Z Murray McDavid po Szkocji (cz. 10)

...

W poprzednich odcinkach:

Przylot, pierwsza destylarnia [cz. 1]

Campbeltown [cz. 2]

Południowa część Islay [cz. 3]

Reszta Islay i Jura [cz. 4]

Oban i Fort William [cz. 5]

Ben Nevis i Mull [cz. 6]

Glenfinnan i Skye [cz. 7]

Północny zachód i północ [cz. 8]

Orkady [cz. 9]

 

Zgodnie z planem, zaraz po obfitym śniadaniu ruszam nad Scapa Flow. Tym razem jednak nie po to, żeby napawać się widokami zardzewiałych wraków, wystających z wody, lecz by zajrzeć do destylarni Scapa. Mam do niej niemały sentyment – odkryłem jej istnienie stosunkowo wcześnie, pierwsza butelka Scapa pojawiła się u mnie wcześniej niż Macallan czy Laphroaig, i mimo iż była to najbardziej podstawowa 12-latka, jej zawartość kazała się zastanowić nad fenomenem lokalizacji destylarni. Nie dlatego, że wyczuwałem w niej morskie akcenty, czy też miejscowy, orkadyjski torf. Nie, nie, za cienki na to wówczas byłem. Bardziej zastanawiała mnie nieporównanie większa popularność sąsiedniej Highland Park, pomimo że jakiejś przepaści jakościowej między najbardziej podstawowymi produktami obydwu destylarni zwyczajnie nie dostrzegałem. Owszem, Highland Park 12yo wydawała się bardziej złożona, bardziej szlachetna, działo się w niej więcej. Jednak nie było tego na tyle więcej, by uzasadnić różnicę w popularności obu whisky. Wówczas uznałem, że Highland Park zwyczajnie bazuje na fakcie, iż jest najbardziej na północ wysuniętą destylarnią, co wykorzystywane jest do bólu przez dział marketingu. I nie mogłem się nadziwić ile potrafi znaczyć te kilkaset metrów. Bo o ile Highland Park i Scapę dzieli nieco więcej niż wspomniane kilkaset metrów, to w kategoriach szerokości geograficznej, Scapa znajduje się tylko około 500 metrów bardziej na południe.

 

Scapa Flow i destylarnia Scapa

 

Wrażeniami ze zwiedzania destylarni nie podzielę się. Kiedy byłem tam ostatni raz, Scapa zamknięta była na głucho, a ustawiona przy wjeździe na jej teren tabliczka nie pozostawiała wątpliwości – Scapy się nie zwiedza. Od tamtej pory sporo się w tej kwestii zmieniło, jednak to wiem tylko z opowieści i doniesień medialnych. Na własnej skórze nie doświadczyłem jeszcze tamtejszej gościnności. Co więcej, w przypadku wielu szkockich destylarni, w których nie przewidziano możliwości zwiedzania, można często spróbować przynajmniej zajrzeć do środka, wściubić nos do któregoś z pomieszczeń, może nawet pstryknąć fotkę. Kiedy byłem w Scapa, destylarnia była zamknięta na cztery spusty. Wszelkie próby złapania za klamkę którychkolwiek z drzwi kończyły się niepowodzeniem. A szkoda. Pozostał mi spacer po pięknej, piaszczystej plaży, ciągnącej się wzdłuż tej części wybrzeża Scapa Flow, powrót do samochodu i… więcej czasu na lunch w Kirkwall. Potem już tylko podróż znaną mi już drogą – tą wiodącą częściowo po groblach usypanych tu przez Churchilla – i czekam na mój kosmiczny prom, który zabierze mnie z powrotem na stały ląd.

 

W drodze z przystani w Gill’s Bay dość obojętnie mijam John o’Groats. Być może nie wszyscy wiedzą – John o’Groats cieszy się sławą punktu końcowego najdłuższej trasy turystycznej, możliwej do poprowadzenia po stałym lądzie w Wielkiej Brytanii. Albo początkowym, jak kto woli. Drugi koniec stanowi cypel Land’s End w Kornwalii, na południowo-zachodnim krańcu Anglii. Kiedy byłem tu po raz pierwszy, w oczy rzucił mi się niczym nie uzasadniony tłok oraz fakt, że nawet za toaletę trzeba było tu płacić. A poza słupem z drogowskazami podającymi odległości do różnych miejsc w Wielkiej Brytanii i na świecie, zwijanym po godzinach przez miejscowego fotografa, by nikt za darmo się przy nim nie fotografował, nie było tam nic, co wskazywałoby na szczególne znaczenie tego miejsca. Od tamtej pory ostentacyjnie ignoruję istnienie John o’Groats za każdym razem, gdy nadarzy się ku temu okazja. Tak jest i tym razem.

 

Destylarnia Scapa

 

Jest jednak w okolicy pewien punkt na mapie Szkocji, który odwiedzam za każdym razem, gdy jestem w okolicach najdalszej północy. Mowa o Duncansby Head, cyplu na północno-wschodnim krańcu stałego lądu. Znajduje się tu latarnia morska, ale przede wszystkim niebywale malownicze klify wystające z morza skały. Nie ma tu, co prawda, takiej iglicy, jak Old Man of Hoy na Orkadach, ale Stacks of Duncansby z pewnością wystarczą każdemu amatorowi zapierających dech w piersiach widoków. Tym bardziej, że już teraz im bardziej na południe, tym o takie widokowe zapieranie tchu będzie coraz trudniej. Góry szkockich Highlands będą już widoczne tylko z oddali. Przynajmniej do momentu, gdy dotrzemy do Speyside i wybierzemy się w góry Cairngorms.

 

W okolicach Duncansby Head, na okolicznych klifach czai się jeszcze jedna atrakcja – maskonury! Co prawda, coraz trudniej natknąć się na te sympatyczne ptaszki o wielkich, jaskrawo-pomarańczowych dziobach, a ich liczebność uzależniona jest od pory roku, to jednak warto spróbować ich poszukać. Któregoś razu, gdy byłem w okolicy, nie było problemu podejść do nich na dosłownie kilka metrów. Innym razem nie spotkałem tu ani jednego maskonura. Tak czy inaczej, spotkanie z nimi to zawsze powód do radości. A że jakimś dziwnym trafem, gdy maskonurów jest dużo i można je łatwo podejść, nie mam przy sobie aparatu, punktem honoru stało się ustrzelenie pięknego portretu maskonura. Z bliska. A najlepiej w locie, z porcją ryb w dziobie. Nigdy nie zapomnę pewnego wyjazdu na Orkady, kiedy to w drodze powrotnej zatrzymaliśmy na Duncansby Head, a ja wyruszyłem na klify z aparatem. Ułożyłem się na półce skalnej, jakieś sto metrów nad białymi bałwanami wody rozbijającej się o podnóże skały. Dość szybko odkryłem, że miejsce, w którym leżę, jest z jakiegoś powodu ulubioną półką skalną pewnego maskonura. Poznałem po tym, jak ptaszek kilka razy, w odstępach kilkuminutowych, pojawił się w powietrzu, kierując się wprost na mnie. A kiedy po raz kolejny odkrywał, że jego miejsce jest ciągle zajęte, zmieniał kurs i odlatywał. No i jak już wiedziałem, że za chwilę po mojej prawej w powietrzu pojawi się ów maskonur, że wystarczy ustawić aparat, wycelować długi obiektyw i czekać… zadzwonił mi w kieszeni telefon. Moi koledzy niecierpliwili się, że nam w Glenmorangie destylarnię zamkną zanim tam dotrzemy. Kiedy odbierałem telefon, niemal koło nosa przeleciał mi „mój” maskonur. Zdjęcia nie zrobiłem, ale do Glenmorangie ostatecznie zdążyliśmy. Na kilka minut przed zamknięciem.

