Z Murray McDavid po Szkocji (cz. 13)

...

W poprzednich odcinkach:

Przylot, pierwsza destylarnia [cz. 1]

Campbeltown [cz. 2]

Południowa część Islay [cz. 3]

Reszta Islay i Jura [cz. 4]

Oban i Fort William [cz. 5]

Ben Nevis i Mull [cz. 6]

Glenfinnan i Skye [cz. 7]

Północny zachód i północ [cz.8]

Orkady [cz. 9]

Na południe, do Speyside [cz. 10]

Speyside, dzień pierwszy [cz. 11]

Dufftown [cz. 12]

 

Zaliczywszy poprzedniego dnia wszystkie destylarnie w Dufftown, mam w tej chwili nie lada komfort – na następny dzień mogę sobie zaplanować cały szereg wycieczek i mogę być pewny, że w trakcie każdej z nich dane mi będzie zobaczyć co najmniej kilka kolejnych. Nawet jeśli będą to zakłady niedostępne dla zwiedzających, zawsze można liczyć na łut szczęścia i możliwość nieformalnego zwiedzania – co zdarza się nierzadko – a przynajmniej będę mógł obejrzeć je z zewnątrz. Nie przypominam sobie bowiem destylarni whisky szkockiej, która byłaby ogrodzona i kompletnie niedostępna z zewnątrz.

 

Po konsultacjach z mapą, a świetnie sprawdzają się tu mapy Google, wyznaczam sobie niezbyt odległą, spacerową wręcz trasę, gdzie będę mógł zobaczyć co najmniej tyle destylarni, ile dane mi było „zaliczyć” w Dufftown. Ruszam zaraz po śniadaniu, bo sporo jest do zobaczenia. Swoją drogą, mapy Google mogą też okazać się przydatne podczas lektury naszych tekstów o podróżowaniu po Szkocji. Polecam otwarcie drugiego okienka, w którym w razie potrzeby można będzie sprawdzić gdzie aktualnie jesteśmy.

 

Pagoda i fragment budynku destylarni Parkmore. Widać, że miejscami dach zaczyna się nieco zapadać. Czas najwyższy coś z tym zrobić.

 

Z Dufftown wyjeżdżam najkrótszą drogą do Keith, czyli przebiegającą tuż obok Parkmore B9014. Drogowskaz mówi mi, że do Keith mam okrągłe 10 mil, co oznacza kilkanaście minut jazdy. Jednak muszę być czujny nieco wcześniej, zanim dotrę do miasteczka. Po drodze mijam bowiem pozostałości jednej z niemal zupełnie zapomnianych destylarni, Towiemore. W związku jednak z tym, że Towiemore nie działa już od 1930 roku, nie należy spodziewać się ani tablicy informacyjnej, ani nawet oczywistych kształtów budynków, w tym na przykład słodowni zwieńczonej pagodą. Niestety. Około kilometra za ostatnimi domami osady Drummuir, kawałek za miejscem, gdzie droga przebiega mostem nad rzeką Isla – na tej wysokości strumykiem raczej – tą samą, od której nazwę wzięła Strathisla, po prawej stronie widać kilka budynków około 100 metrów od drogi. Jeśli dobrze się przyjrzeć, jeden z nich, oddalony nieco od pozostałych, do złudzenia przypomina magazyn celny typu dunnage. To jest właśnie to, co ostało się z dawnej Towiemore, destylarni cierpiącej na nieprzyjemną przypadłość mętnienia wytwarzanej tam whisky, wskutek czego musiała zamknąć swe podwoje, bo żaden z blenderów nie chciał już od nich kupować destylatu. Choć podobno była niezła, jak twierdzą ci nieliczni, którzy jej próbowali, a których świadectwo ostało się do dziś.

 

Tak przy okazji, postój koło Towiemore można też wykorzystać do tego, by naocznie przekonać się czym różni się szkockie gaelickie „glen” od „strath”. Jedno i drugie przetłumaczymy na język polski jako „dolina,” jednak glen to ten rodzaj doliny o stromych zboczach, z jakim mieliśmy do czynienia chociażby spacerując do destylarni Glendullan i Dufftown. Pierwsza leży w dolinie Glen Fiddich, druga w dolinie Glen Dullan. Strome, wymagające wspinaczki stoki po obu stronach, a dołem płynąca rzeka. W przypadku strath, w którym właśnie znajdujemy się kontemplując to, co ostało się z Towiemore, bardziej przypomina rozległą równinę. Trudno dostrzec tu nachylenie terenu, które jedynie woda przepływającej środkiem Isla jest w stanie wykryć i wykorzystać. A strath ukryło się w nazwie leżącej nieco dalej z biegiem rzeki Strathisla. Do niej zresztą w tej chwili zmierzamy. Prosto do niej. A zostało nam tylko kilka kilometrów drogą wijącą się wśród pól.

 

Strathisla w Keith uznawana jest za najbardziej malowniczą destylarnię w Szkocji.

