Z Murray McDavid po Szkocji (cz. 11)

...

W poprzednich odcinkach:

Przylot, pierwsza destylarnia [cz. 1]

Campbeltown [cz. 2]

Południowa część Islay [cz. 3]

Reszta Islay i Jura [cz. 4]

Oban i Fort William [cz. 5]

Ben Nevis i Mull [cz. 6]

Glenfinnan i Skye [cz. 7]

Północny zachód i północ [cz. 8]

Orkady [cz. 9]

Na południe, do Speyside [cz. 10]

 

Dla wielu osób podróżujących do Speyside pierwszą destylarnią, jaką mają okazję zobaczyć w regionie jest Tormore. Przy założeniu, że albo podróżują – jak my w tej chwili – z północy, albo prosto z lotniska w Glasgow lub Edynburgu spieszą, by jeszcze tego samego dnia dotrzeć do zarezerwowanych miejsc noclegowych gdzieś w centrum Speyside, na przykład w Aberlour lub Dufftown.

 

Niestety, znajdująca się tuż przy drodze A95 i niemożliwa do przeoczenia Tormore nie jest udostępniona do zwiedzania. A wielka szkoda, gdyż jest to zdecydowanie destylarnia inna niż wszystkie. Nie żeby odbywający się wewnątrz budynku produkcyjnego proces wytwarzania whisky był jakoś inny, lecz właśnie te budynki… Wzniesiona w połowie XX wieku, w żadnym szczególe nie przypomina jakiejkolwiek innej destylarni. Jej budynki często porównywane są do sanatorium – i coś w tym z pewnością jest. Tak czy inaczej, warto się przy niej zatrzymać – uważając na to, by nie spowodować niebezpiecznej sytuacji na ruchliwej drodze – i obejrzeć ile się da, przynajmniej z zewnątrz. Kto wie, może natkniemy się na jakąś przyjazną duszę spośród załogi zakładu i uda się nam przynajmniej zajrzeć do hali alembików? Szanse są niewielkie, ale zawsze warto spróbować. Jeśli się jednak nie uda, nie ma co załamywać rąk. Jesteśmy właśnie na najlepszej drodze do największego zagłębia gorzelniczego na świecie. Z całą pewnością będzie co zwiedzać, oglądać, degustować.

 

Destylarnia Tormore wygląda inaczej niż jakakolwiek inna destylarnia w Szkocji.

 

Spod Tormore ruszamy dalej przed siebie. A to „przed siebie” tożsame jest tu z sercem regionu Speyside. Warto mieć oczy szeroko otwarte i rozglądać się wokół w poszukiwaniu wystających tu i ówdzie ponad poziom drzew kominów i unoszącego się z nich dymu. Obecnie większość szkockich destylarni pracuje 24 godziny na dobę, więc naprawdę nie można ich nie zauważyć, nawet jeśli nie widać samych budynków. Piszę o tym dokładnie w tym miejscu nie bez kozery. Nie dalej jak dwa kilometry od Tormore, z lewej strony rozciąga się widok na dolinę rzeki Spey. A wśród drzew, tam w dole, znajduje się Cragganmore, wytwórnia jednej z oryginalnych Classic Malts of Scotland. Samych budynków nie widać z drogi, widok zasłaniają tu drzewa, a minie jeszcze około kilometr, zanim natkniemy się na drogowskaz wskazujący drogę (żeby dotrzeć do Cragganmore trzeba skręcić ostro w lewo i właściwie cofnąć się o około kilometr), ale komin i unoszący się z niego dym nie pozostawia wątpliwości. Tu pędzi się whisky.

 

O moich wizytach w Cragganmore wiele dobrego nie mogę powiedzieć. Cała dobra prasa, jaką u mnie wyrobiła sobie destylarnia wchodzącą w skład Classic Malts wersją Cragganmore 12yo jeszcze pod koniec lat dziewięćdziesiątych, legła w gruzach, kiedy postanowiłem zobaczyć gdzie tę świetną whisky się wytwarza. Mimo zapewnień – również na tabliczce na odpowiednich drzwiach w destylarni – że zakład jest otwarty dla zwiedzających, że można sobie przyjechać i zobaczyć na własne oczy, za każdym razem drzwi te były zamknięte na głucho, a wokół nikogo, kto mógłby mnie wpuścić do środka, czy choćby tylko udzielić informacji. Rekompensatą w pewnym stopniu musiały być rosnące tuż obok dzikie maliny, którymi objadłem się podczas którejś kolejnej próby zwiedzania, po której nastąpiło poszukiwanie odpowiedniego miejsca na okolicznych zboczach do pstryknięcia paru fotek zakładu. Któregoś razu trafiłem na okres remontowy, dzięki czemu udało mi się zajrzeć do hali alembików, pstryknąć dwa zdjęcia – i uznałem, że mi Cragganmore już wystarczy. Za bardzo jest nie po drodze, by sobie zadawać trud po raz kolejny. Od prawie dziesięciu lat omijam to miejsce obrażony. Podobno teraz już jest łatwiej. Podobno da się wejść, pozwiedzać. Podobno nie pozwalają fotografować, nie wprowadzają do magazynów. Podobno jest standardowo diageowo. Nie wiem, może kiedyś sprawdzę.

