Dziennik okrętowy zakrapiany whisky

...

Właśnie wróciłem do domu i powoli wracam do siebie. Gdyby nie to, że ciągle noszę na sobie ślady tamtych przygód (naprawdę!), to ostatni tydzień, spędzony na pokładzie jachtu Ayla, podczas rejsu po Morzu Hebrydzkim i Irlandzkim, uznałbym za sen. Ale po kolei.

 

Z inicjatywy pewnego znajomego, znanego dość dobrze wśród zainteresowanych modą męską, wykwintnymi alkoholami i szeroko pojętym lifestylem, trafiłem na listę załogi łódki, której planowany rejs miał obejmować kilka miejsc w Szkocji, w których wytwarza się szkocką whisky. Między innymi do miejsc, z których pochodzą butelkowane pod szyldem Murray McDavid – obecnie, kiedyś lub w dającej się przewidzieć przyszłości – doskonałe whisky słodowe. Najważniejszym etapem naszej podróży była wyspa Islay, miejsce powstania Murray McDavid, a więc swego rodzaju kolebka naszej marki. Na pokładzie takiego jachtu nie mogło zabraknąć przedstawiciela Murray McDavid. Tym większy zaszczyt, że przygoda ta stać się miała udziałem polskiego przedstawiciela marki.

 

Ayla była naszym domem przez cały tydzień. Tutaj jeszcze przycumowana do kei, podłączona do prądu, nieświadoma co ją wkrótce czeka.

 

Jak wielu z czytających te słowa z pewnością wie, w szkockich destylarniach byłem niejednokrotnie. Napisałem już setki stron na ten temat, również tutaj. Jednak czym innym jest podejść piechotą, czy podjechać samochodem pod destylarnię, a czymś zupełnie innym zobaczyć ją z morza, zacumować przy niej, zejść z pokładu jachtu wprost na „ziemię świętą”. W praktyce okazało się to nie tak znowu proste – czasem trzeba było jednak podjechać lub podejść, jednak nie umniejszyło to w najmniejszym stopniu wielkości całego doświadczenia. O samym żeglowaniu nie wspominając, bo to zupełnie osobna historia, momentami dość wstydliwa…

 

Zaczęliśmy od jak najbardziej przyjacielskiego przejęcia łódki. Co ciekawe, w ustach osoby, która nam przekazywała jacht, jego nazwa brzmiała niepokojąco podobnie, jak nazwa wyspy, będącej obiektem naszych westchnień. Musiałem szybko pobiec na rufę by się przekonać, że to jednak Ayla, a nie Islay. Wystarczająco blisko. Póki co jednak, łódka przycumowana była grzecznie w marinie Dunstaffnage, kilka kilometrów na północ od Oban, na zachodnim wybrzeżu Szkocji.

 

Zaopatrzeni w prowiant, który wieźliśmy ze sobą z supermarketu w Dumbarton, przejęliśmy władanie nad łajbą. Było nas sześciu, w tym jeden z zerowym doświadczeniem w żeglowaniu. Bo przecież tydzień spędzony na identycznej łódce w Chorwacji się nie liczy. A w każdym razie, dość szybko się o tym przekonałem.

 

Na samym początku pokazali mi gdzie moje miejsce. Na wszelki wypadek zabrałem ze sobą coś dobrego.

 

Pierwszy dzień na morzu

 

Kiedy rankiem następnego dnia ruszyliśmy na morze, wszystko wydawało się iść jak po maśle. Pogoda dopisywała, humory również. A przede wszystkim dopisywały widoki. Wypłynęliśmy na akwen pomiędzy stałym lądem a wyspą Lismore i skierowaliśmy się na południowy zachód. Naszym pierwszym przystankiem miało być Oban. I to nawet niekoniecznie ze względu na znajdującą się tam destylarnię, co na legendarne owoce morza, dostępne na stoisku jednego z lokalnych rybaków, znajdującego się tuż obok terminalu promowego Caledonian MacBrayne, największego operatora promowego w Szkocji. Tymczasem jednak płyniemy – na razie tylko na silniku, niespiesznie. Podziwiamy zlane słońcem Highlands na stałym lądzie po lewej burcie, ze zdumieniem obserwujemy to, co dzieje się nad Mull, po przeciwnej stronie. A tam dzieje się tak, że momentami wyspy w ogóle nie widać. Coś mi mówi, że ta pogoda dotrze i do nas.

 

Deszcz zaczyna padać, gdy cumujemy przy niedawno oddanej do użytku marinie. No i leje niemiłosiernie. A zacumować trzeba, liny rzucić, złapać, przywiązać. I nikt tego za nas nie zrobi. A deszcz to z tej samej chmury, która jeszcze parę chwil temu zasłaniała jakikolwiek widok na Mull. Chmury tak mają – przesuwają się wraz z wiatrem.

 

W naszych trudach towarzyszyły nam m.in. butelki whisky Murray McDavid. Dzielnie nam towarzyszyły, mimo iż większość z nich skazana była na zagładę.