 

Za kilka minut widzimy pierwsze domy miasteczka. Powiedzieć tu sobie trzeba od razu – Keith jest około trzy razy większe niż Dufftown, więc i oczekiwać od niego można więcej. Na przykład, pełnowymiarowego Tesco Superstore. Tutaj też odesłano mnie jakieś dziesięć lat temu w poszukiwaniu instytucji, w której mógłbym zgrać z kart pamięci zdjęcia i wypalić ja na płycie. W bibliotece publicznej w Dufftown, do której specjalnie się w tym celu zapisałem (do dziś mam kartę członkowską), komputery nie miały nagrywarek CD. Zresztą, w Keith też moje poszukiwania skończyły się niepowodzeniem. Pracownik tutejszego zakładu fotograficznego umyślił sobie, że może mi jedynie zrobić odbitki, ale zdziwił się, że jego automat nie widzi żadnego pliku graficznego na mojej karcie pamięci. I kompletnie nie rozumiał, gdy mu tłumaczyłem, że tam są RAWy, nie JPEGi, a ja chcę je tylko skopiować na płytę. Piszę o tym na wypadek, gdyby ktoś wybierał się do Szkocji i oczekiwał nie wiem jakiego zaawansowania technicznego, infrastruktury zwalającej nas z nóg. Nic z tego. Nie dalej jak w sierpniu ubiegłego roku przez większość pobytu nie mogłem znaleźć miejsca, gdzie transfer danych w sieci telefonii komórkowej był na tyle dobry, bym mógł zrobić sobie hotspot z mojego telefonu i od czasu do czasu rzucić okiem na to, co się dzieje w internecie.

 

Tymczasem w Keith bierzemy kilka zakrętów – najpierw w prawo, potem w lewo, tuż przed malowniczym parkiem – wjeżdżamy w zaciszną Seafield Avenue i… już jest! Po lewej stronie ulicy stoi najbardziej bodaj charakterystyczna, przez wielu uważana za najpiękniejszą, najbardziej malowniczą spośród ponad setki destylarni szkockich. Strathisla, dom Chivas Regal. Destylarnia robi wrażenie swoją urodą nawet na ludziach, którzy whisky za bardzo się nie interesują. Dlatego, jeśli jedziemy do Szkocji ze swoją drugą połową, Strathisla to naprawdę dobry wybór, jeśli chodzi o zwiedzanie. No i zawsze warto przyjrzeć się co mają do zaoferowania w sklepiku. Strathisla i whisky z innych destylarni należących do Chivas Brothers jest tu zwykle dostępna w wersjach single cask, oferowanych tylko i wyłącznie w ich Visitor Centres.

 

Strathisla to dom Chivas Regal, o czym przypomina się nam na każdym kroku. Również na bramie wjazdowej.

 

Strathisla nie zawodzi również wewnątrz, choć niejednemu trudno będzie nie stuknąć się w głowę o niskie stropy zabytkowej przecież destylarni. Natłok sprzętów i kadzi porównywalny jest tu do Tobermory, choć sama gorzelnia ma wydajność kilkakrotnie większą niż jej kuzynka z wyspy Mull. Ciekawe jest tu to, co następuje po zakończeniu zwiedzania. A przynajmniej było podczas mojej ostatniej wizyty ze zwiedzaniem Strathisla w czerwcu ubiegłego roku. Oto do degustacji dostajemy tu aż cztery różne whisky. Takiej rozpusty nie ma chyba w żadnej innej destylarni w Szkocji (mowa o standardowym zwiedzaniu, nie o zaawansowanych degustacjach). Jako że poważnie podchodzą tu do deklaracji, iż jest to The House of Chivas Regal, zwiedzający otrzymują do spróbowania – oprócz standardowego kieliszka Strathisla 12yo – 12-letnią whisky zbożową oraz Chivas Regal 12yo i Chivas Regal 18yo.

 

W tym miejscu skrzywi się niejeden wielbiciel single malt whisky. Tyle odruchowo, co niesłusznie. Bo jeśli odrzucimy wrodzoną niechęć do wszystkiego, co zbożowe lub mieszane (a przyznaję, że taka otwartość przyszła mi swego czasu z niemałym trudem), to może się okazać, że możliwość posmakowania oferowanej whisky zbożowej jest doświadczeniem co najmniej ciekawym, a porównanie dwóch wersji Chivas Regal potrafi być objawieniem. Szczególnie jeśli zdarza się nam – a zdarza się przecież coraz częściej! – narzekać na jakość podstawowych wersji oficjalnych tej czy innej single malt whisky. Na pewno będzie tak, że ilu czytających te słowa, tyle różnych opinii na ten temat, jednak taka otwartość od czasu do czasu dobrze robi, a fakt istnienia na rynku co najmniej przyzwoitych, jeśli nie naprawdę świetnych blendów, jest faktem. A z faktami się nie dyskutuje. Jeśli 18-letnia Chivas Regal potrafi dać nam odrobinę radochy z degustacji, pozostaje się tylko cieszyć, że dostaliśmy ją gratis w ramach biletu na zwiedzanie destylarni. Jeśli nie – cóż, należy obydwa blendy potraktować jako swoisty bonus i skupić się na kieliszku Strathisla 12yo.

 

Degustacja kończąca zwiedzanie Strathisla.

 

Naturalnie, w tym miejscu polecałbym jednak zapoznanie się z ofertą linii Crafted Blend Murray McDavid, bo może się okazać, że starannie dobrane whisky słodowe i zbożowe, odpowiednio długo odleżakowane w dębowych beczkach, mogą niejednego zaskoczyć nie mniej niż wspomniana Chivas Regal 18yo, a być konkurencyjne cenowo. Mamy w ofercie doskonałe, zróżnicowane zarówno cenowo, jak i regionalnie blendy – Ile Six 2011 6yo i Loch Ile 1996 19yo, oparte głównie na whisky z Islay, a także Coinnich II 1995 20yo, w której znaleźć można destylaty z Highland Park, Fettercairn i Allt-a-Bhainne. O owianej wręcz legendą 35-letniej Bodach Aislig 1980 z poprzedniej edycji nawet wspominał nie będę, bo jest to whisky już niemal niedostępna.

