto o tym pamiętać, jeśli zechcemy tam się wybrać w zimie.

 

Destylarnia Tomintoul zlokalizowana jest w pewnej odległości od miejscowości o tej samej nazwie.

 

Po obejrzeniu (z zewnątrz) Braeval, ruszam w z powrotem tą samą drogą, którą tu przyjechałem z Tamnavoulin. Bo dotarciu z powrotem do B9008 skręcam w prawo. Tam gdzieś jest Tomintoul. Po paru kilometrach przejechanych zadziwiająco płaską – jak na te okolice – i z rzadka tylko zawijającą w prawo lub lewo drogą, docieram do skrzyżowania z odbijającą w lewo drogą wiodącą do Braemar. Tam właśnie się wybieram. Przez chwilę walczę ze sobą, czy by nie pojechać jeszcze kilkaset metrów dalej i zajrzeć do Tomintoul. Miasteczka, nie destylarni. Tak dla odświeżenia miłych wspomnień z poprzednich pobytów. Być może po to, by zjeść obiad przed wyruszeniem w dalszą drogę. Albo po to, by sprawdzić czy za barem w miejscowym pubie ciągle wisi plakat reklamujący wspomniane już piwo z Cairngorms Brewery. Informacja na plakacie głosiła, że „Sheepshaggers served here.” Jak się dowiedziałem od barmana, zawsze, ale to zawsze po wymianie plakatu na nowy, ktoś szybciutko dokonywał stosownych poprawek, i plakat głosił „Sheepshagger serves here.” Ach, ci szkoccy wandale! Ale żeby ryzykować podpadkę u barmana?

 

Opieram się sentymentom i ruszam w lewo. Tam, gdzie drogowskaz pokazuje kierunek Braemar. Jak na razie, nic nie wskazuje na to, że jadę w najwyższe szkockie góry. Droga jest prosta i biegnie po płaskim terenie. Co więcej, musi prowadzić w jakieś ważne miejsce, bo jest wyraźnie szersza niż ta, z której właśnie zjechałem. Jedzie się dobrze. Przede mną rozciąga się widok na najwyższe pasmo górskie w Szkocji, Cairngorms. W związku z tym, że już znajduję się dość wysoko, ich widok nie robi większego wrażenia. Inna rzecz, że nigdy nie zdarzyło mi się tutaj zapuścić w innym terminie, jak w lecie lub późną wiosną. Podczas ostatniego pobytu w okolicy, zabrakło mi odwagi. I zdrowia. Dosłownie.

 

Zawsze, gdy tędy jadę, obiecuję sobie, że następnym razem to już na pewno przyjadę tu wczesną jesienią. Tak na kwitnienie wrzosów. I nigdy dotąd mi się to nie udało. A rozciągające się od drogi aż po horyzont stoki górskie pokryte wrzosowiskami muszą wyglądać wówczas nieziemsko. Może kiedyś. Tymczasem droga pnie się coraz wyraźniej pod górę.

 

Widok na Glenlivet, zamek Blairfindy oraz fragment góry Ben Rinnes w tle. Uroki podróżowania bocznymi drogami.

 

Gdyby ktoś skrzywił się na użyte kilka akapitów określenie gór Cairngorms jako najwyższych w Szkocji, to spieszę wyjaśnić, że owszem, w Szkocji znajduje się najwyższy w Wielkiej Brytanii szczyt Ben Nevis, i jest on – naturalnie – wyższy niż cokolwiek, co znajdziemy w Cairngorms. I w tym sensie Cairngorms nie są najwyższe w Szkocji, to jasne. Jednak znajduje się tu drugi co do wysokości szczyt, Ben Macdui. I trzeci, i czwarty, i piąty, i szósty… Lista najwyższych gór w Wielkiej Brytanii dopiero na siódmym miejscu wymienia szczyt znajdujący się poza Cairngorms. Jest to znajdujący się w masywie Ben Nevis szczyt Aonach Beag (1234 m n.p.m.). Co więcej, masyw Cairngorms pozbawiony jest ocieplającego wpływu Prądu Zatokowego, omywającego zachodnie wybrzeże. A to oznacza, że jest to obszar górski o największym naśnieżeniu, niższych temperaturach w zimie, zdecydowanie bardziej niedostępny i wymagający niż masyw Ben Nevis. Mam nadzieję, że moja ostrożność, jeśli chodzi o zdobywanie ich w zimie jest teraz bardziej zrozumiała.