 

Alembiki w Tormore.

 

Tymczasem wracam na główną drogę. Okazuje się, że gdybym wcześniej nie skręcił w lewo w drogę wiodącą do Cragganmore, tylko pozostał na A95 jeszcze jakieś 100 metrów, zza wzgórza po prawej stronie wychynęłaby kolejna destylarnia. Przepiękna, wybielona, nienagannie zadbana, wołająca do mnie czarnymi literami na białym tle – Ballindalloch Single Estate Distillery.

 

O co chodzi z tym „single estate”? Ano, taki trochę marketingowy trick – Ballindalloch znajduje się na terenie dość rozległej posiadłości o tej samej nazwie, korzysta z lokalnego jęczmienia, produkty uboczne skarmia we własnej hodowli bydła. Wszystko dzieje się na terenie tej samej posiadłości, tak więc „single estate.” A że to posiadłość nie byle jaka, z własnym zamkiem, jedną z większych atrakcji turystycznych okolicy, to i jest się czym szczycić. Co prawda, słodowanie jęczmienia odbywa się poza Ballindalloch, jednak destylarnia pilnuje, by był to ich własny jęczmień, osobiście uprawiany i zebrany z pól należących do rodziny.

 

Niewielka destylarnia powstała tu w podupadających i wyremontowanych na potrzeby produkcji whisky zabudowaniach gospodarczych w 2014 roku. Należy do rodziny Macpherson-Grant i uruchomiona została z inicjatywy aktualnego właściciela zamku i posiadłości, Guy’a Macpherson-Granta. Budynki, w które się wpasowała, mają status zabytków, tak więc w trakcie prac budowlano-remontowych dołożono wszelkich starań, by zachować ich pierwotny wygląd. Połączenie starych, lecz odnowionych murów ze sprzętem służącym do produkcji whisky udało się tutaj znakomicie. Pomieszczenia degustacyjne, z kolei, zachwycają wręcz urodą i smakiem. Mimo iż Ballindalloch nie ma jeszcze w swoim portfolio żadnej whisky, a butelkowanie pierwszej odbyć ma się dopiero wtedy, gdy leżakujący w dębowych beczkach trunek odpowiednio dojrzeje – nie zakłada się żadnych terminów, nie podaje się żadnych dat – destylarnię zdecydowanie warto odwiedzić. A jeśli wśród czytających te słowa są wielbiciele golfa, to warto, by zajrzeli na znajdujące się tuż obok pole golfowe.

 

Destylarnia Ballindalloch - tak wygląda od frontu.

 

Wspomniano o zamku Ballindalloch jako o jednej z większych atrakcji okolicy, więc nie można przejechać obojętnie obok drogowskazu wskazującego wjazd na ten fragment posiadłości, gdzie znajduje się zamek. Wcześniej jednak trzeba będzie przejechać obojętnie obok innego kuszącego drogowskazu. Tego, który wskazuje drogę B9008 do Glenlivet i Tomintoul. Przebywając w Speyside dość szybko trzeba będzie się przyzwyczaić do tego, że na drogowskazach znajdziemy nazwy destylarni, nazwy znane z etykiet whisky słodowych. I że często będziemy musieli obok nich przejechać obojętnie. Taka już okolica. Nazwy destylarni – a za nimi nazwy whisky słodowych – bardzo często pochodzą od nazw miejscowości, w których owe wytwórnie się znajdują. A jeżeli mamy miejscowość, to o drogowskaz do niej nietrudno. Cóż, że nazwa tożsama bywa z nazwą whisky?

 

Co by się nie działo, do zamku Ballindalloch trafić nietrudno – odpowiednio wcześniej natkniemy się na jeden z tych charakterystycznych brązowych drogowskazów. Wystarczy pojechać tam, gdzie każe. A dlaczego zamek warto odwiedzić? Przede wszystkim dlatego, że to przepiękny przykład stylu architektonicznego, zwanego Scottish baronial – taki niby to zamek, niby pałac, niby domek dla lalek. Wieżyczki, baszty, wykusze, ornamenty – coś pięknego, jak u Disney’a. Przy tym w dużej części udostępniony do zwiedzania, z zachwycająco zachowanymi wnętrzami, zadbanym ogrodem, hodowlą koni i krów rasy Aberdeen Angus, dumy właścicieli. Do tego kolekcja malarstwa, w pełni wyposażone pomieszczenia z epoki wiktoriańskiej, w tym bawialnia dziadków współczesnych właścicieli. Słowem, piękne miejsce do spędzenia letniego popołudnia.

 

W magazynie celnym destylarni Ballindalloch.