 

Zanim jednak zdołaliśmy się zorganizować do wyjścia na miasto, nad Oban znowu świeci słońce. Wizyta w Oban Seafood Hut nie zawodzi. Tacki, które sobie serwujemy, uginają się od krabów, homarów, krewetek, langustynek i małży. W osobnej miseczce dwa przegrzebki w maśle czosnkowym. Pośród tego wszystkiego kawałki kałamarnic. Życie jest piękne! Jeszcze tylko poszukiwania sklepu ze sprzętem wędkarskim – wszak z łodzi trzeba coś ułowić – i wizyta w kolejnym przybytku, bez którego odwiedziny Oban nie byłyby tym samym. The Oban Inn to najstarszy pub w Oban, oferujący nie tylko napitki, ale i jedzenie, a także noclegi. Budynek pochodzi z XVIII wieku, a w jego niepozornych, skromnych progach gościłem wielokrotnie. Zawsze zastawałem tu doskonałą, przyjazną atmosferę, świetne piwo, wyśmienite jedzenie. Tym razem trzeba było ograniczyć się tylko do piwa, gdyż zjedzone właśnie porcje owoców morza z Oban Seafood Hut zaspokoiłyby największego głodomora, a jeśli chodzi o napitki, to przed nami była jeszcze większość odcinka zaplanowanego na ten dzień, a żeglować – podobnie jak prowadzić samochód – pod wpływem alkoholu nie przystoi. Pomijając już nawet kwestie bezpieczeństwa, czy zdrowego rozsądku.

 

Jeśli spojrzeć na mapę tego fragmentu Szkocji, gdzie żeglowaliśmy, okaże się, że usiany jest on wyspami i wysepkami. A to oznacza, że wymaga od skipera dobrej znajomości sztuki żeglarskiej. My mieliśmy najlepszego skipera świata, który w niejednym porcie niejedno serce złamał, ale i zdobył doświadczenie i podziwu godną pewność siebie wobec żeglarskiej materii. O tym mieliśmy okazję przekonać się dobitnie następnego dnia, gdy morze było dla nas nieco mniej łaskawe. Tymczasem jednak ruszyliśmy z Oban na południe, najpierw cieśniną między stałym lądem, a wyspą Kerrera, potem już wzdłuż stałego lądu, mając po prawej burcie wciąż spowitą w chmury Mull. Następnie mijaliśmy wyspy Luing (po lewej burcie), Lunga (po prawej) i wreszcie Scarba. Pogoda dopisywała, rejs przebiegał jak po sznurku.

 

Ktoś ostatnio oglądał Oban z tej perspektywy?

 

Minąwszy Scarbę zmieniliśmy kurs nieco na wschód i przystąpiliśmy do opływania południowo-zachodniego wybrzeża wyspy Jura, naszego dzisiejszego celu wyprawy. Uważnemu obserwatorowi nie umknie fakt, że między Scarbą a Jurą znajduje się cieśnina zwana… The Gulf of Corryvreckan! Ni mniej, ni więcej, tylko ten słynny Corryvreckan, wir morski, o którym krążą legendy wśród wielbicieli whisky. Okazuje się, że wśród żeglarzy nie cieszy się on tak wielką rewerencją. Nasz skiper zupełnie nie zwrócił na niego uwagi, a zagadnięty wilk morski jeszcze w Dunstaffnage powiedział, „it is not as dangerous as they would like you to believe.” I rzeczywiście, kiedy przed wyprawą czytałem o Corryvreckan, spodziewałem się spienionych fal, istnej kipieli, którą być może będę mógł zobaczyć z oddali. Między Scarbą a Jurą nie działo się nic. Absolutnie nic, co wyróżniałoby ten fragment morza od innych. Wygląda na to, że to jednak żeglarze wiedzą co mówią, nie marketingowcy od whisky.

 

Dotarliśmy wreszcie do Craighouse na Jurze, gdzie stanęliśmy na bojce, a że było już dość późno, nie zawracaliśmy sobie głowy wizytą na lądzie. Po wyśmienitej kolacji, przyrządzonej przez naszego skipera, zasiedliśmy w mesie do stołu, z którego pospiesznie pozbierano ślady kolacji, a na którym teraz królowały whisky.

 

Na pokładzie mieliśmy siedem butelek spod szyldu Murray McDavid. Tego dnia na stole wylądowały cztery spośród nich – mieszana Righ Seumas II 2006 8yo, 11-letnia Diun Laoch 1992 z serii Mystery Malt, 14-letnia Laphroaig 2001 z beczek po burbonie i wreszcie gwiazda wieczoru, 36-letnia Bunnahabhain 1978 z naszej najbardziej prestiżowej serii Mission Gold.

 

Po opuszczeniu Oban nasz szlak wiódł cieśniną między stałym lądem (po lewej) a wyspą Kerrera (po prawej).