 

Dojeżdżam wreszcie do ośrodka narciarskiego, znajdującego się w najwyższym punkcie przełęczy, przez którą pociągnięto drogę prowadzącą z Tomintoul do Braemar. Jak zawsze, dość dziwaczne wrażenie robią nieczynne wyciągi narciarskie w środku lata, czy „zaparkowane” gdzieś obok budynków ratraki. No ale to wrażenie będzie równie dziwaczne gdzie byśmy nie trafili – czy to będzie Lecht Ski Centre w Cairngorms, czy ośrodek narciarski w Czarnej Górze w Sudetach.

 

Ważne jest, że zaraz po minięciu ośrodka, droga zaczyna kierować się ku dołowi. Jak zwykle po przejechaniu na drugą stronę przełęczy, powie ktoś. Żadnego powodu do niepokoju. Tym bardziej, że droga jeszcze na pewnym odcinku to opada, to znowu wspina się pod górę. No i oferuje fantastyczne widoki. Sielanka jednak nie trwa wiecznie. Docieram wreszcie do miejsca, gdzie lokalne służby drogowe uznały za stosowne postawić na poboczu znak ostrzegający przed znacznym nachyleniem terenu, po którym biegnie nasza drogi. I tu zaczyna się prawdziwa zabawa.

 

Destylarnia Tamnavulin niczym nie zachęca do odwiedzin.

 

Teraz jest już jazda bez trzymanki, ostro w dół, krętą, wąską drogą. Potwierdzenie znajduje stara prawda, która głosi, że podczas podróży po Szkocji zdecydowanie lepiej jest być pasażerem niż kierowcą. Kierowca musi skupić się na drodze, na bezustannym hamowaniu – i silnikiem i za pomocą hamulców – na wymijaniu i omijaniu, zmianie biegów, itp. Pasażer może się wygodnie wyciągnąć w fotelu i podziwiać rozciągające się na prawo i lewo widoki. A te potrafią zachwycić nawet najmniej romantyczną i podatną na wzruszenia duszę. Znaczy, ja się domyślam tylko, że fajnie jest być pasażerem. Sam zawsze byłem kierowcą. I upajałem się co najwyżej aromatem palonych okładzin hamulcowych.

 

Wśród tych zapierających dech w piersiach okoliczności przyrody, jakie roztaczają się wokół, wkrótce oczom naszym ukazuje się niewielki biały zamek niejako przyklejony do stoku góry. To Corgarff, twierdza służąca niegdyś m.in. jako baza dla oddziałów wojska, walczących z panoszącymi się tu nielegalnymi bimbrownikami. Fakt ten nie przeszkodził jednak w uruchomieniu destylarni whisky w murach zamku. Gdyby ktoś odhaczał „zaliczone” na trasie destylarnie, to proszę bardzo, kolejny punkt – Corgarff. Nawet jeśli destylarnia przetrwała tylko niecały rok. Ktoś zupełnie przypadkiem zaprószył w niej ogień i całość poszła z dymem. Całość destylarni, która znajdowała się w zamkowej kuchni. Zamek jako taki ocalał.