 

Jednak, jako że nie zamki są naszym głównym obiektem zainteresowania, a w tej okolicy będzie ich jeszcze niezliczona liczba, uciekamy z Ballindalloch i ruszamy dalej. Z powrotem na główną drogę A95 – i tam, gdzie drogowskaz mówi „Aberlour, Elgin, Craigellachie,” a inny drogowskaz informuje nas, że jesteśmy na Malt Whisky Trail. Teraz już trzeba być czujnym – kolejna destylarnia może czekać tuż za zakrętem.

 

Jadąc dalej w stronę Aberlour, moglibyśmy właściwie skręcić w lewo, w jedną z dróg wiodących na lewy brzeg rzeki Spey i tam zahaczyć o całą grupkę destylarni znajdujących się w niedużej odległości od siebie (Cardhu, Tamdhu, Knockando), jednak tym razem zależy nam na tym, by dostać się jak najszybciej gdzieś w okolice Aberlour lub Dufftown, gdzie zorganizujemy sobie bazę wypadową, z której będziemy robić całodniowe wypady, by zobaczyć jak najwięcej destylarni regionu.

 

Zamek Ballindalloch, siedziba rodu Macpherson-Grant.

 

Tymczasem dojeżdżamy do Aberlour. Właściwie to na znaku drogowym będzie napisane Charlestown of Aberlour, bo tak właśnie nazywa się ta miejscowość. Samo Aberlour oznacza ujście [potoku] Lour [do rzeki Spey], bo właśnie w tym miejscu wnosi się to sympatyczne miasteczko. Zaraz za wspomnianą tablicą należy wzmóc czujność, bo tuż-tuż, po prawej stronie miniemy bramę do jednej z bardziej znanych destylarni regionu – Aberlour. Znaczy, miniemy jeśli się zagapimy. Jeśli będziemy czujni, skręcimy wprost w tę właśnie bramę. A my czujni jesteśmy.

 

Aberlour na dobre zawojowała rynek whisky szkockiej wraz z popularnością, jaką zyskała wypuszczona jeszcze pod koniec ubiegłego wieku edycja Aberlour a’bunadh. Była to whisky przełomowa – jedna z pierwszych szeroko promowanych edycji bez deklaracji wieku, jedna z pierwszych whisky promowanych z naciskiem na brak filtracji na zimno, brak karmelowej koloryzacji, wyższą niż zwykle zawartość alkoholu, tzw. cask strength. Można powiedzieć, że była to pierwsza szeroko promowana whisky, w przypadku której producent w oficjalnej edycji zmieścił wszystko to, co najlepsze u niezależnych dystrybutorów. W związku z tym, że miała to być edycja powtarzalna, zrezygnowano z deklaracji wieku (nigdy nie wiadomo, z jakich beczek przyjdzie nam zestawiać kolejną edycję), no i żeby podbić rynek jak najszerzej, w grę nie wchodziła edycja single cask. Ale poza tym – wypisz, wymaluj niezależna edycja firmowana przez producenta.

 

Destylarnia Cragganmore - malowniczo położona, sama już jest nieco mniej urokliwa.

 

Destylarnia, której sklepik znajduje się tuż za bramą wjazdową, oferuje cały szereg różnych programów zwiedzania – od najprostszej wycieczki po zakładzie do ekskluzywnej degustacji niedostępnych nigdzie indziej rocznikowych whisky, w tym prosto z beczki. Na kilka wizyt, jakie złożyłem w Aberlour, nie było ani jednej, po której czułbym jakiś niedosyt, czy wręcz niesmak. Za każdym razem solidnie przygotowany przewodnik, osoba znająca destylarnię od podszewki, fachowo przeprowadzona degustacja, przyjemne wnętrza. Warto jednak zarezerwować sobie możliwość zwiedzania z pewnym wyprzedzeniem. Szczególnie w sezonie, gdy tą główną drogą, przebiegającą tuż obok destylarni, regularnie przejeżdżają autokary pełne chętnych do zaliczenia kolejnej szkockiej wytwórni whisky. Do sklepiku wpaść można bez uprzedzenia i bez konieczności umawiania się na zwiedzanie. Kupić tu można nie tylko cały szereg edycji miejscowej whisky, ale też szereg gadżetów i pamiątek.

 

Z destylarni ruszamy dalej. Oprócz niej, w Aberlour warto wpaść do słynnej na cały świat wytwórni ciasteczek Walkers Shortbread. Na terenie zakładu znajduje się sklepik z miejscowymi wyrobami. Wytwarzane tu charakterystyczne ciasteczka maślane (shortbread) dobrze się sprawdzają zarówno jako pyszna przekąska, jak i pamiątka ze Szkocji – potrafią być pakowane w najbardziej wymyślne, dekoracyjne pudełka, pudełeczka, kartoniki i puszki. Najczęściej do dostania również w sklepie na lotnisku, ale nie ma to jak zakup u źródła.

 

Jedyny raz, jak udało mi się wejść do Cragganmore. Akurat odbywał się remont.