 

Polana na pierwszy ogień mieszana whisky Righ Seumas II zaskoczyła wszystkich, a byli w naszym gronie tacy, co to niejedną whisky w kieliszku widzieli. Zachwyca stosunkowo wysoka zawartość destylatów słodowych, świetne ich zharmonizowanie, wynikające z długiego okresu mariażu w beczkach już po zakończeniu kupażu. Nuty korzenne, waniliowe, owocowe, długi maślano-waniliowy finisz – rzecz doprawdy doskonała, mająca większość standardowych blendów pod sobą. Poza tym, w jej skład wchodzą między innymi whisky z Bruichladdich, Arran i Tobermory, co czyni z niej wymarzony trunek dla wszelkiej maści wilków morskich.

 

Przyszła potem kolej na Diun Laoch 1992, whisky słodową, single malt, pochodzącą z pewnej renomowanej destylarni gdzieś w Speyside. W przeciwieństwie jednak do znanej wszystkim oferty owej destylarni, nasz trunek rozpoczął swój żywot nie w beczkach po sherry, a po burbonie, co wielbicielom produktów tej destylarni daje sposobność spojrzenia na jej produkty z innej perspektywy. Na wszelki wypadek jednak poddaliśmy ją finiszowi w beczce po sherry, więc i te najbardziej charakterystyczne cechy owej tajemniczej destylarni też dają się odnaleźć w Diun Laoch 1992. Akcenty jęczmienia, miodu, cytrusów, a na koniec waniliowe crème brûlée spowodowały, że paru dzielnych żeglarzy poprosiło o dolewkę.

 

Seria Mystery Malt to whisky pochodzące z destylarni, których nazw albo nie chcemy, albo nie możemy ujawnić. Ciekawskich zapraszamy jednak na degustacje whisky Murray McDavid podczas wszelkiego rodzaju festiwali whisky, gdzie być może zdarzy się nam uchylić rąbka tajemnicy.

 

Jakoś tak musieliśmy wylgądać z pokładów innych łódek. W tle wyspa Kerrera.

 

Przyszła kolej na Laphroaig 2001. Tej destylarni nie trzeba nikomu ani przedstawiać, ani rekomendować. Leżakowana w beczce po burbonie, a na koniec przelana do świeżej, first-fill, również po burbonie, pokazuje zarówno pazur, tak charakterystyczny dla whisky z Islay, jak i złożoność i pełnię aromatu i smaku. Palone drewno, dym, akcenty morskie uzupełniają tu bardziej łagodne nutki wanilii, cytrusów, owoców leśnych, a nawet brzoskwini. Wspominany tu już niejednokrotnie – i zawsze pozytywnie – najlepszy skiper świata zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia.

 

Wreszcie najstarsza na pokładzie, starsza niż większość członków załogi – na stół wjechała Bunnahabhain 1978 36yo. Nie trzeba nawet otwierać butelki, by się nią zachwycić – przepiękna, głęboka barwa ciemnego bursztynu z czerwonymi refleksami, to efekt dodatkowego leżakowania w beczce po austriackim winie deserowym Willi Optiz. Jednak warto ją otworzyć i pozwolić akcentom nugatu, czekolady, słoności, rumu, drewna orzechowego, subtelnym nutkom dymu torfowego oczarować nasze zmysły. Piękna, złożona, doskonała. I co do tego nie było zdań rozbieżnych. Mimo iż skiper raz po raz zerkał łakomie na stojącą obok butelkę Laphroaig.

 

Na noc przycumowaliśmy do boi w Craighouse. Z pokładu rozciągał się widok na destylarnię Isle of Jura.

 

 

Dzień drugi na morzu

 

Drugi dzień zaczął się niewinnie. Zrzuciliśmy ponton na wodę i podpłynęliśmy do przystani  w Craighouse. W hotelowym barze wypiliśmy kawę, zapłaciliśmy za cumowanie, za oknem przemknęły nam postaci w strojach kąpielowych, co zmroziło największych twardzieli – od rana było zimno i mokro, a niebo zasnuły ołowiane chmury. Obok hotelu w Craighouse znajduje się trawnik, na którym można rozbijać namioty. Widocznie nocował w nich szkocki oddział morsów, bo co najmniej dwoje ludzi naprawdę odbyło poranną kąpiel w lodowatym morzu, w strojach kąpielowych rodem z cieplejszych stref klimatycznych, bez pianki do pływania.

 

Destylarni, która znajduje się tuż obok i na którą mieliśmy przez cały czas widok z jachtu, nawet nie próbowaliśmy zwiedzać. Kiedy zacumowaliśmy, było już stanowczo za późno, kiedy żegnaliśmy się z naszą bojką, było za wcześnie. Przede wszystkim jednak, okazało się to w ogóle niemożliwe – destylarnia Isle of Jura była w tym czasie zamknięta na czas letniego przeglądu i drobnych remontów. Niezależnie więc od pory naszego przybycia, jej podwoje były zamknięte.