 

Tymczasem obiegam jeszcze Strathisla, pstrykam gigantyczną liczbę zdjęć i ruszam dalej. Tuż za rogiem, kilkaset metrów dalej, znajdę przywróconą niedawno wielbicielom whisky Glen Keith. Przywróconą w dwóch znaczeniach – zarówno uruchomioną ponownie po latach bezczynności (lata 1999-2013), jak i butelkowaną wreszcie oficjalnie jako single malt. Co prawda, nie ma możliwości zwiedzania Glen Keith, jednak mimo to nie można przejść obok tej destylarni obojętnie. Zanim ją zamknięto w 1999 roku, produkowano tu zarówno dwukrotnie, jak i trzykrotnie destylowaną whisky. Pomimo iż związków z Lowlands gorzelnia nie ma żadnych. Produkowano tu także torfową wersję, zwaną Glenisla, i to na długo zanim inne destylarnie ze Speyside przypomniały sobie o tradycji suszenia słodu jęczmiennego dymem torfowym.

 

W Strathisla, podobnie jak w wielu innych destylarniach szkockich, nie wolno fotografować w pomieszczeniach produkcyjnych, szczególnie w hali alembików. Na zdjęciu skrzynka kontrolna w hali alembików.

 

W Keith znajdziemy jeszcze jedną destylarnię. Trochę trzeba poszukać – a najlepiej wyruszyć w górę rzeki Isla, płynącej tuż za budynkami Strathisla – zanim znajdziemy charakterystyczne budynki, z których jeden zwieńczony jest bliźniaczymi pagodami. Dowód na to, że nie tak dawno słodowanie jęczmienia odbywało się na terenie każdej destylarni. Mowa o destylarni Strathmill, założonej pod koniec XIX wieku jako Glenisla, a obecnie należącej do Diageo. Podobnie jak produkty pozostałych destylarni z Keith, a także wzorem wielu innych gorzelni należących do tego samego właściciela, Strathmill jest mało znana jako single malt i sporadycznie butelkowana pod własną marką. Jedyną szerzej znaną edycją oficjalną jest 12-letnia wersja wchodząca w skład serii Flora & Fauna. Nie ma też mowy o zwiedzaniu zakładu. Skoro jednak zadaliśmy sobie trud dotarcia do Keith, warto zobaczyć wszystko, co w dziedzinie gorzelnictwa to urokliwe miasteczko ma do pokazania. Nawet jeśli zobaczyć tylko z zewnątrz.

 

Po kilku dniach spędzonych w dość prowincjonalnych miasteczkach północnej Szkocji, zawsze budzi się we mnie potrzeba wejścia do jakiegoś sklepu wielkopowierzchniowego, złapania za wózek i przespacerowania się wzdłuż regałów w poszukiwaniu sam nie wiem czego – promocji, ciekawych towarów, większego wyboru artykułów żywnościowych, a najpewniej wszystkiego po trochę. Wpadam więc jeszcze po zakupy do tutejszego Tesco. Tutaj najpewniej ściągnę z półek kilka butelek tutejszego piwa, może nawet jakieś Theakston Old Peculier (wcale nie szkockie, ale wyśmienite, z Yorkshire). Może znowu trafię na promocję czekoladek Quality Street (£5 za pudełko 700g). Może kupię sobie jakieś małże czy krewetki. Pobyt z dala od morza z czasem wywołuje takie tęsknoty, szczególnie jeśli wcześniejsza część podróży przetykana była ucztami z owoców morza gdzieś na zachodnim wybrzeżu. Z bagażnikiem pełnym zakupów opuszczam Keith.

 

Tuż za rogiem od Strathisla znajdziemy destylarnię Glen Keith.

 

Kieruję się tym razem na drogę A96, tam gdzie drogowskazy mówią o kierunku na Elgin. Na przedmieściach Keith po raz kolejny omiatam wzrokiem ogromny kompleks magazynów celnych należących do Chivas Regal i nie mogę się po raz kolejny nadziwić temu ogromowi. Niemal tuż po opuszczeniu Keith skręcam w prawo, w drogę B9016. Chcę zobaczyć – i tu znowu tylko z zewnątrz – kolejną destylarnię. Usytuowaną na obrzeżach Keith, jednak w adresie posiadającą Aultmore, niewielką osadę niemal graniczącą z Keith. A skoro destylarnia zlokalizowana jest w Aultmore, nazywać nie może się inaczej, jak właśnie Aultmore.

 

Destylarnia Aultmore znajduje się w takim miejscu, że nie sposób natknąć się na nią przypadkiem. Jeśli tam przyjechaliśmy, to tylko dlatego, że akurat tam chcieliśmy przyjechać. Co prawda, mnie zdarzyło się raz, kiedy gdzieś pobłądziłem próbując dotrzeć do Buckie ze Spey Bay, że dojechałem do jakiegoś skrzyżowania, przy którym stał drogowskaz wskazujący „Keith 8 mil.” Stwierdziłem wtedy – nie wiem gdzie jestem i jak długo będę tu błądził (nie miałem ze sobą mapy, a było to w czasach przed satelitarnonawigacyjnych), w nosie mam Buckie, tam i tak podobno nudy, więc pojadę do Keith. No i jak się okazało, była to droga wiodąca do Aultmore i dalej do Keith. Tak więc, nie zawsze jest tak, że nie da się przypadkiem.

 

Strathmill, trzecia destylarnia whisky słodowej w Keith.