 

Gdyby ktoś chciał zdecydować się na pozostanie w Aberlour na dłużej i uczynienie z miasteczka swojej bazy wypadowej na resztę Speyside, spośród licznych opcji – hotelików i pensjonatów B&B – na uwagę zasługuje przede wszystkim słynny The Mash Tun. Charakterystyczny, kamienny budynek na roku Elchies Road i Victoria Terrace oferuje nie tylko noclegi. Znajduje się w nim popularny wśród wielbicieli whisky bar, oferujący szeroką gamę whisky słodowych, zbożowych i mieszanych, w tym imponującą kolekcję whisky z destylarni Glenfarclas. Po intensywnej wizycie w barze, opcja noclegowa może się okazać się koniecznością, jednak warto tu dokonać wcześniejszej rezerwacji, szczególnie w sezonie.

 

Ta ostatnia uwaga dotyczy zresztą większości noclegów w regionie. Sezon letni, a także czas festiwalu whisky w Speyside, to okres, kiedy okolicę odwiedzają setki tysięcy turystów. Pozostawienie rezerwacji na ostatnią chwilę może okazać się dość kłopotliwe, szczególnie jeśli marzy się nam kwaterunek w jakimś szczególnie upodobanym przez wielbicieli whisky miejscu. A The Mash Tun w Aberlour z pewnością do takich należy.

 

Tuż obok The Mash Tun biegnie również jednej z niewielu oznakowanych szlaków pieszych, Speyside Way, prowadzący z Aviemore u stóp gór Cairngorms do Buckie na wybrzeżu Morza Północnego. O Speyside Way warto pamiętać, jeśli lubimy długie spacery. Naturalnie nikt nie sugeruje przejścia całej długości szlaku (130 km, włącznie z odnogą prowadzącą do Tomintoul), jednak lubiący nawet krótsze spacery powinni zapoznać się z charakterystycznym logo służącym do znakowania szlaków pieszych w Szkocji. O Speyside Way będzie jeszcze mowa przy innej okazji, tutaj warto wspomnieć tylko o trasie spacerowej będącej częścią szlaku, a prowadzącej tuż nad brzegiem rzeki, na tyłach domostw z widokiem na Spey. Jeśli wybrać się nią z biegiem rzeki, prędzej czy później dotrzemy do Craigellachie – a tutaj przechodzić będziemy tuż obok innego słynnego przybytku oferującego doskonałą whisky, Highlander Inn. Jeśli natomiast zapragniemy długich spacerów pod prąd, Speyside Way zaprowadzi nas do Dailuaine, Dalmunach i pozostałości budynków Imperial, wreszcie na tyły Knockando. Bardzo miła trasa.

 

Destylarnia Aberlour, front budynku, w którym znajduje się m.in. sklep i recepcja.

 

Mimo wielkiej pokusy zatrzymania się w The Mash Tun, ja jednak pędzę dalej. Kilka kilometrów za rogatkami Aberlour znajduje się skrzyżowanie, na którym muszę opuścić drogę A95, wiodącą dalej do Keith. Skręcam w prawo, tam gdzie drogowskaz mi mówi, że powinienem skręcić, jeśli chcę się dostać do Dufftown. A właśnie Dufftown jest moim miejscem docelowym na tym etapie wyprawy. Jak już tam dotrę, okaże się dlaczego akurat to miasteczko. Na razie niech wystarczy argument, że jest to miejscowość z największym zagęszczeniem destylarni whisky, określane często mianem stolicy szkockiej whisky słodowej, a dla mnie to wybór sentymentalny – pierwsze szkockie miasteczko, które poznałem lepiej niż tylko z perspektywy przygodnego turysty, w którym spędziłem łącznie tak wiele czasu, że był moment, kiedy byłem tu uznawany niemal za miejscowego. Kolejny, tym razem żelazny argument za wyborem Dufftown jako bazy wypadowej pojawił się u mnie wiele lat po mojej pierwszej tu wizycie, wraz z nawiązaniem współpracy z Murray McDavid. Ale wszystko po kolei.

 

Tymczasem pokonuję dwa łuki na pnącej się dość stromo w górę drodze – i po chwili po mojej lewej stronie mam budynek, który nie pozostawia wątpliwości co do swego przeznaczenia. Ściana od strony drogi jest niemal w całości oszklona, a za szybą widać potężne miedziane alembiki. Na wszelki wypadek, gdyby ktoś miał jakieś wątpliwości, na ścianie umieszczono napis „Craigellachie Distillery.” I wszystko jasne.