 

Na boi przed Caol Ila, w cieśninie Sound of Islay (po gaelicku Caol Ile). Za rufą mieliśmy widok na Paps of Jura.

 

To, co działo się po powrocie na pokład i wyruszeniu w morze, już raz opisywałem. Drugi raz nie chcę przez to przechodzić, nawet tylko we wspomnieniach. Zainteresowanych zapraszam na fanpage Murray McDavid Poland na Facebooku. Znajdziecie tam mrożący krew w żyłach opis wydarzeń tego dnia.

 

Wieczorem, kiedy było już po wszystkim, kiedy już żołądki mieliśmy wypełnione złowionymi przez Tomka rdzawcami (krewny dorsza, do złapania w dowolnych ilościach w cieśninie Sound of Islay, z angielska zwany pollock) i znudziły się nam żarty, że we are Polacks catching pollocks, usiedliśmy ponownie do stołu. Tym razem pojawiła się na nim inna whisky mieszana ze stajni Murray McDavid, mianowicie Ordha Meas 2003 12yo, whisky słodowa mieszana (blended malt) Coinnich 1995 20yo i ciekawostka, whisky zbożowa, single grain Loch Lomond 1996 18yo.

 

Popołudniowe Polaków rozmowy - na pokładzie naszej Ayla, w cieśninie Sound of Islay, z widokiem na Caol Ila.

 

Ta pierwsza, 12-letnia Ordha Meas 2003 – podobnie jak smakowana dzień wcześniej Righ Seumas II 8yo – znowu zadziwiła złożonością i harmonią. W jej skład wchodzi m.in. Highland Park, Glenrothes i Glengoyne, a znaczna zawartość składników słodowych oraz długoletnie dojrzewanie w beczce po kupażu sprawiają, że akcenty miodowe, ciasteczkowe i waniliowe, wraz z nutkami owocowymi i zbożowymi układają się w doskonale zrównoważoną kompozycję, w której niemal śladu nie ma nieprzyjemnych zbożowych akcentów, tak charakterystycznych dla wielu blendów. Krótko mówiąc, dostarczyła nam wiele radości.

 

Następnie spróbowaliśmy whisky słodowej mieszanej – blendu zestawionego tylko i wyłącznie z destylatów słodowych – a mianowicie Coinnich 1995 20yo. Wchodzące w jej skład Highland Park i Laphroaig czynią z niej doskonały wybór każdego żeglarza, jak również szczura lądowego aspirującego do roli zdobywcy mórz. Nie da się nie zwrócić uwagi na delikatne, stonowane akcenty dymu torfowego w towarzystwie nutek owocowych, bogatego ciasta świątecznego i krówek. Świetnie spisała się jako uspokajacz skołatanych nerwów i odsyłacz żołądka z powrotem na właściwe miejsce.

 

Na Islay odwiedziliśmy destylarnię Ardbeg, gdzie zaangażowaliśmy się m.in. w napełnianie beczek świeżym destylatem.

 

Przyszedł wreszcie czas na ciekawostkę dla niejednego wielbiciela whisky, a mianowicie na trunek typu single grain – whisky zbożową, pochodzącą z jednej destylarni. Innymi słowy, whisky produkowaną na bazie zacieru złożonego tylko w części ze słodu jęczmiennego, a w większości z niesłodowanych ziaren różnego rodzaju zbóż, destylowaną w kolumnach rektyfikacyjnych. Etap dojrzewania, jego warunki i wymogi są w jej przypadku dokładnie takie same, jak w produkcji whisky słodowych, czyli leżakowanie w dębowych beczkach przez minimum 3 lata. W naszym przypadku była to Loch Lomond z 1996 roku, która w beczce po burbonie spędziła całe 18 lat. A właściwie w dwóch beczkach, gdyż zgodnie z przyjętymi przez Murray McDavid zasadami sztuki maturacji, końcowy etap dojrzewania miał miejsce w nowej, starannie wyselekcjonowanej beczce typu first-fill, również po burbonie.

 

Dla osób sceptycznie podchodzących do whisky mieszanej (czyli również dla piszącego te słowa), głównie przez nabytą pogardę dla whisky zbożowych, pierwsze zetknięcie z dobrą whisky zbożową potrafi być niemałym zaskoczeniem. No bo i mnóstwo akcentów wanilii, czysta zbożowość, kremowe uczucie na podniebieniu, a na dodatek zestaw świeżych, rześkich nutek cytrusowych i owoców. Coś niebywałego. Nasza butelka Loch Lomond 1996 18yo była jedną z pierwszych, które opróżniliśmy do sucha podczas tego rejsu. Nie tego pierwszego wieczoru, rzecz jasna.

 

Wieczorne dramowanie na pokładzie Ayla w Port Ellen, z udziałem sąsiadów z kei obok.