 

Jakkolwiek by tam nie dotrzeć, Aultmore stanowczo nie lubi turystów. Nawet jeśli się tam natkniemy na kogoś z pracowników, szanse na bycie wpuszczonym do środka są nikłe. A w drzwiach prowadzących do pomieszczeń produkcyjnych znajduje się zamek cyfrowy. Nie ma więc mowy o tym, żeby „przypadkiem” zabłąkać się do hali alembików, jak już zdarzyło mi się nie raz tu i ówdzie. Jeśli więc ktoś miał sposobność zwiedzenia tej destylarni, niech traktuje się jak wybrańca i szczęściarza. Inna rzecz, że nie ma za bardzo o co kopii kruszyć. Ot, kolejna gorzelnia zbudowana pod koniec XIX wieku, gruntownie przebudowana w latach ’70, co akurat widać na pierwszy rzut oka. Jeśli jednak „kolekcjonujemy” odwiedzone destylarnie – nigdy nie zaszkodzi zrobić tych paru dodatkowych kilometrów przy okazji wizyty w Keith.

 

Po upewnieniu się, że jednak i tym razem nie uda mi się wleźć do Aultmore, i wykonaniu kilku zdjęć z zewnątrz, wsiadam w samochód i ruszam w drogę powrotną w stronę Keith. Znowu mijam wspomniane wcześniej magazyny Chivas Brothers, ale zamiast pakować się z powrotem do miasteczka, skręcam w prawo, w drogę A95, która według drogowskazów, prowadzi do Grantown on Spey i Craigellachie. Do Grantown akurat mi się nie spieszy. W Craigellachie też niewiele mam do roboty. Ale wiem gdzie zmienić kierunek jazdy, zahaczyć o jeszcze dwie destylarnie (znowu niedostępne dla zwiedzających), by wreszcie dotrzeć do Rothes, gdzie będzie co pozwiedzać, gdzie nosa wsadzić.

 

Aultmore, destylarnia mało przyjazna turystom.

 

Już po kilku kilometrach, za którymś z łuków drogi, oczom moim ukazuje się kolejny charakterystyczny kompleks budynków. Z jednej strony dwie pagody, z drugiej – nie do pomylenia z niczym innym, oszklona ściana hali alembików, tak mniej więcej z przełomu lat ’60 i ’70 ubiegłego wieku. To Glentauchers, destylarnia zrazu wyglądająca jak typowe 2 w 1. To, co rzuciło się w oczy już z daleka – część budynków zwieńczonych pagodami, to oryginalne zabudowania, wzniesione pod koniec XIX wieku i zaprojektowane przez słynnego Charlesa Doiga, twórcę tego charakterystycznego komina. Ciężkie, przysadziste, zbudowane z kamienia. Od nich wyraźnie odcina się bardziej nowoczesna część z charakterystyczną halą alembików z końca lat ’60. Właśnie wtedy Glentauchers przeszła poważną przebudowę i rozbudowę. Między innymi zwiększono wówczas liczbę alembików z dwóch do sześciu. Wtedy to sukcesy rynkowe świętowały whisky mieszane, a Glentauchers od zawsze funkcjonowała jako dostawca słodowego wsadu – najpierw do blendów DCL (obecne Diageo), później Allied Distillers. Niedawno pojawiła się wreszcie na rynku jako single malt pod marką Ballantines. Jednak wtajemniczeni wiedzą, że stosunkowo młody malt z Glentauchers znalazł się także w najnowszej ofercie Murray McDavid. A że zrobił furorę – tak dobrej whisky z beczki po sherry niejeden w życiu nie pił, a i cena była więcej niż przystępna – whisky ta jako jedna z pierwszych zniknęła z oferty. Tak to bywa z edycjami limitowanymi. Kończą się prędko. Za prędko.

 

Ja tymczasem jadę dalej. Przede mną dzisiaj jeszcze kilka destylarni. Dojeżdżam do skrzyżowania, gdzie główna droga, która według drogowskazów zawiodłaby mnie do Craigellachie, skręca w lewo. Ja jednak wybieram pomniejszą, wyraźnie bardziej poślednią B9103, stanowiącą przedłużenie dotychczasowego biegu A95. Drogowskaz mówi mi, że tędy dojadę do Boat O’Brig, ja jednak wiem swoje. Zanim miniaturowa, naprawdę nietrudna do przeoczenia osada Boat O’Brig, po prawej stronie mam kolejną destylarnię. Kolejną stroniącą od publiki, kolejną należącą do Diageo. Ale niezwykłą. Auchroisk.

 

Trudno oprzeć się wrażeniu, że Glentauchers to jakby dwa różne zakłady - stary i nowy.

 

Mnie osobiście Auchroisk kojarzy się przede wszystkim z pewną pieszą wyprawą wzdłuż szlaku Speyside Way, o którym już jakiś czas temu wspominałem. Szlak ten na odcinku od Dufftown wiedzie w pewnym momencie po zboczach dość samotnie wyglądającej góry Ben Aigan. Góra ta wznosi się teraz po mojej lewej stronie i bezczelnie przywodzi wspomnienia lata 2004, kiedy to postanowiłem przynajmniej ten odcinek (Dufftown – Spey Bay) przejść w całości, z plecakiem na ramionach i namiotem w plecaku. Gdzieś właśnie na Ben Aigan wypadło poszukiwanie miejsca na rozbicie namiotu, a że w pagórkowatym terenie trudno o w miarę płaskie miejsce na rozbicie namiotu, poszukiwania skończyły się na strzelnicy myśliwskiej, znajdującej się w byłym kamieniołomie, gdzie grunt zniwelowano niezwykle skutecznie lata wcześniej. I właśnie stamtąd rozpościerał się przepiękny widok na północno-wschodnią, niemal już płaską część Speyside, a na pierwszym planie stała ona – śnieżnobiały kompleks budynków, o którym z mapy dowiedziałem się, że to Auchroisk. Była jeszcze puszka spamu (taka kultowa wręcz mielonka), resztki pieczywa i herbata gotowana na kuchence turystycznej. I było sielsko, pięknie.