 

Podczas mojej ostatniej wizyty na Orkadach Scapa jeszcze nie chciała widzieć u siebie zwiedzających.

 

Nie Glenmorangie jednak jest pierwszą destylarnią, na którą przyjdzie się nam natknąć podczas podróży na południe, wzdłuż szkockiego wybrzeża Morza Północnego. A w podróż tę czas najwyższy wyruszyć wreszcie.

 

Każdy, kto jechał opisywaną dotąd trasą i wjechał na odcinek wiodący na południe z John o’Groats, doświadczył tego dziwnego uczucia, kiedy to z minuty na minutę dzikie pustkowia północnych Highlands stają się tylko wspomnieniem, a na drodze niepostrzeżenie, zupełnie nie wiadomo skąd, pojawia się coraz więcej samochodów, robi się coraz bardziej tłoczno. Nie jest to miłe uczucie, bynajmniej. Od pewnego momentu przynajmniej widać morze. A za morzem majaczy jakiś ląd. Gdyby ktoś się zastanawiał na co patrzy – patrzy, z grubsza rzecz biorąc, na Speyside. Co prawda, trzeba przejechać jeszcze ponad sto kilometrów, ale tak, ten ląd momentami wyglądający jak na wyciągnięcie ręki, to właśnie okolice Elgin, Buckie, Banff. Przed nami jednak najpierw Wick.

 

Stacks of Duncansby - północno-wschodni kraniec stałego lądu w Szkocji.

 

Wick, miasteczko znane z najkrótszej ulicy świata oraz faktu, że przez okres dłuższy niż w USA obowiązywała tu niegdyś lokalna prohibicja – mimo funkcjonującej tu destylarni whisky – mnie jakoś niezmiennie kojarzy się z wyżerką na tutejszym polu namiotowym, kilkoma angielskimi motocyklistami i ciastem bożonarodzeniowym.

 

Tej wyżerki chyba tłumaczyć nie trzeba. Odbywałem niegdyś podróż podobną do opisywanej dotąd (od pierwszego odcinka), więc po kilku dniach spędzonych na zachodzie i północy, przyjazd do metropolii, jaką się w tej sytuacji jawi Wick, musiał oznaczać wielkie zakupy i nadrabianie zaległości dotyczących wszelkich zachcianek, których zaspokojenie było niemożliwe przez poprzednie dwa tygodnie. Wino, sery, owoce, słodycze. Nawet najtańsze kieliszki do wina specjalnie na tę okazję kupiliśmy w miejscowym Tesco. Znajomym w Edynburgu podobno do dziś służą. Bo przecież do domu ich nie zabraliśmy. No i na tej szerokości geograficznej ciągle jeszcze nie było problemów ze znalezieniem miejsca na polu namiotowym. Dwa tygodnie później, w Fife, już nie było to takie oczywiste. A i pogoda dopisała, midżów za bardzo nie było – raj na ziemi.

 

Foka szara napotkana w okolicach Duncansby Head.

 

Innym razem, kiedy wędrowałem z grupką znajomych w przeciwnym kierunku, na północ, zatrzymaliśmy się w Wick, by coś zjeść w którymś z lokalnych pubów. A że był to czas futbolowych mistrzostw świata w 2010, akurat tego dnia miał odbyć się mecz Anglia-Niemcy, 1/8 finału. Znając sympatię, jaką swoich południowych sąsiadów darzą Szkoci, od chwili przybycia do Szkocji pytaliśmy ludzi komu będą kibicować. Nikt nawet się nie zająknął, nawet chwilę nie musiał zastanawiać – tym razem poparcie Szkotów mieli Niemcy. A na Wyspach mecze ogląda się wspólnie, w pubach. Szykowała się nie lada gratka. Jednak nawet nie wiedzieliśmy jaka…

 

Przed pubem, który sobie upatrzyliśmy, stało zaparkowanych kilka motocykli. Symbole, jakimi były ozdobione, nie pozostawiały wątpliwości – w środku siedzi kilku angielskich kibiców. Ostentacyjnie angielscy kibice w Szkocji. Toż już samo to wołało o zdrowe bęcki. Jako osoby niezaangażowane w spór, grzecznie zajęliśmy wolny stolik, złożyliśmy zamówienia i czekaliśmy jak się sytuacja rozwinie. Anglicy skupili się pod największym ekranem telewizyjnym w pubie i nie zwracali zupełnie uwagi na reakcje pozostałych uczestników tej sportowej uczty. Bo Szkotom przyznać trzeba – nie działo się nic, co w jakikolwiek sposób mogłoby być kojarzone z wyrażaniem niechęci wobec Anglików i angielskiej drużyny. Gościnność jest tu wartością świętą. Jednak dzika radość, jaka wybuchała w pubie przy każdym z czterech goli zdobytych przez dzielnych Germanów, sprawiała, że nasi Anglicy stawali się coraz mniejsi i mniejsi. I już pod koniec meczu prawie ich nie było widać pod tym ogromnym telewizorem. Gwoli ścisłości, Anglicy też wbili jednego. W pubie zapadła wtedy cisza. Tym wyraźniej słychać było radość tej garstki w skórzanych, motocyklowych kurtkach. Aż echem się niosła w grobowej ciszy pubu. Kiedy sędzia odgwizdał koniec meczu, panowie motocykliści w milczeniu wstali, nie oglądając się za siebie ruszyli do wyjścia i tyle ich widziano w okolicy. Aż mi żal się ich zrobiło.

 

Maskonury na klifach w okolicach Stacks of Duncansby.