 

 

Dzień trzeci na morzu (ale i na lądzie)

 

Tego dnia mieliśmy umówione spotkanie w destylarni Ardbeg – ekskluzywne zwiedzanie, degustacja, lunch. Ciągle jednak byliśmy niebezpiecznie daleko od celu, a przecież absolutnie nie mogliśmy kazać gospodarzom na siebie czekać. A że kłopoty komunikacyjne (w Szkocji naprawdę ciężko bywa z dostępem nie tylko do internetu, ale nierzadko do zwykłej sieci telefonii komórkowej) uniemożliwiły kontakt i ewentualne próby zmiany terminu, nie pozostało nic innego, jak wstać o świcie, wcisnąć się w sztormiaki i ruszyć najkrótszą możliwą drogą do Ardbeg.

 

Cumę zdjęliśmy około 5:30 i ruszyliśmy na silniku. Deszcz ciągle mżył, niebo było zasnute chmurami, dzień zapowiadał się ponuro. Szczególnie, że nie zdążyliśmy tak na dobrą sprawę dojść do siebie po przygodach poprzedniego dnia, nie zdążyliśmy się wysuszyć, nie było jak nawet zjeść śniadania. Nawet widok destylarni Caol Ila, obok której byliśmy zacumowani od poprzedniego popołudnia, nie potrafił poprawić humorów.

 

Latarnia morska na Mull of Kintyre. Widok z pokładu naszej łódki, naturalnie.

 

Wszystko zmieniło się jednak już wkrótce. Chmury postanowiły usunąć się nieco z przydzielonego nam na ten dzień odcinka nieba, wyszło słońce, a gdzieś zza wystających z wody skał wyłoniła się grupka białych budynków. Na ścianie jednego z nich od strony morza widniał ogromny napis „Ardbeg”. Od zawsze, od chwili, kiedy pierwszy raz zbliżałem się – na pokładzie promu wtedy – do brzegów Islay, widok ten poprawia mi humor, niezależnie od pozostałych okoliczności.

 

Niestety, ze względu na wspomniane zdradzieckie skałki, wystające dość licznie z morza w tej okolicy, dopłynięcie pod samą Ardbeg wymaga dobrej znajomości okolicznych wód. Fajnie byłoby zejść z pokładu wprost do Ardbeg, jednak woleliśmy nie ryzykować, tym bardziej, że morze ciągle jeszcze nie było na tyle spokojne, by można było bez problemu manewrować. Zdecydowaliśmy się na rejs do Port Ellen i cumowanie w tamtejszej marinie.

 

Przed nami wyspa Sanda z przepięknie usytuowaną latarnią morską, a w odddali - Ailsa Craig.

 

Wkrótce po przybyciu i zjedzeniu śniadania (czas najwyższy!) przyjechał po nas samochód z destylarni. Ruszyliśmy do Ardbeg. Na miejscu przyjęto nas iście po królewsku – ekskluzywne zwiedzanie destylarni, wizyta w magazynie, szczodra degustacja w eleganckim saloniku, wreszcie lunch w Old Kiln Café, restauracji będącej częścią tutejszego Visitor Centre. Doskonała jagnięcina! Na pożegnanie dostaliśmy po butelce Ardbeg… Corryvreckan! I to z podpisem managera destylarni, Michaela Headsa.

 

W drodze powrotnej nie mogło się obyć bez wizyt w Lagavulin i Laphroaig, choć byli tacy, co resztę tego pięknego i słonecznego dnia spędzili susząc swoją kajutę i materace przesiąknięte morską wodą. Wieczorem na degustację whisky Murray McDavid zaprosiliśmy sympatyczną parę żeglarzy z sąsiedniej kei. Bunnahabhain 1978 36yo im również przypadła do gustu. A gdy w trakcie rozmowy okazało się, że mamy wspólnych znajomych, oraz że świat whisky słodowej nie jest im tak znowu obcy – mieszkają niedaleko Bladnoch – byliśmy w domu. Wiadomo było przynajmniej skąd nić porozumienia od samego początku spotkania.

 

Latarnia na wyspie Sanda z bliska. Mało kto ogląda ją z tej perspektywy.

 

 

Dzień czwarty na morzu

 

Analiza prognozy pogody na najbliższe dni kazała nam przemyśleć zmianę planów dotyczących kolejnych etapów naszego rejsu. Początkowo planowaliśmy udać się na północ i opłynąć od zachodu wyspę Mull, po czym wrócić w stronę Oban cieśniną Sound of Mull, mając po lewej burcie półwysep Morvern, a po prawej – północno-zachodnie wybrzeże Mull. Potem mieliśmy skierować się na południe i udać w stronę Ardfern, macierzystej mariny naszej łódki, gdzie rejs miał się zakończyć. Po drodze chcieliśmy zaliczyć wyspę Ionę, przynajmniej z daleka zobaczyć słynne bazaltowe kolumny na wyspie Staffa, a mijając Tobermory, wpaść z wizytą do destylarni i porozkoszować się świeżymi przegrzebkami na miejscowym molo. Prognoza jednak wskazywała, że każdy ruch na północ przybliżałby nas do paskudnej, sztormowej pogody. A że w pamięci ciągle mieliśmy przygody dnia drugiego, zdecydowaliśmy się na inną, nie mniej ciekawą trasę.