 

Auchroisk to przedziwna destylarnia, nie tylko ze względu na nazwę, której nikt nie wie jak wymawiać (swoją drogą, ta wymowa to mniej więcej [o(th)rask], gdzie (th) to ten sam dźwięk, od którego zaczyna się angielskie „thank you”). Powstała w latach ’70 ubiegłego wieku, była pierwszą destylarnią, która na szeroką skalę stosowała proces, nazwany później „wood finishing,” a więc siłą rzeczy musi być bliska sercu Murray McDavid. Pierwsze edycje Singleton of Auchroisk, bo tak nazywała się wówczas wytwarzana tu whisky, a debiutowała w 1986, leżakowały w beczkach po burbonie, po czym przelewane były na dwa lata do beczek po sherry. Tak dojrzewana whisky wycofana została z rynku dopiero na początku bieżącego stulecia, kiedy to hasło „wood finishing” przyjęte zostało masowo przez niemal cały świat whisky szkockiej, a w szczególności Glenmorangie i Balvenie. Murray McDavid też garściami czerpał i w dalszym ciągu czerpie z doświadczeń zebranych przez dziesięciolecia w dziedzinie zapoczątkowanej przez niepozorną Singleton of Auchroisk. Co ciekawe, ówczesny właściciel  (wtedy jeszcze IDV) nie wpadł na pomysł, by stosowanie tej techniki w jakikolwiek sposób wyeksponować, wykorzystać marketingowo, czy jakoś inaczej zaznaczyć pionierskość tego procesu.

 

W Glentauchers też nie przewidziano zwiedzania.

 

Auchroisk, jak to bywa z destylarniami należącymi do dużych koncernów, a niewyposażonymi w specjalistyczne recepcje i nieprzystosowanymi do przyjmowania zwiedzających, turystów nie lubi, unika, i generalnie nie wpuszcza do pomieszczeń produkcyjnych. Nie znaczy to, że po terenie destylarni nie można się swobodnie powłóczyć i przyjrzeć z zewnątrz poszczególnym jej częściom. Wstyd się przyznać, ale mnie dotarcie do owej białej destylarni, którą widziałem ze zbocza Ben Aigan w lecie 2004, zabrało okrągłe dziesięć lat. I jakoś nigdy nie udało się wejść do środka.

 

Po krótkim przystanku na parę fotek, jadę dalej. Wiem bowiem, że kawałek dalej – może kilometr, może mniej – przejadę bardzo charakterystycznym, wąskim, stalowym mostem przez rzekę Spey, po czym idealnie prostą drogą dotrę do skrzyżowania, z którego jeden z drogowskazów (ten w lewo) poprowadzi mnie do Rothes. A Rothes to miejscowość nie lada.

 

Auchroisk nazywa się dziwnie i wygląda też dość nietypowo. No i tutaj też nie lubią intruzów.

 

Każdy, kto pija whisky, słyszał o znajdujących się tu destylarniach. A jest ich cztery – Speyburn, Glen Spey, Glen Grant i Glenrothes. Niegdyś była tu jeszcze Caperdonich, ale już jej nie ma. A konkretnie, nie ma jej od 2011 roku, kiedy to wyburzono budynki gorzelni zamkniętej niecałe dziesięć lat wcześniej. Ale po kolei.

 

Zanim jeszcze wjeżdżam do Rothes, natrafiam na skrzyżowanie, przy którym stoi niepozornie wyglądająca, zielona tabliczka (przynajmniej taka tam stała, gdy ostatni raz tam byłem; tego typu tabliczki potrafią się radykalnie zmieniać). Tabliczka sugeruje, że jeśli wjadę w wąską drogę odbijającą w prawo od mojego głównego szlaku, trafię do destylarni Speyburn. Trochę mi to nie pasuje – zwykle Speyburn podziwiam z drogi wiodącej z Elgin do Craigellachie i dalej do Dufftown – stoi sobie w dolinie, wokół której kręci droga, a najczęściej jedynymi elementami wystającymi ponad zieleń drzew są dwa kominy. Jeden z nich to tradycyjna pagoda, drugi jest mniej malowniczy i bardziej nowoczesny – zwykła szara rura skierowana w niebo. No chyba, że dane nam jest przejeżdżać tą drogą jesienią lub zimą. Liści wtedy na drzewach jakoś mniej i więcej materii budowniczej w oczy rzucić się może. Problem tylko z tymi porami roku jest taki, że rzadko kiedy jest tam wówczas wystarczająco widno, by widokami się napawać. Zasada krótkich dni (a w Szkocji najczęściej pochmurnych i mglistych) obowiązuje w zimie również na tej szerokości geograficznej.

 

Jeszcze jeden rzut oka na fragment Auchroisk.

 

Ze względu na to, że Speyburn – mimo iż widać ją jak na dłoni ze wspomnianej drogi – znajduje się w takim dość trudno dostępnym zakamarku tutejszego krajobrazu, trafienie do niej nigdy nie może się wydarzyć przypadkiem. Ta droga z zieloną tabliczką, biegnąca wśród zieleni, prowadzi właściwie donikąd, jeśli nie liczyć dosłownie kilku „cywilnych” budynków.