 

No dobrze, darujmy sobie opowieści o cieście bożonarodzeniowym. Dłużej nie da się ukrywać, że w Wick funkcjonuje także destylarnia whisky. Pulteney, bo tak się nazywa zakład, jeszcze nie tak dawno szczycił się faktem, iż położona jest najbardziej na północ na stałym lądzie. To tak a’propos moich niedawnych dywagacji na temat marketingowego sukcesu Highland Park. Tytuł ten dość wrednie został wyrwany z rąk Pulteney przez uruchomioną w 2013 roku Wolfburn, położoną najdalej na północ, jak tylko się da. Lokalizacja destylarni przypomina nieco Oban – w przeciwieństwie do większości szkockich destylarni, Pulteney nie stanowi osobnego, zwartego kompleksu budynków, a wciśnięta jest w zabudowę miasteczka, co w dużej mierze ogranicza jej ekspansję i możliwości rozbudowy. Wytwarzana tu whisky butelkowana jest jako Old Pulteney i zbiera całkiem przyzwoite opinie. Zwiedzanie samej destylarni też należy do przyjemności – zobaczyć tu można przedziwny alembik, który nie mieścił się pod sufit, więc go przycięto. Najlepsza ilustracja tezy, że nie ma co słuchać marketingowych bredni o kształtach alembików, konieczności odtworzenia każdego wgłębienia i obicia podczas remontu, itp. A w miejscowym Visitor Centre można było sobie własnoręcznie nalać butelkę już ponad 10 lat temu. Pomysł zapożyczony później przez wiele innych gorzelni w całej Szkocji. No i przyzwoita, fachowa obsługa. Warto wpaść, jeśli komuś po drodze.

 

My tymczasem ruszamy dalej na południe. Nie dalej jak 10 kilometrów za Wick natykam się – dzięki zupełnie przypadkowej lekturze jakiegoś lokalnego pisemka na polu namiotowym w Wick – na miejsce, koło którego od tamtej pory jakoś nie potrafię przejechać obojętnie. Mowa o Whaligoe, miejscu niezwykłym. Whaligoe to wcięta w głąb lądu fiordowa zatoka, która służyła niegdyś lokalnym rybakom jako przystań i ochrona przed sztormami na Morzu Północnym. Na samym dole, tuż nad poziomem morza znajduje się tam swego rodzaju platforma, miejsce gdzie rybacy naprawiali swoje sieci, wyładowywali połów, odpoczywali przed kolejnym rejsem. Do tej platformy prowadzą kamienne schody wykute w skale. Kiedy byłem tam pierwszy raz, spotkałem człowieka, dobrego ducha tego miejsca, wnuka ostatniego z rybaków użytkujących to miejsce. Opowiedział mi – czy chciałem, czy nie – o historii tego miejsca, niezwykłych przygodach jego dziadka i innych rybaków, dniu codziennym Whaligoe jeszcze w latach pięćdziesiątych. Opowiadał mi jak to mężczyźni zajmowali się przygotowywaniem łodzi do wyruszenia na kolejny połów, podczas gdy kobiety – ich żony, siostry, matki – targały ryby w górę schodów, skąd odbierali je klienci. Niezwykłe miejsce, niezwykłe opowieści. W tej chwili u wejścia na owe schody funkcjonuje kawiarenka, gdzie można odsapnąć przed dalszą drogą.

 

Destylarnia Pulteney w Wick.

 

Jedziemy dalej. Poruszamy się w tej chwili ciągle główną drogą, biegnącą wzdłuż wybrzeża. I choć nie zawsze widać morze, to jak już je widać, po drugiej stronie coraz wyraźniej rysuje się wybrzeże Speyside. Do najbliższej destylarni zostało nam trochę ponad 50 kilometrów, odcinek wiodący niemal prostą drogą wzdłuż morza, po niemal płaskim terenie. Nudy. Całe szczęście, że kolejny punkt na mapie naszej podróży w zupełności – mamy nadzieję – wynagradza tę nieciekawą podróż. Destylarnia Clynelish. A właściwie to bardziej interesuje nas Brora, starsza siostra funkcjonującej obecnie Clynelish, destylarnia bez wątpienia legendarna, kultowa, wybitna.

 

Do destylarni zjeżdżamy z głównej drogi jeszcze zanim dotrzemy do miasteczka, od którego nazwę wzięła stara destylarnia. Clynelish/Brora są niemałą atrakcją turystyczną, więc w odpowiednim momencie w odpowiednią stronę pokierują nas brązowe drogowskazy. Takie, jakie w całej Wielkiej Brytanii wskazują drogę do zamków, muzeów, ciekawych miejsc. Często gdy czyta się o historii Clynelish i Brory, znaleźć można informację, że jedna destylarnia znajduje się przez ulicę od drugiej. Hmmm… Nie wiem kiedy ostatnio autorzy tych opisów byli w Brorze i rzeczywiście widzieli tę drogę. Tak naprawdę, obydwie destylarnie znajdują się w obrębie tego samego kompleksu, do którego prowadzi droga odchodząca od – nomen omen – Clynelish Road i kończąca się w gruncie rzeczy na parkingu Clynelish. Być może w chwili, gdy budowano nową Clynelish, czyli w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, było inaczej i droga ta miała swoją kontynuację po drugiej stronie ogrodzenia, a i samego ogrodzenia wówczas nie było. Jednak obecnie opis ten odstaje nieco od rzeczywistości. I to już tak odstaje co najmniej od czasów mojej pierwszej wizyty w tym miejscu w lecie 2000 roku.

 

Destylarnia Pulteney - jedna z pierwszych beczek do samodzielnego rozlewu. Fotografia z 2000 roku.

 

Historia obydwu destylarni opisana została wielokrotnie w setkach źródeł – i tych drukowanych i tych internetowych – więc nie ma sensu jej tu powtarzać. Warto jedynie pamiętać, że stara Brora nazywała się początkowo Clynelish, a nazwę jej zmieniono dopiero w latach siedemdziesiątych XX wieku. Do tego czasu obydwie destylarnie działały jako Clynelish, czasem tylko dla odróżnienia nazywane Clynelish i Clynelish 2. Co więcej, stara destylarnia, której budynki zachowały się w całkiem niezłym stanie do dziś, a tradycyjne magazyny dunnage wykorzystywane są w dalszym ciągu do leżakowania whisky z nowej destylarni, wcale nie wytwarzała „torfowego potwora,” z jakim jest dzisiaj kojarzona. Zanim pojawiła się taka potrzeba, stara Clynelish produkowała whisky o umiarkowanej, wręcz niskiej torfowości. To dopiero kryzys w gospodarce wodnej na Islay z roku 1968 wymusił ponowne uruchomienie starej destylarni i podjęcie prób destylacji whisky na bazie wysoko torfowego, dymnego słodu na potrzeby zestawiania blendów. Zaopatrująca blenderów w taką whisky Port Ellen zwyczajnie musiała ograniczyć produkcję ze względu na brak wody. Później Brora jeszcze przez ponad dekadę działała jako swego rodzaju destylarnia zapasowa, produkując taką whisky, jakiej brak aktualnie zgłaszali blenderzy.