 

Destylarnia Craigellachie nie jest udostępniona do zwiedzania i właściwie poza funkcją estetyczną – wygląda naprawdę imponująco – nadaje się głównie do tego, by w razie potrzeby zawrócić na jej dziedzińcu samochodem. Na przykład, jeśli zorientujemy się, że skręciliśmy nie w tę drogę, bo przecież najpierw chcieliśmy pojechać do pubu Highlander Inn. Wiem co mówię, kilka razy zdarzyło mi się skorzystać z dziedzińca Craigellachie właśnie w tym celu. Problem z Craigellachie (miejscowością) polega na tym, że znajduje się ono w widełkach pomiędzy dwoma drogami – A95 wiodącą do Keith i A941, która zabierze nas do Dufftown. Jednak krótko po tym, jak się te drogi rozchodzą, różnica poziomów między nimi staje się tak duża, że mimo niewielkiej odległości powrót z jednej na drugą jest niemal niemożliwy. Można, co prawda kluczyć uliczkami Craigellachie, jednak o wiele prostsze wydaje się zawrócić do głównego skrzyżowania nad Spey i dokonać właściwego wyboru. Stąd praktyczne zastosowanie dziedzińca destylarni Craigellachie.

 

Magia produkcji whisky pryska, gdy ogląda się ekran centralnego komputera sterującego wszystkimi procesami w Aberlour.

 

Sama destylarnia, jak wspomniano, prezentuje się dość imponująco. Zbudowana pod koniec XIX wieku, zachowała klasyczną pagodę wieńczącą budynek dawnej słodowni, zaprojektowaną przez samego Charlesa Doiga. Przebudowana w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, otrzymała nową halę alembików, usytuowaną frontem do głównej ulicy. Przeszklona ściana frontowa prezentuje dumnie cztery ogromne alembiki. Widok naprawdę zapierający dech w piersiach, szczególnie po zmroku, gdy hala alembików jest oświetlona, a refleksy światła odbijającego się od krągłości alembików tworzą zaiste magiczną atmosferę.

 

W podobnym, żeby nie powiedzieć identycznym, stylu przebudowano w tamtym okresie kilka innych destylarni rozsianych po całej Szkocji. Porównywalne doznania estetyczne zapewnia hala alembików Caol Ila, Royal Brackla, Mannochmore, Aberfeldy czy Glen Ord. Jednak żadna z nich (poza Aberfeldy) nie znajduje się przy głównej drodze, więc żeby docenić ich wartości estetyczne, trzeba się do nich wybrać specjalnie. A w przypadku Craigellachie może się nam zdarzyć, że po prostu potrzebujemy zatankować – stacja benzynowa znajduje się dwa kroki od destylarni, po tej samej stornie ulicy – lub dokonać jakiegoś procentowego zakupu. Stacja benzynowa w Craigellachie oferuje szeroki wybór whisky, piwa i innych pożytecznych napojów. Paliwo też mają.

 

W Speyside Cooperage praca wre. Widok z przygotowanej dla gości galerii na główną halę.

 

Tym razem jednak ani nie potrzebujemy zawrócić na dziedzińcu destylarni Craigellachie, ani nie jest nam potrzebna stacja benzynowa. Jedziemy dalej. Mijamy kilkaset metrów – i po prawej stronie wita nas kolejna atrakcja na naszym szlaku whisky słodowej. Tak to już jest w Speyside. Tym razem jednak nie jest to żadna destylarnia, tym razem to największy zakład bednarski w regionie – Speyside Cooperage. Trudno go nie zauważyć, nawet gdyby nie ustawiono przy drodze odpowiednich tablic informacyjnych. Po prawej stronie najpierw widać ogromny parking z miejscami do posiedzenia wykonanymi ze starych beczek, w głębi majaczą niezbyt imponujące na pierwszy rzut oka budynki, a w głębi rozciągają się prawdziwe niekończące się pola beczkowe. A właściwie pola beczkowych piramid. Prawdziwe góry ułożone z beczek oczekujących na decyzję co do ich dalszych losów – czy mają być rozebrane zupełnie, na klepki i złożone i wypalone od nowa, czy też posłużą jako materiał do budowy elementów małej architektury.

 

Wizyta w Speyside Cooperage to na pewno ciekawy element wędrówki po Szkocji szklakiem destylarni. Zresztą, gospodarze są przygotowani na wizyty turystów chcących przyjrzeć się procesowi montowania beczek – tak ważnego przecież elementu procesu produkcji whisky. Niestety, jeśli ktoś spodziewa się zobaczyć jak płomienie buzują wewnątrz na świeżo złożonych beczek, może się rozczarować. Z galerii, którą przygotowano dla nas, nie zobaczymy tego etapu. Imponuje natomiast sprawność pracowników Speyside Cooperage podczas montowania klepek w gotowe beczki. Potem ciśnieniowe testy szczelności – i następna beczka. I następna. Co prawda, chciałoby się przyjrzeć pracy bednarzy bardziej z bliska, jednak względy praktyczne, w tym głównie bezpieczeństwa, nie pozwalają zwiedzającym nawet zbliżyć się do montowanych beczek. Wizyta kończy się zwykle degustacją naparstka (dosłownie) czegoś, co leżakowało w remontowanych tu beczkach. Za każdą moją wizytą było to jakieś pośledniej jakości wino.

 

Z drogi łączącej Craigellachie z Dufftown rozciąga się widok na dość specyficzne piramidy. To beczki oczekujące na remont w Speyside Cooperage.