 

Ze zwiedzaniem destylarni bywa różnie. Były czasy, kiedy w Speyburn można było umówić się na zwiedzanie. Nie dało się nigdy po prostu pojawić bez uprzedzenia i wejść. Mnie jakoś nigdy nie było po drodze się umówić, a gdy pojawiłem się tam pewnego razu, udało mi się jedynie a chwilę wściubić nos do hali alembików. Jak widać, zawsze znajdzie się coś, co warto w przyszłości nadrobić. Tym bardziej, że Speyburn to klasyczna destylarnia z końca XIX wieku, a jej kamienne, ponad stuletnie budynki zachowane są wręcz wzorcowo. Przyjdzie kiedyś i na nią kolej.

 

Z drogi widać niewiele - destylarnia Speyburn w dolinie na skraju Rothes.

 

Ze Speyburn wracam na główną drogę, która przywiodła mnie w okolice Rothes (tak, już prawie jesteśmy na miejscu!) i jedziemy dalej, przed siebie. Jeśli mieliśmy jakieś romantyczne wyobrażenia pięknego, sennego miasteczka na szkockiej prowincji, czeka nas srogie rozczarowanie. Już po chwili dostrzegamy pojawiające się zza drzew straszliwie przemysłowe, brzydkie i przygnębiające budynki zakładu przerobu biomasy. Czy czegoś w tym stylu. Wygląda to gorzej i bardziej ponuro niż destylarnia Loch Lomond w deszczowe, jesienne popołudnie. Ten kompleks gigantycznych pudeł z blachy falistej minąć trzeba jak najszybciej. Nie zaszkodzi poświęcić jedną myśl pełną współczucia mieszkańcom domów bezpośrednio sąsiadujących z tym czymś. Ale tylko jedną, bo już jesteśmy na rondzie, z którego trzeba trzeźwo zjechać drugim zjazdem. Tam, gdzie odpowiednie tablice informacyjne mówią nam, że tędy droga do Glen Grant.

 

Na pewno już o tym pisałem, ale tak na wszelki wypadek przypomnę – ronda w Szkocji objeżdża się zgodnie z ruchem wskazówek zegara, od lewej. Znam ludzi, którzy o tym potrafili zapomnieć w najbardziej kluczowym momencie, właśnie w chwili podjeżdżania do ronda.

 

Ów drugi zjazd, który wybieramy, wiedzie nas wprost na dziedziniec Glen Grant, a właściwie wprost na jej parking. Jednej z tych destylarni, których nie można pominąć podczas planowania whiskowej wyprawy do Speyside. Nie można z kilku powodów, z których pewno dla każdego inny będzie tym najważniejszym. Odwiedziłem Glen Grant wiele razy i nigdy nie zawiodłem się jeśli chodzi o fachowość przewodników, przygotowane atrakcje, czy oferowane do degustacji dramy. Być może teraz już mniejsze wrażenie zrobiłaby na mnie ta część wycieczki, gdy uczestnicy siedzą w zaciemnionym gabinecie majora Granta i słuchają opowieści o jego podróżach, podczas gdy po kolei podświetlane zostają poszczególne elementy wystroju pomieszczenia. Kiedy brałem w tym udział po raz pierwszy w 2006 roku, bardzo mi się to podobało. Stanowiło, moim zdaniem, świetne wprowadzenie do pozostałych etapów zwiedzania. Ostatnim razem, czyli jakoś dwa lata temu, chyba już tam nas nie zaprowadzono. A może pamięć już zaczyna mi szwankować.

 

Na dziedzińcu Glen Grant.

 

Niezależnie jednak od jakości zwiedzania destylarni, dla mnie osobiście zawsze największym magnesem ciągnącym mnie niezmiennie do Glen Grant są ogrody majora Granta. I już pal sześć dęte historie o skrytce majora, w której podobno zawsze trzymał ukrytą butelkę whisky dla swoich gości. Pewno że trzymał butelkę whisky w co najmniej kilku miejscach. I pewno niekoniecznie dla gości, a bardziej dla siebie. Gdzieżby mu się chciało wracać do destylarni, jeśli opadło go przemożne pragnienie podczas spaceru po swoich włościach? Tak czy inaczej, starannie zadbane trawniki, tajemnicze zakątki, kładka wzdłuż i w poprzek płynącego tu potoku, progi wodne – wszystko to sprawia, że do Glen Grant warto przyjechać nawet jeśli się za whisky nie przepada. Albo jeśli na pokładzie mamy współtowarzysza, dla którego whisky mogłaby w ogóle nie istnieć. Oczywiście, przy dość odważnym założeniu, że trafimy na piękną, słoneczną pogodę. Mnie się kilka razy udało, może stąd to optymistyczne podejście do włóczenia się po ogrodach Glen Grant.

 

Rothes to jeszcze dwie inne destylarnie. I wspomnienie kolejnej. To wspomnienie zostało ostatnio zabudowane i niewiele już wskazuje na to, że dokładnie po drugiej stronie głównej ulicy od Glen Grant jeszcze niedawno działała Caperdonich. Dziś już jedynie starzy – albo bardzo bogaci – górale pamiętają jak smakowała robiona tu whisky. Podczas zwiedzania Glen Grant najprawdopodobniej usłyszymy anegdotę o miejscowych spryciulach, którzy postanowili nawiercić rurę poprowadzoną nad drogą pomiędzy dwoma destylarniami. Obydwie destylarnie należały do tego samego właściciela, a beczkowanie Glen Grant odbywało się w Caperdonich, do której świeży destylat doprowadzany był właśnie tą rurą. Genialne w swej prostocie posunięcie miejscowych amatorów trunków wyskokowych okazało się nie do końca przemyślane. Zamiast nawiercić otwór w górnej części rury i jakoś go zabezpieczyć, procentonośnego odwiertu dokonali od dołu. No i lała się ta gorzała na ulicę, dzięki czemu spisek wykryto natychmiast, a rurę zabezpieczono. A mogli się ustawić na długie lata.