 

Kiedy ostatnio zwiedzałem Clynelish, a było to dość dawno, przewodniczka zgodziła się zabrać mnie – w drodze wyjątku, jak podkreślała – do budynku Brory. Było to ciekawe doświadczenie. Tak byłem podekscytowany, że nie zauważyłem przez jak niskie drzwi przychodzi mi przechodzić. No i walnąłem łbem we framugę tak mocno, że zobaczyłem wszystkie konstelacje niebieskie. I omal przyprawiłem przewodniczkę o zawał – tylko tego jej brakowało, żeby w miejscu, do którego nikogo nie powinna prowadzić, doszło do jakiegoś wypadku. Ach, te przepisy BHP… Słyszałem, że obecnie da się tam już wejść na legalu, że przewidziano taką opcję. Nie wiem, sprawdzę przy najbliższej okazji.

 

Schody w Whaligoe.

 

Z Clynelish ruszam dalej na południe. Teraz już nie pojadę daleko, nim dotrę do kolejnego przystanku. Nie będzie to, co prawda, destylarnia, ale już wkrótce whisky będzie tam wytwarzana. Przynajmniej takie są plany. Mowa o zamku Dunrobin, znajdującym się ledwie kilka kilometrów na południe od Brory, przy głównej drodze wiodącej na południe, tuż nad brzegiem morza. Tak, z jednej strony jest to doskonale zachowany, otwarty dla zwiedzających (choć nie w całości) XIX-wieczny zamek, jakby w całości przeniesiony z jakiejś baśni. Siedziba klanu Sutherland. Z drugiej, już niedługo w budynkach gospodarczych ma tutaj zostać uruchomiona niewielka destylarnia whisky, co z pewnością podniesie atrakcyjność turystyczność tego miejsca. A że właściciele zamierzają wytwarzać tutaj nie tylko whisky, ale również gin, nie trzeba będzie czekać aż trzech lat, by cieszyć się owocami działalności tutejszych gorzelników. Mnie, co prawda, urzekła tutejsza hodowla ptaków drapieżnych, ale to już co komu pasuje. Piękne miejsce, na pewno godne odwiedzenia. A że z trasy podróży zbaczać nie trzeba – wjazd na teren posiadłości znajduje się tuż przy A9, wiodącej z południa na północ – to i pewno specjalnie nikogo namawiać nie trzeba będzie.

 

Tymczasem w naszej podróży wśród atrakcji Szkocji zbliżamy się coraz bardziej do zagłębia whisky – regionu Speyside. Jeszcze tylko małe pod-zagłębie, obszar pomiędzy Dornoch i Inverness – i już wpadamy pomiędzy wszystkie osławione gleny, maki i mortlaki. Zanim jednak oszalejemy z nadmiaru atrakcji, parę perełek po drodze. Najpierw obowiązkowa wizyta w zamku w Dornoch. I właściwie nie chodzi tu o sam zamek – XVI-wieczne zamczysko na pierwszy rzut oka nie różni się zbytnio od innych tego typu budowli, rozsianych po całej Szkocji. Nam chodzi o coś innego.

 

Schody w Whaligoe raz jeszcze.

 

Na terenie zamku funkcjonuje całkiem przyjemny hotel. A hotel ów, oprócz faktu, że znajduje się w zamczysku i podobno straszy tu duch pewnego złodzieja owiec, hotel ten słynie z działającego tu baru. Prowadzony przez braci Thompson przybytek nagradzany był wielokrotnie  jako najlepszy lub jeden z najlepszych barów z whisky w Szkocji. Nie można się tutaj nie zatrzymać i nie sprawdzić osobiście. Tym bardziej, że regularnie organizowane są tu degustacje najbardziej wykwintnych i niezwykle rzadkich whisky. Ale to nie wszystko. Simon i Phil Thompson uznali, że samo polewanie whisky to nie jest szczyt ich marzeń i ambicji. O wiele większą frajdą musi być jej wytwarzanie. I tak zrodził się pomysł adaptacji jednego z budynków na terenie zamkowej posiadłości i uruchomienia w nim destylarni. I tak coś, co niegdyś było swego rodzaju remizą, od bardzo niedawna służy jako jedna z najmłodszych szkockich destylarni whisky. Aha, tu i ówdzie mówi się, że Simon i Phil to autorzy pewnego bardzo prześmiewczego bloga poświęconego whisky. Ale jak jest naprawdę, nawet oni sami nie wiedzą. Przynajmniej tak mówią.

 

Z zamku w Dornoch ruszam z powrotem do drogi A9, wiodącej na południe, do Inverness. Zanim jednak Inverness, ogromne brązowe drogowskazy informują mnie, że za parę kilometrów na trasie mojej wędrówki znajduje się wielka atrakcja turystyczna. Atrakcja ta nazywa się Glenmorangie Distillery, a znajduje się dwa kroki za mostem przez zatokę Dornoch Firth. Wystarczy na rondzie skręcić w lewo. Zresztą, odpowiednie drogowskazy – te brązowe – nie pozwolą zmylić drogi.

 

Ruiny zamku Keiss na północno-wschodnim wybrzeżu.

 

Kiedy pierwszy raz wjeżdżałem na parking destylarni Glenmorangie, a było to jeszcze w lecie 2000, wiedziałem że nie uda mi się załapać na żadne zwiedzanie. Wzbijając tumany kurzu na dopiero co uklepanym parkingu, wpadłem tam dosłownie na kilka minut przed godziną zamknięcia. Visitor Centre. A tak bardzo chciałem zobaczyć te słynne wysokie alembiki, co to swój rozmiar zawdzięczają – podobno – faktowi, że ich pierwsza wersja przerobiona była z alembików do produkcji ginu. Kiedy usunięto z wysokiej szyjki wszelkie zbędne elementy i rozpoczęto w nich destylację whisky, wkrótce okazało się, że nietypowo wysokie szyjki mają swoje dobre strony – destylowany w nich alkohol jest lekki i delikatny, gdyż tylko te najlżejsze związki są w stanie dotrzeć do zagięcia szyjki i ramieniem do skraplacza, a nie ulegają po drodze najzwyklejszej grawitacji, w przypadku alembików zwanej refluksem.