 

Ze Speyside Cooperage zabieramy się dość szybko i jedziemy wprost w objęcia miasteczka, które szczyci się lokalizacją największej liczby destylarni w jednej miejscowości, okrzyknięte zostało mianem stolicy szkockiej whisky słodowej, a nawet podejmowało (nie jestem pewien czy czas przeszły jest tu na miejscu) próby zdobycia statusu regionu produkcji whisky. Mowa oczywiście o Dufftown. Miasteczko położone jest nieco na uboczu głównych tras wiodących przez Speyside, jednak trudno nie odnieść wrażenia, że akurat w tej okolicy, wszystkie drogi prowadzą do Dufftown.

 

Droga kręci nieco, momentami nieprzyjemnie, z punktu widzenia kierowcy, jest teraz wyraźnie węższa niż ta, z której zjechaliśmy w Craigellachie. Ale czegóż się nie robi, żeby tam się wreszcie znaleźć? Po prawej stronie, w oddali widać wznoszącą się nad okolicą górę Benrinnes, z lewej strony drogi teren wyraźnie się obniża – tam musi być jakaś rzeka. No i jest. A co to za rzeka, to za chwilę stanie się jasne, gdy miniemy – po lewej stronie drogi – najpierw budynki nieczynnej już Convalmore, a za chwilę Balvenie i dotrzemy do wjazdu na parking destylarni Glenfiddich. Tam w dole płynie Fiddich. Zmierza w kierunku przeciwnym w stosunku do naszej podróży na tym etapie, a więc – do Spey. Rzeki nie widać, gdyż w tej okolicy doliny i dolne partie wzgórz są dość gęsto zalesione. Poza tym, rzeka interesuje nas tylko o tyle, że dała nazwę największej i bodaj najsłynniejszej destylarni whisky słodowej – Glenfiddich.

 

Destylarnia Convalmore. Dziś budynek byłej słodowni, zwieńczonej charakterystyczną pagodą, służy za magazyn celny, w którym dojrzewają whisky William Grant & Sons.

 

Jako się rzekło – tylko ta rzeka nas trochę zbiła z tematu – wjeżdżając do Dufftown mijamy najpierw budynki niegdyś należące do destylarni Convalmore. Założona w 1894 roku, dwa lata po Balvenie, była czwartą wytwórnią whisky słodowej w Dufftown. Przez kilka lat na początku XX wieku w formie eksperymentu funkcjonował w niej także rodzaj kolumny rektyfikacyjnej, w której odbywała się destylacja – jednak nie z zacieru słodowo-zbożowego, a w 100% słodowego. Ciekawostka została dość szybko zarzucona. W latach osiemdziesiątych Convalmore, należąca wówczas do Distillers Company Limited (przodek współczesnego Diageo), padła ofiarą dekoniunktury i została zamknięta w 1985. Pięć lat później budynki destylarni sprzedane zostały bezpośrednim sąsiadom, firmie William Grant & Sons, jednak prawa do marki Convalmore do dziś znajdują się w rękach Diageo. Budynki zaadaptowane zostały na magazyny, w których dojrzewają beczki wypełnione produktami William Grant & Sons.

 

Na pierwszy rzut oka budynki Convalmore zachowały się w doskonałym stanie, w tym charakterystyczna pagoda, wieńcząca budynek słodowni, użytkowany obecnie jako magazyn celny.

 

Szyld na budynku Balvenie, jednej z trzech destylarni w Dufftown należących do William Grant & Sons.

 

Dwa kroki dalej, na tej samej posiadłości, zauważyć można kolejną pagodę. Dostrzec ją jednak nieco trudniej, gdyż znajduje się dalej od drogi, którą się poruszamy, a na linii wzroku znajduje się stacja kolejowa Dufftown. Starsza od Convalmore o dwa lata Balvenie miała więcej szczęścia. Gdy przyszedł kryzys lat osiemdziesiątych XX wieku, w jej przypadku wystarczyło zmniejszyć nieco produkcję, by pomóc zakładowi przetrwać do lepszych czasów. Balvenie nie należała do wielkiego koncernu, co mogło mieć niebagatelne znaczenie w tamtym czasie – William Grant & Sons to w dalszym ciągu firma znajdująca się w rękach rodziny założycieli. A to nawet przy obecnej wielkości produkcji zupełnie inny przypadek. Koncernowym księgowym bez porównania łatwiej jest wymusić na zarządzie decyzje o likwidacji tego czy innego zakładu, niż potomkom właścicieli zamknąć coś, co sami w pocie czoła budowali.

 

Dwa kroki dalej, w tym samym kompleksie zabudować produkcyjnych i magazynów celnych znajduje się wspomniana Glenfiddich, obok parkingu której właśnie przejeżdżamy. Właściwie to grzechem byłoby tak obojętnie przejechać. Zatrzymajmy się, przyjrzyjmy temu zjawisku z bliska. Tym bardziej, że w tym odcinku wcale nie chcemy wjeżdżać do Dufftown. Naszym celem jest dziś miejsce na uboczu, oddzielone od destylarni Glenfiddich tylko wspominaną już tu dzisiaj rzeką Fiddich. Ale po kolei. Parkujemy przy Glenfiddich i idziemy przyjrzeć się destylarni. Z punktu widzenia Murray McDavid ma to pewne znaczenie, o czym za chwilę.