 

Jak już się rzekło, po Caperdonich, zamkniętej w 2002 roku, a wyburzonej w 2010, pozostało już tylko wspomnienie. Wspomnienie i nieustannie drożejące butelki tego, co z jej działalności zachowało się fizycznie, w stale topniejącej liczbie beczek. Jej miejsce zajęły warsztaty znanego na całym świecie producenta miedzianych alembików, firmy Forsyth’s of Rothes. Rzec więc można, że choć whisky tutaj już się nie wytwarza, miejsce to z whisky pozostało związane. Być może bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Gdyby ktoś koniecznie chciał poszukać śladów starej Caperdonich, polecam wycieczkę do Belgii, do destylarni Belgian Owl. Tam trafiła jedna para alembików ze zlikwidowanej destylarni. Druga para alembików już wkrótce zacznie swoje drugie życie w destylarni Falkirk. Taka zmiana miejsca funkcjonowania alembików nie jest, swoją drogą, nową praktyką. Wystarczy wspomnieć historyczny transfer starych alembików z Cardhu do nowo wybudowanej Glenfiddich w drugiej połowie XIX wieku, czy alembiki z Ben Wyvis i ich drugie życie w Glengyle w Campbeltown.

 

W hali alembików destylarni Glen Grant.

 

Tak więc, mając powyższe w pamięci, wyjeżdżam z parkingu, wracam na znane mi już rondo i ruszam w prawo (ciągle pamiętając, że te cholerne ronda w Szkocji bierze się od lewej!). I już po chwili ciągnę się wąską uliczką, wzdłuż której zaparkowano zdecydowanie za dużo samochodów, jak na przepustowe możliwości głównej drogi z Elgin do Craigellachie, Aberlour i Grantown on Spey. Ta właśnie droga jest główną ulicą Rothes, którą usiłuję brnąć. Tutaj czasem trzeba się zatrzymać, by samochody jadące z przeciwnej strony mogły swobodnie przejechać. Innym razem podziękować gestem uniesionej dłoni za to, że ktoś z naprzeciwka nas przepuścił. Nie przypominam sobie, bym w ostatnim czasie przejechał Rothes ot tak, bez ani jednego postoju. Jeśli ktoś się jeszcze nie zorientował – po wędrówkach bocznymi drogami z Keith, właśnie wróciłem w główny nurt miejscowego ruchu drogowego. Co widać na każdym kroku, przy każdym wciśnięciu pedału hamulca. Zaczynam doceniać fakt, iż wynajmowane zwykle przeze mnie samochody mają automatyczną skrzynię biegów. I dociera do mnie dlaczego automaty są tak popularne w Wielkiej Brytanii.

 

Uważny obserwator dostrzeże miedziany alembik wyeksponowany przy jednym z parkingów wzdłuż drogi. To plac obok The Station Hotel, w którym funkcjonuje całkiem nieźle zaopatrzony bar z whisky. Takich perełek jest w okolicy więcej. O The Mash Tun w Aberlour i Highlander Inn w Craigellachie już wspominałem. Ja jednak jadę dalej, nie mam czasu ani możliwości (kierownica w dłoniach) na delektowanie się whisky. To będzie musiało poczekać do wieczora.

 

Kiedy wygląda na to, że droga wjeżdża na niewielki, kamienny most, skręcam w prawo, w Burnside Street, uliczkę wiodącą wzdłuż potoku, jak sama nazwa wskazuje. Po chwili po drugiej stronie pojawiają się charakterystyczne niskie, kamienne, pokryte czarnym nalotem budynki. To magazyny celne, w których dojrzewa whisky. Jednak to nie Glenrothes, do której właśnie zmierzam. Tam, po drugiej stronie potoku wpadającego nieopodal do rzeki Spey, znajduje się destylarnia Glen Spey. Do niej jeszcze wrócimy. Teraz odnotowuję jedynie w pamięci fakt istnienia tam całkiem sporego kompleksu niskich, tradycyjnych, kamiennych magazynów typu dunnage, i jadę prosto przed siebie, aż wreszcie zza zakrętu uśmiecha się do mnie kolejna pagoda. Starannie zadbane, kamienne budynki nie pozostawiają wątpliwości – na frontowej ścianie w co najmniej dwóch miejscach umieszczono ogromny napis „The Glenrothes.”

 

W ogrodzie majora Granta w Glen Grant.|

 

Wytwarzana tu whisky do niedawna sprzedawana była przez firmę Berry Bros & Rudd – bodaj jedyny przypadek, gdy znacznej wielkości producent whisky, destylarnia należąca do potężnej grupy, nie była właścicielem swej marki. Sytuacja ta zmieniła się kilka miesięcy temu, kiedy to prawa do marki Glenrothes zostały odsprzedane grupie Edrington. Tutejsza whisky pojawiła się również niejednokrotnie w butelkach opatrzonych kolorowymi etykietami, firmowanymi przez Murray McDavid. Wystarczy wspomnieć dostępną jeszcze tu i ówdzie Glenrothes 1990 25yo z naszej poprzedniej kolekcji, butelkowaną w 2015 roku. Czy 11-letnią Glenrothes 1998 finiszowaną w beczkach po winie Sauternes z kultowej Château d’Yquem, butelkowaną jeszcze w czasach, gdy główny magazyn Murray McDavid znajdował się na wyspie Islay, w destylarni Bruichladdich.