 

Płyniemy na południe, w stronę południowego krańca półwyspu Kintyre, planujemy opłynąć półwysep dookoła i spędzić noc w marinie w Campbeltown. Tak, to samo Campbeltown, które wciąż – mimo istnienia tylko trzech destylarni – szczyci się statusem regionu produkcji whisky, Campbeltown będące domem dla Springbank, Glen Scotia i Glengyle. Biorąc pod uwagę fakt, że w nowej ofercie Murray McDavid znajduje się doskonała Springbank 1993 23yo, cel obrany dla tego etapu podróży był ze wszech miar właściwy.

 

Ogorzały jak prawdziwy wilk morski - Wasz reporter wznosi toast na spokojnych wodach u południowych brzegów wyspy Sanda.

 

A dzień był wymarzony na żeglowanie! Świeciło słońce, niebo rozpogodziło się do czystego błękitu, a po niebie szybowały głuptaki, raz po raz wbijając się bezlitośnie w powierzchnię wody, polując na ryby. Głuptaki, wbrew swojej durnowatej nazwie, to piękne i bardzo ciekawe ptaki morskie, nie tak często spotykane, nawet u wybrzeży Szkocji. Tym bardziej cieszyłem się z możliwości fotograficznego polowania, które sobie urządziłem.

 

Kiedy dotarliśmy na południe od wyspy Sanda, skąd z zupełnie niespotykanej perspektywy mogliśmy podziwiać znajdującą się na niej latarnię morską, do celu podróży na ten dzień mieliśmy już zupełnie niedaleko, a daleko za sobą spowalniający nas prąd morski, przyszedł czas na małe świętowanie na pokładzie. Pojawiła się znowu whisky – w umiarkowanych jednakowoż ilościach – i chwila totalnego relaksu. Świadomość, że poza żeglarzami nikt nie ogląda niezwykle malowniczej wyspy z tej strony, być może nawet mało kto wie, jak ukształtowane są skały, na których wznosi się latarnia morska – w połączeniu z okolicznościami pogodowymi sprawiła, że moment ten wydał się nam wszystkim niezwykle szczególny.

 

Na horyzoncie pojawiła się też Aisla Craig, wyspa od której nazwę wzięła najnowsza destylarnia William Grant & Sons, Ailsa Bay. Wyraźnie widać też już było Arran, jej południowe wybrzeże. Widok na Arran – coraz to bliższy – towarzyszył nam jeszcze długo. O wyspie mówi się, że stanowi Szkocję w pigułce. I chyba tak jest rzeczywiście, bo Arran stanowi niesłychanie szykowny widok – góry, wrzosowiska, malownicze doliny, piaszczyste plaże. My jednak robimy wreszcie zwrot w lewo i już tylko na silniku docieramy wreszcie do mariny w Campbeltown. Cumowanie, podłączenie do mediów, kolacja. Acha, wszystko, co było mokre jeszcze poprzedniego dnia, jest już suche. Lokator zalanej kajuty jest znowu szczęśliwy.

 

W promieniach zachodzącego słońca wznosiliśmy toast po przybiciu do mariny w Campbeltown.

 

 

Dzień piąty na morzu (w destylarniach i w kanale)

 

W marinie w Campbeltown powitał nas kolejny słoneczny dzień. Zaczęliśmy go więc, jak na wilków morskich przystało, ruszając na ląd. Prosto do destylarni, rzecz jasna. Kilka minut przed dziesiątą zameldowaliśmy się w sklepie Cadenhead’s, gdzie kupiliśmy bilety na zwiedzanie Springbank i Glengyle, po czym niemal truchtem do Springbank. Nie żeby było jakoś daleko, ale nie chcieliśmy, by ktokolwiek na nas musiał czekać.

 

W Springbank akurat w remoncie jest słodownia, więc zwiedzanie okrojone było o ten fragment procesu produkcji. Również reszta destylarni właśnie w czasie naszej wizyty nie pracowała. Jeśli chodzi o wrażenia produkcyjne, nadrobiła je usytuowana nieopodal Glengyle, należąca do tych samych właścicieli, co Springbank. Dla porządku warto dodać, że alembiki działające w Glengyle przywiezione tu zostały z nieczynnej już destylarni Ben Wyvis – w Szkocji nic nie ma prawa się zmarnować!

 

W Campbeltown zwiedziliśmy Springbank (już wkrótce w nowej ofercie Murray McDavid) i Glengyle. W tej drugiej trafiliśmy na czyszczenie jednej z kadzi fermentacyjnych.