 

Tak więc, wpadłem do Visitor Centre, które wciąż tętniło życiem, prosto w ramiona (niemalże) jednej z przewodniczek. Załkałem nad losem człowieka, co to te cuda miedzianej metaloplastyki chciałby zobaczyć, dotknąć, pocałować – i życzenie moje zostało spełnione. Poprowadzono mnie prosto do hali alembików, która – notabene – znajduje się niemal wprost naprzeciwko pomieszczeń dla gości i pozwolono na wszelkie harce. Na przykład, takie z aparatem fotograficznym. Były to czasy jeszcze przed ofensywą okrutnych firm ubezpieczeniowych, które zabroniły fotografowania w najciekawszych miejscach destylarni ze względu na niebezpieczeństwo wzniecenia pożaru. Potem dostałem jeszcze do spróbowania dwóch lub trzech spośród promowanych wówczas pierwszych edycji Glenmorangie finiszowanej w beczkach po innych trunkach i byłem gotów ruszyć dalej. Ach, wtedy nazywały się one po prostu „sherry wood finish,” „port wood finish” i „madeira wood finish”. Czyli było to jeszcze przed nastaniem obecnych speców od marketingu.

 

Destylarnia Clynelish w Brora.

 

Byłem potem w Glenmorangie jeszcze kilka razy i zawsze – mimo pewnej niechęci do koncernów i wielkich producentów whisky – akurat tutaj czułem się dobrze, nigdy nie odczułem, że jestem piątym kołem u wozu, zawsze spotkałem się z przyjaznym, miłym przyjęciem. Czego o wielu destylarniach powiedzieć się nie da, niestety. Dlatego chętnie wybaczę im te wszystkie lasanty, sygnety i quinty rubany. Jako miejsce do odwiedzenia, destylarnia do zwiedzenia, Glenmorangie jest więcej niż tylko punktem do zaliczenia, gdy sobie człowiek nabija licznik odwiedzonych destylarni. Zdecydowanie. No i te alembiki naprawdę ładne.

 

Kiedy jechałem tu z zamku Dornoch, mostem przez zatokę Dornoch Firth (swoją drogą, sam most jest ogromnym rozczarowaniem; niby jest długi na prawie kilometr, z mapy zapowiada się ciekawa przeprawa, człowiek spodziewa się jakiejś kosmicznej konstrukcji, a w starciu z rzeczywistością okazuje się, że to po prostu droga została położona na krótkich, gęsto ustawionych filarach – i tyle), zaraz po dotarciu na drugi brzeg wpadłem na rondo, z którego skręciłem w lewo, na wschód, zgodnie ze wskazaniami brązowych drogowskazów, prosto do Glenmorangie. Gdybym jednak wówczas objechał to rondo dookoła i skręcił w prawo (tak, tak, w ruchu lewostronnym to właśnie skręcając na rondzie w prawo trzeba je objechać niemal dookoła), po przejechaniu kolejnych dwóch – mniej więcej – kilometrów w zasięgu mojego wzroku znalazłaby się kolejna pagoda. To Balblair, destylarnia znana szerokim rzeszom od chwili, gdy „wystąpiła” w filmie „Whisky dla aniołów” jako miejsce odnalezienia i licytacji pewnej beczki whisky Malt Mill. Kamienne budynki destylarni widać z daleka, gdy podróżuje się drogą A836, a potem skręci w prawo w miejscowości Edderton. Nie robią być może takiego wrażenia jak schludnie utrzymane i oślepiające bielą ścian budynki niektórych innych destylarni, jednak i tu warto zajrzeć i sprawdzić jak spisuje się tutejsze Visitor Centre, otwarte stosunkowo niedawno. Na tyle niedawno, że nie było o nim nawet mowy, kiedy byłem tu po raz ostatni parę lat temu.

 

Stara destylarnia Brora.

 

Wracam na główną trasę mojej wędrówki, czyli z powrotem do tego ronda na A9, z którego w lewo skręcało się do Glenmorangie, a w prawo do Balblair. Ponownie mijam Glenmorangie i lecę główną drogą na południe. Okolica jest coraz bardziej zabudowana, coraz więcej sygnałów mówi mi, że zbliżam się do coraz większych ośrodków cywilizacji. No i ruch na drodze jest coraz większy. Widoczne na horyzoncie z prawej strony góry wciąż nie pozwalają zapomnieć o urokach pustkowia północno-zachodnich Highlands, po lewej stronie od czasu do czasu widać morze, jednak to już nie ten klimat. Niekoniecznie gorszy, biorąc pod uwagę zagęszczenie destylarni, jakie jest przede mną, ale zdecydowanie inny.

 

A skoro mowa o destylarniach… Nie tak znowu daleko od Glenmorangie, też niemal przy głównej drodze, znajduje się kolejna z naszych ulubionych atrakcji – Dalmore. Tutaj też jakoś nie udało mi się nigdy zwiedzić zakładu, mimo iż Visitor Centre przyjmuje gości już od dość dawna. Zawsze albo byłem tu już po godzinach, albo nie miałem czasu, albo – i to najczęściej – destylarnia nie miała czasu dla mnie. Cóż, jakoś trzeba z tym żyć, a brak możliwości wejścia do destylarni rekompensują w pełni widoki na platformy wiertnicze i majaczące w oddali portowo-przemysłowe nabrzeża w Invergordon. Zresztą, być może nie wszyscy kojarzą nazwę miejscowości. W Invergordon znajduje się destylarnia whisky zbożowej i ogromny kompleks magazynów celnych, w których znaleźć można – podobno, bo wszystko zamknięte na cztery spusty i ukryte przed ciekawskim okiem zwiedzających – whisky ze wszystkich destylarni należących do grupy Whyte & Mackay, czyli Dalmore, Jura, Fettercairn i Tamnavulin. Plus zbożowa Invergordon, ma się rozumieć.

 

Jeden z dwóch alembików w Brora.

 

W tej samej miejscowości, co Dalmore, czyli w Alness, znajduje się jeszcze jedna, niezwykle ciekawa destylarnia. Założona w 1817, a więc bardzo dawno temu, Teaninich. Jedna to nie rok założenia sprawia, że jest to miejsce niezwykłe na gorzelnianej mapie Szkocji. Bynajmniej. Zakład wygląda bardzo nowocześnie i rzeczywiście jest stosunkowo młody, bo pochodzi z 1970 roku. A przynajmniej ta jego część, która aktualnie funkcjonuje. Do złudzenia przypomina ona Craigellachie, Royal Brackla, czy Caol Ila – destylarnie, których budynki pochodzą z tego samego okresu. Ze starego zakładu zostało już niewiele, a to co zostało, przysłonięte jest przez bielone budynki nowoczesnej Teaninich. Jednak nie o wygląd zewnętrzny chodzi. Kilkanaście lat temu w Teaninich zainstalowano pierwszy i jedyny jak dotąd w Szkocji filtr zacierny, urządzenie kompletnie eliminujące potrzebę funkcjonowania kadzi zaciernych i pozwalające na zacieranie słodu w procesie niemal ciągłym.