 

Na koniec wędrówki po Rothes – robi się późno, trzeba się spieszyć na jakieś fish & chips w Dufftown – wracam do głównej drogi, po raz kolejny przyglądam się wspomnianym wcześniej magazynom Glen Spey i docieram do bram ostatniej już dziś destylarni. Glen Spey została założona dokładnie w tym samym roku, co Glenrothes (1878), jednak obecnie jest to gorzelnia trzy razy mniejsza od swej sąsiadki. I zdecydowanie mniej znana. Należąca do Diageo Glen Spey to jeden z tych wołów roboczych, zapewniających materiał do zestawiania blendów koncernu. Nawet jej bramę zdobi logo jednego z nich – whisky J&B. Nic dziwnego, J&B jest piątą co do popularności szkocką whisky na świecie, a więc marką bez porównania bardziej znaną niż znana tylko nielicznym Glen Spey single malt. Zakład nie jest udostępniony do zwiedzania, a najlepszy widok rozciąga się z położonego tuż obok wzgórza, na którym znaleźć można ruiny średniowiecznego zamku Rothes.

 

Zbiegam ze wzgórza zamkowego, wsiadam w samochód, jadę do domu. Do Craigellachie mam już tylko pięć kilometrów niemal prostą drogą. Mijam skrzyżowanie z wiodącą do Macallan drogą B9102 (drogowskazy nie pozostawiają cienia wątpliwości – tędy dotrzesz do Macallan i Cardhu), a tuż za mostem przez Spey, już właściwie w Craigellachie, skręcam w lewo, w drogę A95. Uważny czytelnik być może pamięta, że przy tej właśnie drodze wznosiły się budynki odwiedzanej wcześniej Glentauchers, że niedaleko było do Auchroisk, że tak w ogóle A95 prowadzi do Keith. A gdybym chciał pojechać prosto do Dufftown, skręciłbym w lewo, ale jakieś sto metrów dalej, w drogę A941. Tę biegnącą obok destylarni Craigellachie, potem zakładu Speyside Copoerage, by wreszcie dotrzeć do Dufftown w miejscu, gdzie znajdują się destylarnie Convalmore, Balvenie i Glenfiddich. I wszystko to byłyby jak najbardziej trafne spostrzeżenia. Tyle że ten odcinek Craigellachie-Dufftown już raz robiliśmy. Teraz wybieram drogę bardziej widokową.

 

Destylarnia Glen Spey to przede wszystkim producent jednego ze składników whisky mieszanych (blended).

 

Kawałek za Craigellachie, w osadzie Maggieknockater, skręcam dość ostro w prawo, w nieoznakowaną drogę, która zdaniem drogowskazu doprowadzi mnie do Dufftown. Nie od dziś wiadomo przecież, w Speyside wszystkie drogi prowadzą do Dufftown. Ta mało uczęszczana, wąska, wspinająca się systematycznie coraz wyżej i wyżej droga oferuje wspaniałe widoki na dolinę rzeki Fiddich. Czyli na Glen Fiddich. Gdzieś po drugiej stronie wznoszą się góry, wraz z najwyższym szczytem okolicy, Ben Rinnes. W oddali majaczą niebosiężne szczyty gór Cairngorms. Jeśli trafiliśmy na piękną pogodę, naprawdę warto wybrać się choć raz na przejażdżkę tą właśnie drogą.

 

Jako się rzekło, ta dolina po prawej stronie to Glen Fiddich. Jeśli jednak komuś mało doliny jeleni w tej formie, niech się uzbroi w cierpliwość. Za parę kilometrów zobaczy inną – Glenfiddich. Tak, zbliżamy się do Dufftown od tej strony, gdzie widok na kompleks Glenfiddich/Balvenie/Kininvie mamy po prawej stronie, nieco z góry. Co prawda, przeszkadzają trochę rosnące po prawej stronie drogi drzewa, przez co najlepiej wybrać się tędy w słoneczny, ale raczej jesienny lub zimowy dzień (mniej liści, lepsza widoczność), jednak wielbiciele marek należących do William Grant & Sons nie powinni się zawieść. Nieczęsto ogląda się ich ulubione destylarnie z tej perspektywy.

 

Wybór tej trasy – poza widokami na Glen Fiddich i Glenfiddich – miał jeszcze jedną zaletę, przynajmniej z mojej perspektywy. Ta nieoznakowana droga wiodąca do Dufftown od strony Maggieknockater prowadzi niemal pod same drzwi Parkmore Distillery Manager’s House. Jestem w domu. Parkując przed drzwiami, w myślach przeszukuję zawartość lodówki – wcale nie chce mi się już dzisiaj jechać do miasteczka po jedzenie. Ech, tę decyzję odłożę sobie na później. Miejscowy Co-Op otwarty jest do 21:00. Tymczasem parkuję pod domem i żegnam się na dziś. Trzeba przecież jeszcze rozpalić w kominku. Ach, te iskry buzujące wokół suszonego torfu, tlącego się na palenisku. Ten zapach. No i jakaś Mystery Malt of Murray McDavid. Na przykład, Darach Ruadh II 2007 9yo z beczki po sherry w kieliszku. Dla odświeżenia w pamięci widoku destylarni, z której pochodzi, a którą dzisiaj widziałem.

 

A jutro pojadę w góry.

 

Z powrotem w domu - Parkmore Distillery Manager's House.

 

 

[cz. 1] [cz. 2] [cz. 3] [cz. 4] [cz. 5] [cz. 6] [cz. 7] [cz. 8] [cz. 9] [cz. 10] [cz. 11] [cz. 12] [cz. 13] [cz. 14] [cz. 15] [cz. 16] [cz. 17] [cz. 18] [cz. 19] [cz. 20]

Ostatnie wiadomości

W galeriach...