 

W Speyside, jak widać, nigdy nie jest daleko do jakiejś whisky.

 

Kiedy ostatnio byłem w Dufftown, tuż przy drodze oddzielającej tereny Glenfiddich od wzgórza, na którym stoją ruiny zamku Balvenie, prowadzone były intensywne prace budowlane. Jak się dowiedziałem, powstaje tam (może już powstała?) kolejna, trzecia już hala alembików Glenfiddich. Oznacza to, że wkrótce potencjał produkcyjny destylarni wzrośnie po raz kolejny. Znajdująca się już obecnie na pozycji lidera w rankingu wielkości produkcji Glenfiddich (13,7 mln litrów czystego alkoholu rocznie) wyprzedzi o kolejnych kilka milionów znajdującą się na drugim miejscu, należącą do Diageo Roseisle.

 

Jednak nie w wielkości produkcji tkwi siła i znaczenie Glenfiddich. Mimo dość molochowatych rozmiarów, jest to jedna z bardziej przyjaznych turyście gorzelni w Szkocji. A to wyczyn nie lada, jeśli wziąć pod uwagę, że była to pierwsza destylarnia otwarta dla zwiedzających, a przez długie lata zwiedzanie jej odbywało się bezpłatnie. Dzięki temu stała się żelaznym punktem na trasie niemal każdej wycieczki autokarowej, pełnej turystów, dla których ważne było, by podczas pobytu w Szkocji odhaczyć na liście atrakcji zwiedzanie destylarni. Przez działające tu od 1969 roku Visitor Centre przetoczyły się tłumy – a jednak za każdą wizytą w tym miejscu (a byłem tu dziesiątki razy) witany jestem z uśmiechem, oddawany w dobre i fachowe ręce przewodników, a samo zwiedzanie jest dalekie od sztampy oferowanej w co najmniej kilku innych destylarniach. Żeby tylko wspomnieć znudzonych życiem – i turystami – przewodników w Ben Nevis, o których pisałem kilka odcinków temu.

 

Wjeżdżamy do Dufftown, światowej stolicy whisky słodowej. Gdzieś, mniej więcej, między Balvenie a Glenfiddich.

 

Jeśli w pakiecie zażyczymy sobie także zwiedzanie sąsiedniej Balvenie, robi się z tego ekscytująca, niemal całodniowa wizyta. Bo to – przy odrobinie szczęścia – i warsztat bednarski można zobaczyć, i podłogę do słodowania, suszenie słodu, zacieranie, fermentacje i destylację w dwóch destylarniach, wejść do magazynu celnego, odbyć ciekawą degustację, a nawet zobaczyć linię do butelkowania whisky - wszystko to w dwóch leżących obok siebie destylarniach należących do jednej firmy. A jeśli mamy naprawdę sporo szczęścia, to po drodze można czasem zajrzeć do trzeciej – skromnej Kininvie, stojącej nieśmiało nieco w kącie i pozornym zapomnieniu.

 

Powiem szczerze, że mimo ograniczonego entuzjazmu dla podstawowej oferty Glenfiddich, miejsce to odwiedzam zawsze chętnie i polecam wszystkim chcącym zobaczyć jak robi się whisky. Nie jestem pewien czy w dalszym ciągu butelkowanie odbywa się na terenie Glenfiddich. O ile mnie pamięć nie myli, było z tym różnie, a moje przygody z Glenfiddich/Balvenie rozciągają się w czasie od 2000 roku, kiedy pojawiłem się tam po raz pierwszy, nieprzerwanie do chwili obecnej. No, ostatni raz byłem tam kilka miesięcy temu.

 

Widok na Glenfiddich od strony parkingu, na którym zrobiłem sobie krótki postój. Po lewej magazyny celne, w budynku opatrzonym logo znajduje się sklep, a budynek z prawej strony kadru, za stawem, to hala alembików. Jedna z dwóch.

 

Jeśli chodzi o Kininvie, to w dawnych, niemal już zapomnianych czasach, kilka razy brałem udział w nieformalnych – i pewno nie całkiem legalnych, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, więc nie padną tu żadne nazwiska – spotkaniach degustacyjnych, podczas których ktoś zawsze przynosił buteleczkę z whisky z beczki nr 1 z Kininvie. Te posiedzenia do bladego świtu w pewnej zamkniętej już dziś francuskiej restauracji w doborowym towarzystwie, przy doskonałym jedzeniu (prowadzący La Faisanderie był absolutnym mistrzem patelni) i trunkach, wśród których najbardziej utkwił mi w pamięci francuski absynt, pędzony przez kogoś z rodziny naszego gospodarza i absolutnie nie do zaakceptowania mentolowy smak Kininvie z beczki nr 1 – to wrażenia, które zostaną ze mną na zawsze.