 

Niestety, w związku z tym, że Teaninich jest wołem roboczym wytwarzającym whisky niemal jedynie na potrzeby blendów, w niczyim interesie nie jest udostępnianie go do zwiedzania. Tak więc, poza pamiątkową fotką przy tablicy, lub w najlepszym razie gdzieś wśród śnieżnobiałych budynków, niewiele stąd wyniesiemy. Ale to nic, wkrótce przed nami prawdziwe morze destylarni, ocean wręcz.

 

Destylarnia Glenmorangie.

 

Tymczasem jadę dalej na południe. Przejeżdżając przez Evanton tylko wzdragam się na wspomnienie pewnego noclegu pod namiotem nad Loch Glass, jeziorem znajdującym się kilka kilometrów od tej miejscowości w głąb lądu, w stronę gór. Niegdyś, podczas któregoś z objazdów Szkocji, wymyśliłem sobie, że fajnie będzie rozbić namiot nad jeziorem, wrócić do klimatów górskich, poczuć znowu w płucach powietrze prawdziwych, nieskażonych Highlands. Skończyło się to jedną ze smutniejszych potyczek z midżami. Przegraną, naturalnie. Wtedy to przekonałem się, że nawet palenie ogniska i wystawanie w unoszącym się z paleniska dymie w niczym nie pomaga. Te cholerne małe potwory nic sobie z tego nie robią – łażą po człowieku, gryzą i mają się świetnie. Chyba już nigdy nie zapragnę ponownie zobaczyć Loch Glass.

 

Docieram do Dingwall. Na pierwszy rzut oka, nie ma tu nic ciekawego dla wielbiciela whisky. Ot, miasteczko jak każde inne. Jednak w Dingwall i okolicy warto poszukać śladów historii whisky. Warto poszukać wspominek po legendarnej destylarni Ferintosh, pierwszej legalnej destylarni w Szkocji, założonej w 1690 roku – gdzieś na posiadłości Ferintosh, po drugiej stronie zatoki Cromarty Firth. Tutaj akurat niewiele udało mi się znaleźć, a poszukiwanie informacji o Ferintosh bardzo często prowadzi do założonej w 1879 Glen Wyvis w Dingwall, która w 1893 przemianowana została na Ferintosh. Zamknięto ją w 1926.

 

Alembiki w Glenmorangie - najwyższe w Szkocji.

 

Co ciekawe, o tej pierwszej Ferintosh, której licencję na produkcję whisky odebrano w 1794 roku, a właściwie o jej likwidacji, wiersz napisał ni mniej ni więcej, a sam Robert Burns, jeden z najbardziej znanych szkockich poetów, autor chociażby słynnej pieśni „Auld Lang Syne” (znanej polskim harcerzom i nie tylko jako „Ogniska już dogasa blask”). W 1785 roku pisał „Thee, Ferintosh! O sadly lost! Scotland lament frae coast to coast!”

 

Jest miejsce w Dingwall, gdzie można dowiedzieć się wszystkiego o Ferintosh, Ben Wyvis i przyszłości szkockiego przemysłu turystyczno-lotniczo-gorzelniczego. Jest to budowana właśnie destylarni GlenWyvis, nawiązująca wprost do tradycji odpędu whisky u stóp góry Ben Wyvis i na półwyspie Black Isle. Tak przy okazji, jak „loch” nie zawsze musi oznaczać jezioro, tak „isle” to nie zawsze wyspa. Warto o tym pamiętać.

 

Oferta Glenmorangie w 2006 roku. Pierwsze masowo sprzedawane whisky typu "wood finish".

 

Jadę, a właściwie wspinam się pod górę w stronę miejsca budowy GlenWyvis. Jak łatwo się domyślić, to już nie są wspomnienia sprzed ponad dekady – w Dingwall byłem ostatnio pół roku temu. Kiedy dojeżdżam na miejsce, nie ma cienia wątpliwości, że dotarłem tu, gdzie chciałem dojechać. Rozwieszone tu i ówdzie bannery z logo destylarni, takie samo oznakowanie na drzwiach, zaparkowanym samochodzie – nie może być inaczej, jestem w GlenWyvis. Ale… nigdzie nie widać destylarni. Są zabudowania gospodarcze, na wybiegu pasą się alpaki, ale destylarni ani śladu. Po chwili dopiero dociera do mnie, że finansowana ze środków zebranych za pośrednictwem crowdfundingu destylarnia dopiero powstanie, a te rozkopy po prawej stronie, to miejsce, gdzie kiedyś będzie pędzona whisky. Swoją drogą, szacunek dla sprawności marketingowej młodych – jak się za chwilę okazuje – ludzi, stojących za tym projektem. Zanim tam przyjechałem, byłem pewien, że jeśli GlenWyvis jeszcze nie działa, to lada moment popłynie z jej alembików pierwszy destylat, a ja zobaczę na miejscu więcej niż tylko zniwelowaną działkę budowlaną. I trzy alpaki na wybiegu.

 

W trakcie rozmowy z inicjatorem budowy destylarni dowiaduję się wszystkiego, a przez teleskop wycelowany w okno znajdującego się na poddaszu eleganckiego baraku, i dalej w stronę Dingwall i Cromarty Firth, rozciągających się u stóp wzgórz, na których powstać ma GlenWyvis, wskazane zostają mi miejsca ważne – tu była Ben Wyvis (później Ferintosh), tam mniej więcej była prawdziwa, pierwsza Ferintosh, a ceny archiwalnych edycji Ben Wyvis są astronomiczne, a szkoda, bo jako eksponat w mającym powstać Visitor Centre byłyby jak znalazł. Nie przyznaję się, że sam przyczyniłem się niegdyś do osuszenia kilku butelek Ben Wyvis, nieśmiało napomykam, że jakby co, to alembiki z Ben Wyvis stoją i pracują w Glengyle w Campbeltown – sam widziałem! – więc może jakaś podmianka, zachwycam się projektami proekologicznych rozwiązań dla turystów odwiedzających Dingwal i GlenWyvis, odnotowuję fakt, że sprzedawany pod marką GlenWyvis gin wytwarzany jest na Szetlandach, dziękuję za spotkanie, żegnam się i uciekam.

 

Destylarnia Dalmore.

 

Kierując się w stronę Dingwall, a potem do kolejnej destylarni, nieco rozczarowany, szczerze mówiąc, robię sobie rachunek sumienia w myślach. Za projektem GlenWyvis Distillery ewidentnie nie stoi nikt, kto by znał się na whisky. Natomiast z całą pewnością wiedzą tam co chcą osiągnąć i nie mam cienia wątpliwości, że GlenWyvis, gdy już powstanie i otworzy swoje podwoje, będzie miejscem wartym odwiedzenia. A kto wie, może i jakiś znudzony korporacyjnym reżimem najwyższej klasy fachowiec się tam zatrudni nim pierwszy zacier pójdzie do fermentacji. Ja, w każdym razie, na pewno odwiedzę jeszcze to miejsce.