 

Ktoś sobie wyobraża co się dzieje, jeśli pójdzie się na zwiedzanie dwóch destylarni z samego rana, na czczo, a dopiero po kończącej zwiedzanie degustacji idzie się na śniadanie? W przypadku człowieka, który do tych destylarni zszedł prosto z pokładu jachtu – nic. Świat w dalszym ciągu się chwieje, nawet jeśli się już jest na stałym lądzie!

 

Po prawdziwym szkockim śniadaniu (jajka, bekon, haggis, black pudding, fasolka) w jednej z miejscowych jadłodajni wróciliśmy na jacht i wkrótce wyruszyliśmy znów w morze. Teraz żeglowaliśmy już dość monotonnie, wodami rozciągającymi się pomiędzy południowo-wschodnim wybrzeżem Kintyre, a wyspą Arran. W pewnym momencie wyraźnie widać było ruiny zamku Lochranza, stojące na brzegu wyspy, a w tle charakterystyczny kształt dachu jednego z budynków destylarni Arran. Nasz kurs przecinał wówczas prom podążający z Claonaig na Kintyre właśnie do Lochranza na Arran. Destylarnia Arran nie była jednak jednym z naszych celów tego dnia. My płynęliśmy dalej wzdłuż wschodniego wybrzeża Kintyre. Celem naszym było przejście pierwszej śluzy na kanale Crinan jeszcze tego dnia i zacumowanie na spokojnych wodach kanału.

 

Po opuszczeniu Campbeltown najpierw obraliśmy kurs wprost na wyspę Arran.

 

Crinan Canal przecina półwysep Kintyre, łącząc miejscowość Ardrishaig, położoną nad zatoką Loch Gilp po wschodniej stronie półwyspu, z Crinan znajdującym się nad cieśniną Sound of Jura. Pozwala na stosunkowo łatwą, szybką i bezpieczną nawigację z jednego akwenu na drugi bez konieczności opływania dookoła półwyspu Kintyre. Pozwala na oszczędność czasu, ale też nie zmusza żeglarzy do zmagania się z prądami morskimi w pobliżu Mull of Kintyre, ani z kapryśną pogodą panującą na otwartym morzu. Ma 14 kilometrów długości, a po drodze do przebycia jest 14 śluz, w większości otwieranych i zamykanych ręcznie przez samych użytkowników kanału. Naszym celem było dostać się tego dnia przynajmniej za pierwszą śluzę.

 

Kiedy dotarliśmy do kanału, było już na tyle późno, że nie udało się nigdzie namierzyć nikogo z obsługi śluzy a znajdujące się nieopodal biuro zarządu kanału zamknięte było na głucho. Przycumowaliśmy więc w pierwszej śluzie i pogodziliśmy się z faktem, że przyjdzie nam spędzić noc w tak mało malowniczym – dla odmiany – miejscu. Nie obyło się bez wieczornej degustacji, jednak tym razem na stole królowały inne whisky, przywiezione przez uczestników wyprawy, a także rumy i koniaki. Nie wiem jak bardzo, ale niektóre głowy bez wątpienia bolały następnego dnia rano.

 

Szarym porankiem wypływamy z pierwszej śluzy na canale Crinan. Właśnie przed nami uchyla się most, stanowiący część drogi wiodącej z Lochgilphead do Campbeltown.

 

 

Dzień szósty na morzu, jednak w większości na kanale

 

Dzień szósty okazał się ostatnim dniem naszej żeglugi. Mieliśmy do wyboru – albo jeszcze przed zachodem słońca zameldować się w marinie w Ardfern, albo ryzykować, że ostatni, siódmy dzień żeglugi w dużej mierze przypominał będzie dzień drugi – z ogromnymi falami, porywistym wiatrem i deszczem. Wybraliśmy lenistwo w marinie i przygotowania do powrotu. Jak się później okazało, był to dobry wybór.

 

Tymczasem świt zastał nas w pierwszej śluzie Crinan Canal. Około godziny ósmej pojawiła się obsługa śluzy i już wkrótce zamknęły się za nami wrota, a poziom wody zaczął się podnosić. Wkrótce zamknięto ruch na przebiegającej tuż obok drodze wiodącej do Campbeltown i uchylono most, by umożliwić nam żeglugę w górę kanału. Co ciekawe, w historii moich przygód ze Szkocją przejeżdżałem przez ten most dziesiątki razy – i nigdy nie przyszło mi do głowy przyjrzeć się, co też znajduje się po obu jego stronach. Kolejny przykład jak rejs jachtem otworzył zupełnie inną perspektywę, zapewnił zupełnie inny punkt widzenia na znane skądinąd miejsca.

 

Wraz z poziomem wody, unosimy się w kolejnej śluzie na Crinan Canal.