 

A związki Glenfiddich i Balvenie z Murray McDavid? Są bardzo nieoczywiste, gdyż Grantowie dokładają wszelkich starań, by ani jedna beczka ich single malt whisky nie trafiła do żadnego z niezależnych dystrybutorów. Nie znaczy to, że takie przypadki się nie zdarzają, jednak są niezwykle rzadkie. Jednak przy ogromnym potencjale produkcyjnym obydwu destylarni, część ich produkcji musi trafiać w obce ręce. Po prostu musi – rachunek ekonomiczny musi się zgadzać, a William Grant & Sons nie są w stanie wszystkiego sprzedać samodzielnie. By jednak zapobiec pojawianiu się na rynku niezależnych edycji Glenfiddich i Balvenie (nie wiedzieć w imię czego), każda beczka whisky z którejś z tych dwóch destylarni trafiająca na wolny rynek, zawiera odrobinę whisky z tej drugiej. Mówi się oficjalnie o jednym procencie, choć pewno w praktyce nikt tego jakoś specjalnie nie odmierza. Tak czy owak, po dolaniu choćby tylko 100 ml Balvenie do beczki Glenfiddich, zawartość tej beczki przestaje już być single malt whisky i nie może być jako taka butelkowana i sprzedawana dalej. Teraz jest to już blended malt whisky. Nie zmienia to faktu, że taka mała dolewka niczego w praktyce nie zmienia jeśli chodzi o aromat i smak trunku. Fanów największej szkockiej destylarni whisky słodowej zachęcam do zapoznania się z ofertą Murray McDavid w kategorii The Vatting.

 

Skrzynki kontrolne, tzw. spirit safe, w Kininvie, najbardziej tajemniczej z trzech destylarni należących do William Grant & Sons.

 

Ja tymczasem wracam na parking, wsiadam do samochodu i jadę dalej. Już niedaleko. Wyjeżdżając z parkingu Glenfiddich nie kieruję się jednak w lewo, z powrotem na drogę wiodącą wprost do centrum Dufftown, lecz w prawo. Jestem na Castle Road, po lewej stronie mam rozbudowującą się Glenfiddich, po prawej za drzewami na wzgórzu majaczą ruiny zamku Balvenie. Przejeżdżam przez most, pod którym płynie rzeka Fiddich, zjeżdżam w dół. Na wprost wśród drzew dostrzegam budynki, z których jeden zwieńczony jest pagodą. A więc kolejna destylarnia! To Glendullan, ale do niej wrócę następnym razem. Teraz już spieszy mi się na nocleg. Na skrzyżowaniu skręcam w lewo, przejeżdżam pod wiaduktem, za którym natychmiast widać kolejną pagodę. Dufftown naprawdę ma się czym poszczycić, jeśli chodzi o gorzelnictwo. Ta pagoda to zwieńczenie budynków nieczynnej od wielu lat destylarni Parkmore.

 

Parkmore nie działa już od 1931 roku, jednak nie cała zginęła w tamtym czasie. Do dziś funkcjonują magazyny celne, należące dziś do grupy Edrington, a więc dojrzewa w nich między innymi Macallan. Innym funkcjonującym elementem Parkmore jest Manager’s House – przepiękny, stylowy domek usytuowany tuż obok kompleksu magazynów. Parkmore Manager’s House należy dziś do firmy Aceo. Tej samej, do której należy marka Murray McDavid. Zajeżdżam na podjazd, parkuję. Jestem w domu. Czas na zasłużony odpoczynek.

 

Plac budowy kolejnej, trzeciej hali alembików we Glenfiddich.

 

Kiedy chwil parę później krzątam się po kuchni i jadalni, od czasu do czasu rzucam okiem przez okno na magazyny Parkmore. Wiem, że tuż za nimi płynie rzeka. Rzeka Fiddich. A na jej drugim brzegu, dosłownie 200-300 metrów ode mnie buzują alembiki destylarni Glenfiddich, destylarni, która swą nazwę wzięła od tej właśnie rzeki. Kawałek dalej, z biegiem nurtu rzeki, przez spirit safe Balvenie płynie świeży destylat. W zasięgu ręki mam między innymi butelkę 26-letniej Bùrn Taobh 1989 i 27-letniej Leómann 1989. Jedna i druga to whisky słodowe mieszane, blended malt whisky. Biorę obydwie pod pachę i idę do salonu, gdzie rozpalam w kominku, siadam w skórzanym fotelu, nalewam sobie do kieliszka Leómann 1989 27yo i zabieram się za planowanie jutrzejszego dnia. Wizyta w Speyside dopiero się zaczęła.

 

Parkmore Distillery Manager's House w zimowej szacie. Mój dom w Speyside.

 

[cz. 1] [cz. 2] [cz. 3] [cz. 4] [cz. 5] [cz. 6] [cz. 7] [cz. 8] [cz. 9] [cz. 10] [cz. 11] [cz. 12]

Ostatnie wiadomości

W galeriach...