 

Tuż za rogatkami Dignwall docieram do ronda, z którego mógłbym pojechać w prawo, przejechać przez jedne z bardziej magicznych fragmentów Highlands i już wkrótce znowu znaleźć się na moim ukochanym zachodnim wybrzeżu, gdzieś w okolicach Ullapool. Kusząca perspektywa, tym bardziej, że w tym miejscu jest chyba najbliżej do tych dzikich Highlands, za którymi od jakiegoś czasu tak tęsknię. Mógłbym pojechać w lewo, tam gdzie drogowskaz pokazuje drogę na Inverness. Ja jednak wybieram trzecią opcję – jadę na wprost, w stronę miejscowości Muir of Ord. Droga, którą jadę, jest prosta, wspina się nieznacznie w górę, a w prześwitach między drzewami rosnącymi wzdłuż prawego pobocza czasem widać w oddali przepiękne góry. Te, przez które bym jechał, gdybym na rondzie wybrał opcję w prawo. Ja jednak ma do zaliczenia kolejną destylarnię.

 

Widok na zatokę Cromarty Firth sprzed destylarni Dalmore.

 

W Muir of Ord skręcam w prawo, zgodnie ze wskazaniem brązowego drogowskazu informującego mnie o lokalizacji destylarni i już wkrótce parkuję pod budynkami Glen Ord. Budynków jest tu sporo, a to głównie ze względu na fakt, że oprócz destylarni funkcjonuje tu ogromna słodownia, zaopatrująca w słód jęczmienny destylarnie należące do Diageo, choć pewno nie tylko.

 

Destylarnię Glen Ord na zawsze zapamiętam i kojarzył będę – choćby nie wiem ile lat upłynęło i ile wizyt miało miejsce po drodze – z moimi pierwszymi odwiedzinami. Jak wiele moich „pierwszych”, miało to miejsce w lecie 2000 roku. Funkcjonowało już tam Visitor Centre, a ze względu na stosunkowo niewielką wówczas popularność whisky słodowych i położenie destylarni na uboczu, świeciło ono pustkami. Pracownice (o ile pamiętam, zajmowały się tam nami dwie dziewoje) zdziwione były wielce, gdy nagle, zupełnie nieoczekiwanie pojawiło się dwóch gości, co to destylarnię by chcieli zobaczyć, czegoś może spróbować, a przy okazji czegoś o destylarni się dowiedzieć. A że odhaczaliśmy już pewno trzecią dziesiątkę na naszej liście, dość szybko okazało się, że mimo jednak ograniczonego doświadczenia (co to jest nawet trzydzieści destylarni!) ewidentnie wiemy więcej niż nasze gospodynie. Ale uczynne były, miłe. Pamiętam jak dostrzegłem na półce gdzieś w kącie pomieszczenia równiutko poustawiane butelki whisky z na wpół legendarnej już serii Flora & Fauna – Glen Ord należy wszak do Diageo. Niewinnie zapytałem co to takiego, panie same nie bardzo wiedziały wiele, poza tym, że to whisky, zapytałem więc czy można i tamtego spróbować. Bez problemu, ile chcemy. Ach, jak ciążyły mi wtedy w kieszeni kluczyki do samochodu – wszak mojego własnego, którym tu przez pół Europy przyjechałem, więc szkoda byłoby po pijaku w drzewo nim wyładować. Tyle tu dobra na tych półeczkach, tyle dobrej woli, by to dobro w kieliszki przelać. Samo dobro wokół. Cóż, przyznam nie bez pewnego zażenowania, że szybko sobie skalkulowałem te 0,8 promila dozwolone wówczas w Szkocji (uwaga, teraz jest już „tylko” 0,5), niemal zupełnie puste drogi w okolicy, i jednak zdecydowałem się dzioba w tym i owym umoczyć. Taka cena, by pannom w VC dać się wreszcie poczuć potrzebnymi. Gdybym jednak miał nocleg gdzieś w pobliżu, w odległości spaceru… Nic to, jak mawiał klasyk, już następnego dnia okazało się, że takie Flory & Fauny to ja sobie do wanny będę mógł wkrótce wlewać. Jednak pamiętam to uczucie Tantala – jak to stoją na wyciągnięcie ręki, ale tę rękę jakoś tak nie bardzo jest jak wyciągnąć. I tak sobie zapamiętam Glen Ord.

 

Widok z miejsca, gdzie wkrótce stanie destylarnia GlenWyvis. W dole - miejscowość Dingwall.

 

Tymczasem ruszam z powrotem w kierunku głównego szlaku, drogi A9 prowadzącej do Inverness i dalej na południe i południowy wschód, w kierunku tych wybrzeży, które widziałem z daleka, jeszcze z okolic Brory. Inverness niezmiennie przejeżdżam główną obwodnicą, mostem nad cieśniną między zatokami Beauly Firth i Moray Firth. Gdzieś tam w głowie tworzy się łańcuch skojarzeń – Inverness to przecież inver Ness, ujście rzeki Ness, a rzeka Ness wypływa z jeziora Ness, z Loch Ness. Ergo, gdzieś niedaleko musi być potwornie. I potwornie jest – kiedy zjeżdża się ze wspomnianego mostu i wpada pomiędzy przemysłowo-handlowe zabudowania największego miasta w tej części Szkocji, a jeszcze parę chwil wcześniej tęsknie spoglądało się na góry Highlands i radowało pustką na podrzędnych, prowincjonalnych drogach, trudno jest nie ulec pokusie jak najszybszej ucieczki gdzieś w bardziej przyjazne miejsca. I nie ma znaczenia, że tuż przy A9 stoją i zapraszają w swe podwoje kolejne centra handlowe, supermarkety oferujące towary, o istnieniu których człowiek mógł już zapomnieć. Poza jednym wyjątkiem, kiedy z czystej ciekawości wjechałem do centrum Inverness, zawsze staram się jak najszybciej i jak najkrótszą drogą opuścić ten przyczółek cywilizacji. Nawet jeśli ta najkrótsza droga, prowadząca na południe A9, jest niewyobrażalnie zatłoczona.

 

Na jednym z większych rond jeszcze w obrębie Inverness mógłbym skręcić w lewo i pozwolić drodze A96 zabrać się wprost do Elgin, po drodze zaliczając kilka destylarni. Ja jednak pozostaję na A9 jeszcze przez kilkanaście kilometrów. Dzisiaj chcę jeszcze zobaczyć Tomatin, zanim ruszę na podbój ponad pięćdziesięciu destylarni regionu Speyside. Bo Tomatin to kolejna destylarnia, która budzi często mieszane uczucia, ale u mnie przede wszystkim przywołuje miłe wspomnienia z odległych lat. Co ciekawe, kiedy nie tak dawno byłem w Tomatin po raz ostatni, znowu było miło, choć wynikało to z zupełnie innych powodów. Ale po kolei.