 

Kilka kilometrów dalej i kilkaset metrów niżej, przejeżdżam niewiarygodny wręcz most kamienny na rzece Gairn. Klasyczny most rodem z angielskich kreskówek o listonoszu Pacie. Wąziutki, wysoki. Gdy się na niego wjeżdża, nie widać co dzieje się po drugiej stronie, a na samym szczycie wyobraźnia podsuwa obraz podwozia szorującego o asfalt. Najczęściej tego typu mosty znajdują się gdzieś z boku nowych dróg, wytyczonych bardziej współcześnie i przebiegających po nowych, płaskich mostach. Tutaj jednak niczego nowego nie wytyczono od stuleci, tak więc główna droga wiodąca ze Speyside do Braemar przejeżdża przez takie właśnie historyczne cudeńko. Jakby mało było adrenaliny podczas zjeżdżania z przełęczy.

 

Destylarnia Braeval - aż żal, że tak ładne miejsce znajduje się tak daleko od wszelkich szlaków.

 

Zaraz za mostem do wyboru mam dwie drogi – mogę kontynuować podróż główną i w miarę szeroką A939, ale mogę skręcić w prawo, w B976 i pojechać wprost do zamku Balmoral, który jest moim następnym celem podróży. Ta druga opcja wydaje się naturalnym wyborem, jednak pamiętać trzeba, że ciągle jeszcze znajdujemy się na sporej wysokości (czyt. można spodziewać się kolejnych stromych odcinków drogi), a wybrany przez nas trakt to kolejna pojedyncza droga z mijankami. Znam osoby, które natychmiast hamują i zawracają na widok charakterystycznego, niebieskiego znaku informującego, że przed nami odcinek „single track road with passing places.” Ja nie zawracam. Ja prę przed siebie.

 

I rzeczywiście, dalej jest wąsko, ciasno, droga kręci niemiłosiernie. I w dalszym ciągu jedzie w dół. Już po około kilometrze zastanawiam się, czy ciągle jeszcze opłaca mi się zawrócić. Rozważania czysto teoretyczne, bo jako się rzekło – prę przed siebie. I znowu podziwiam rozciągające się po obu stronach drogi wrzosowiska. Na wyobraźnię działają też porozstawiane wzdłuż drogi tyczki, mające wskazywać jej bieg w razie obfitych opadów śniegu. Jak wzdłuż szlaków górskich w Karkonoszach. I cieszę się, że nie jestem tu zimą. Tym bardziej, że z jakichś niezrozumiałych dla mnie powodów, wypożyczalnie samochodów w Szkocji (i w całej Wielkiej Brytanii, jeśli chodzi o ścisłość) nie zmieniają w swoich pojazdach opon na zimowe.

 

Takie jak ten odcinki drogi są świetnym przykładem tego, co kocham w Szkocji. A przynajmniej jednego z wielu aspektów mojego nieustającego zadurzenia w tym kraju. Wystarczy kilka, bądź kilkanaście minut jazdy, by znaleźć się w miejscach sprawiających wrażenie absolutnego odludzia, kompletnej izolacji od świata zewnętrznego, pierwotnej dziczy (przymykam tu oko na asfalt pod kołami). Wystarczy kilka lub kilkanaście minut jazdy, by trudno było wyobrazić sobie, że całkiem niedaleko stąd są normalne miejscowości, domy, w nich telewizja, centralne ogrzewanie, że są sklepy, restauracje, a nawet zasięg telefonii komórkowej! A przy tym, dookoła jest po prostu pięknie, wręcz bajecznie. Gdyby jeszcze te wrzosy zechciały kwitnąć wtedy, kiedy ja się wybieram się w te miejsca…

 

W górach Cairngorms - wokół wrzosowiska, a na szczytach gór kopczyki usypane z kamieni, zwane tutaj "cairns."