 

A skoro o innej perspektywie mowa – kanał Crinan na dość długim odcinku biegnie równolegle do brzegu zatoki Loch Gilp. Tej samej, na krańcu której znajduje się miejscowość Lochgilphead (bo to przecież Loch-Gilp-head). Poziom wody w kanale jest jednak wyższy z każdą przebytą śluzą. Daje to niesamowitą perspektywę na wody zatoki (lub odsłonięte przez odpływ jej mało malownicze dno) z poziomu wyższego o kilka lub nawet kilkanaście metrów. A przecież ciągle znajdujemy się na pokładzie jachtu! A jak się zdziwiłem, gdy z góry zobaczyłem moje ulubione rondo w Lochgilphead. To rondo, na którym trzeba się zdecydować, jadąc wzdłuż zachodniego wybrzeża Szkocji, czy chcemy jechać do Oban, czy do Campbeltown. Kiedyś, kilkanaście lat temu, podczas pierwszej wyprawy do Szkocji – pierwszy drogowskaz, który kazał mi wybrać jedną spośród dwóch whisky. Wtedy wybrałem drogę do Campbeltown, bo to również droga wiodąca do przystani promowej w Kennacraig, skąd płynie się promem na Islay. Tym razem opłynąłem – wcale nie promem – zarówno Islay, jak i Jurę i Campbeltown. A i o Lochgilphead w pewnym sensie zahaczyłem.

 

Jako się rzekło, Crinan Canal to 14 śluz, z których większość oznacza wspinanie się w górę, metr po metrze. Śluzy te trzeba sobie samemu otwierać i zamykać, co czasami wymaga niemałej siły – te ogromne wrota muszą zostać rozsunięte przed jachtem tylko i wyłącznie siłą naszych mięśni. Pierwsze dwie-trzy to czysta zabawa. Kolejne to już tylko żmudna rutyna, bieganie z jednego brzegu na drugi, by przynieść korbę do otwierania śluz, machanie tą korbą raz w jedną, raz w drugą stronę, wreszcie zapieranie się nogami w grunt, by przepchnąć ogromne, drewniane ramiona otwierające bądź zamykające wrota śluzy. I jeszcze raz, i kolejny.

 

Jeszcze jedna śluza na Crinan Canal za nami. Teraz już z górki.

 

Kiedy dotarliśmy wreszcie do Crinan i stanęliśmy przed dwoma ostatnimi śluzami – te były już otwierane i zamykane mechanicznie – trzeba było podjąć strategiczną decyzję co z resztą tego dnia i całym kolejnym. Uzyskana na miejscu prognoza pogody nie pozostawiała wielkiego wyboru – następnego dnia groziła nam plucha i wiatr, stan morza bliski sztormu. Przebyliśmy więc ostatnie dwie śluzy, wypłynęliśmy z powrotem na morze, gdzieś na wschód od północno-wschodniego krańca wyspy Jura, na wody zatoki Loch Craignish, i postawiliśmy żagle. Ostatni raz podczas tej wyprawy daliśmy im pooddychać szkockim wiatrem. Byliśmy znowu niedaleko osławionej cieśniny Gulf of Corryvreckan i złowieszczego – podobno – wiru morskiego, jednak tym razem widok na nią przesłaniał nam ląd, półwysep Craignish i kilka pomniejszych wysepek, stanowiących jego przedłużenie. Zresztą, nie spieszyło się nam już do żadnych wirów morskich, a nawet na otwarte morze. Płynęliśmy spokojnie w kierunku mariny, a wokół nas powoli kończył się kolejny piękny dzień.

 

Dalej już było dość prozaicznie. Dotarliśmy do Ardfern, znaleźliśmy swoją keję, przycumowaliśmy łódź, podłączyliśmy się do mediów. No i wypiliśmy „za cudowne ocalenie”. Tym razem pierwsze skrzypce w naszych kieliszkach grały armaniaki, które przez cały rejs woziliśmy ze sobą, a które zapewnił główny organizator imprezy, Tomek. Ten od Miler Spirits na Podgórnej w Poznaniu.

 

Już w Ardfern, przy macierzystej kei naszej Ayla. Świętujemy pod pokładem.

 

Ostatni dzień musiał być leniwy. W okolicach pory lunchu w strugach deszczu wybraliśmy się na śniadanie w pobliskiej kafejce. Dowiedzieliśmy się o połączenia autobusowe z Oban, dokąd wybraliśmy się po południu. Tam przypomnieliśmy sobie smak owoców morza serwowanych w Oban Seafood Hut (niezmiennie pyszne), zajrzeliśmy do The Oban Inn. Po powrocie do Ardfern, przywiezione 5 kg małży zamienione zostało przez naszego skipera w doskonałe danie, którym zakończyliśmy dzień.

 

Pozostało nam zdanie łódki, transfer do Glasgow, intensywne suszenie przemoczonego dobytku w jednym z hoteli, a na drugi dzień lot do domów. Aż uwierzyć trudno, że to wszystko tak szybko się skończyło. Ba, uwierzyć trudno, że to w ogóle się wydarzyło! Now back to reality…

 

Whisky Murray McDavid pomogły nam przetrwać trudy wyprawy. Jesteśmy zobowiązani.

Ostatnie wiadomości

W galeriach...