 

Miejsce pod plac budowy destylarni GlenWyvis.

 

Do Tomatin trudno nie trafić – na A9 znowu odpowiednio wcześniej i już na samym skrzyżowaniu, na którym trzeba skręcić w lewo do destylarni, umieszczono znane nam już dobrze brązowe drogowskazy. Tak, Tomatin jest atrakcją turystyczną, a zwiedzanie jej możliwe było już w 2000 roku. Wcześniej być może też, ale ja się o tym przekonałem pewnego lipcowego poranka 2000. Pamiętam że nasz namiot rozbiliśmy poprzedniego dnia na trawniku przed lokalną szkołą w miejscowości Moy. Wśród tej wszechobecnej cywilizacji coraz trudniej było znaleźć miejsce na kamping, a i myśmy byli już tak zmęczeni wyprawą, że było nam wszystko jedno. Zresztą, przecież szkoła i tak była zamknięta, były wakacje. A trawnik równiutki, miękki, wymarzony wręcz do naszych potrzeb.

 

Odwiedzona tuż po otwarciu Visitor Centre destylarnia okazała się mało atrakcyjnym molochem, prawdziwą fabryką, w której nie znajdziemy ani śladu całej tej romantycznej otoczki, jaką garściami serwują nam zwykle spece od marketingu co znaczniejszych marek. Podjęci zostaliśmy tam jednak godnie, przyjaźnie, fachowo. Kiedy byłem tam kilka miesięcy temu, okazało się, że gdzieś po drodze szefostwo Tomatin zrozumiało, że ze swojej szorstkiej nieatrakcyjności może uczynić atut. Teraz podkreśla się tu na każdym niemal kroku, że Tomatin jest raczej nieurodziwym kawalerem, ale przynajmniej nie ukrywa swojego prawdziwego oblicza za atrakcyjną maską. Nikt tu nie przeprasza za brudne, przyczerniałe alembiki, nikt nie robi afery z totalnego bałaganu w hali alembików, a ze starej kadzi zaciernej zrobiono tu atrakcję turystyczną – zrobiono przekrój, można teraz do niej wejść i zobaczyć, dotknąć, pocałować nawet. Bardzo pozytywna zmiana, nie ma co ukrywać. A że podczas ostatniej wizyty w Tomatin dane mi było własnoręcznie otworzyć – dla siebie i moich współtowarzyszy – beczkę whisky z 1976 roku, to już od tej pory złego słowa nie dam o Tomatin powiedzieć.

 

W destylarni Tomatin nie dba się jakoś przesadnie o estetykę urządzeń. Alembiki czyszczone z zewnątrz bywają tylko czasami.

 

Wspominki i sentymenty na bok, jedziemy do Speyside. Zjeżdżamy z powrotem na A9, w dalszym ciągu obieramy kurs na południe, ale… już po kilku kilometrach wypatrujemy drogowskazu między innymi na Elgin, Boat of Garten, ale przede wszystkim na Carrbridge. Już po dwóch milach zaliczamy kolejną perełkę wśród drobnych, często niedostrzeganych atrakcji. Most w Carrbridge po prostu trzeba zobaczyć. A żeby tego dokonać, po dotarciu do Carrbridge, na takim charakterystycznym, trójkątnym skrzyżowaniu, trzeba zjechać w prawo, w stronę centrum miejscowości. Jakieś 100 metrów dalej, tuż za stacją benzynową (nie potrzebujemy przypadkiem przy okazji zatankować?) po prawej stornie znajduje się on, Old Packhorse Bridge. Najstarszy most kamienny w Highlands, pochodzący z 1717 roku. A właściwie tylko to, co z niego zostało, a więc kamienny łuk przeciągnięty jak tęcza nad nurtem przepływającej tu rzeki Dulnain. Znam człowieka, który wlazł tam na samą górę, na sam środek mostu. Byłem przy tym, choć sam się nie odważyłem.

 

Skoro już zaliczyliśmy słynny mostek w Carrbridge, nic nie stoi na przeszkodzie, by ruszyć w samo serce Speyside. Tym bardziej, że już tu i ówdzie na drogowskazach zaczynają pojawiać się nazwy destylarni, a lada moment na naszej trasie pojawi się brązowy znak „The Malt Whisky Trail”. Wracam więc do tego śmiesznego, trójkątnego skrzyżowania w Carrbridge i skręcam tam, gdzie drogowskaz mówi – między innymi – Grantown-on-Spey (A95). Tak przy okazji, wskazówka dla kierowców podróżujących po Wielkiej Brytanii – symbol drogi (tutaj A95) w nawiasie oznacza, że w tej chwili znajdujesz się lub skręcasz w jakąś inną drogę, ale na miejsce dowiezie Cię ta droga podana w nawiasie. Bardzo przydatny system, jak już się człowiek do niego przyzwyczai.

 

Wnętrze starej kadzi zaciernej w destylarni Tomatin - otwarte dla zwiedzających. Można tu nawet wejść.

 

Nie mija 10 kilometrów, a ja docieram do skrzyżowania ze wspomnianą A95. A jest to droga, której numer warto sobie zapamiętać, bo jeszcze nie raz przyjdzie nam na nią wjechać i jej wąskości doświadczyć. Szczególnie na niektórych odcinkach, gdy przyjdzie nam mijać się z cysterną opatrzoną logo jakiegoś producenta whisky. A tamci kierowcy jeńców nie biorą, więc trzeba uważać. Szczególnie że droga prowadzi wzdłuż głównego pasa destylarni – od Aviemore przez Ballindalloch, Aberlour, Craigellachie do Keith, przy czym „zbiera” też destylarniany ruch z A941 prowadzącej z Craigellachie do Elgin, z Dufftown oraz z destylarni rozsianych po obu stronach doliny rzeki Spey i jej dopływów. A że większość linii do butelkowania, kompleksów magazynowych, czy ośrodków blenderskich znajduje się na południu – A95 jest drogą, którą większość produkcji Speyside wypływa z regionu, by ostatecznie trafić do naszych barków i na nasze stoły.

 

Tą właśnie drogą ruszam wprost w serce regionu. Ale o tym w następnym odcinku.

 

Zabytkowy most kamienny w miejscowości Carrbridge, na obrzeżach Speyside.

 

[cz. 1] [cz. 2] [cz. 3] [cz. 4] [cz. 5] [cz. 6] [cz. 7] [cz. 8] [cz. 9] [cz. 10] [cz. 11] [cz. 12] [cz. 13] [cz. 14] [cz. 15] [cz. 16] [cz. 17] [cz. 18] [cz. 19] [cz. 20]

Ostatnie wiadomości

W galeriach...