 

Kiedy docieram na sam dół doliny rzeki Dee, do drogi A93, z trudem przyzwyczajam się do panującego tu ruchu. Nagle, ni stąd ni zowąd, zupełnie bez ostrzeżenia, świat wokół mnie znowu zaczyna tętnić cywilizacyjnym życiem. Objawiającym się głównie w sporym ruchu drogowym, do którego muszę się włączyć. Drogowskaz mówi mi, że jeśli chcę zobaczyć zamek Balmoral albo destylarnię Royal Lochnagar, muszę skręcić w prawo. Skwapliwie to czynię i już po chwili skręcam w prawo, na parking zamku.

 

Balmoral – jak pewno wiadomo – to jedna z oficjalnych siedzib brytyjskiej rodziny królewskiej. Zbudowany w stylu szkockich baronów, stosunkowo niewielki zameczek prezentuje się ładnie. Jednak nie wolno zapominać, że jest to przede wszystkim posiadłość prywatna. I to należąca do nie byle kogo. Ma to swoje minusy. Pierwszy jest taki, że trudno wykluczyć sytuację, gdy ktoś z rodziny królewskiej postanowi akurat sobie przyjechać do swojej szkockiej chaty i zorganizować tu bibę dla znajomych. Wówczas na bramie posiadłości znajdziemy informację, że niestety, przykro nam, ale zamek jest dziś zamknięty dla turystów. I wcale nas nie obchodzi z jak daleka tutaj jechaliście.

 

Jeśli jednak zamek jest otwarty i dostąpimy zaszczytu zakupu biletów wstępu, a nawet usadowimy się na przyczepce przystosowanej do transportu ludzi, ciągnionej przez specjalny pojazd (rodzaj ciuchci, znanej również z polskich kurortów, tylko mniej obciachowa), to po dotarciu do zamku okaże się, że do zwiedzania udostępniono praktycznie tylko dwa pomieszczenia. I to już niezależnie od tego czy ktoś z rodziny królewskiej znajduje się na terenie posiadłości, czy nie. Owszem, można do woli włóczyć się po ogrodach, otaczającym zamek parku, zajrzeć do królewskich stajni. Jednak w budynku głównym wiele nie zobaczymy. Cóż, nie ma co marudzić, ostatecznie nie co dzień dane jest nam przekroczyć królewskie progi.

 

Kiedy dojeżdżam do tego mostu, tarcze hamulcowe mojego samochodu są już tak rozgrzane, że nie ma mowy o skutecznym hamowaniu. Trzeba uważać.

 

A może to tylko moje osobiste zadry, wywołane faktem, że kilka razy zdarzyło mi się odbić od zamkniętej bramy zamku? Może w gruncie rzeczy jest tam naprawdę fajnie, ciekawie i jest mnóstwo do zobaczenia, tylko ja chowam osobistą urazę za to, że kilka razy odszedłem spod bramy z kwitkiem, bo akurat coś ważnego działo się w obejściu? Każdy, kogo to interesuje, niech sprawdzi osobiście. Ja chyba wolę zamek Ballindalloch (też częściowo tylko udostępniony do zwiedzania, też siedziba arystokratycznego rodu).

 

Zrobiło się późno. Nie wrócę już dzisiaj na noc do Dufftown, nie spędzę tej nocy w Parkmore Distillery Manager’s House. Po zwiedzaniu Balmoral ruszam do miejscowości Braemar, gdzie znajduję sobie przyjemny pensjonat B&B. Jutro ruszę dalej w trasę. No i nie będę musiał jechać najkrótszą drogą, więc ominie mnie konieczność jazdy z powrotem tą samą trasą. Do następnego!

 

Zamek Balmoral, królewska siedziba w samym sercu Highlands.

 

 

[cz. 1] [cz. 2] [cz. 3] [cz. 4] [cz. 5] [cz. 6] [cz. 7] [cz. 8] [cz. 9] [cz. 10] [cz. 11] [cz. 12] [cz. 13] [cz. 14] [cz. 15] [cz. 16] [cz. 17] [cz. 18] [cz. 19] [cz. 20]

Ostatnie wiadomości

W galeriach...