Z Murray McDavid po Szkocji (cz. 9)

...

W poprzednich odcinkach:

Przylot, pierwsza destylarnia [cz. 1]

Campbeltown [cz. 2]

Południowa część Islay [cz. 3]

Reszta Islay i Jura [cz. 4]

Oban i Fort William [cz. 5]

Ben Nevis i Mull [cz. 6]

Glenfinnan i Skye [cz. 7]

Północny zachód i północ [cz. 8]

 

W poprzednim odcinku dotarłem do parku technologicznego Henderson Park, na terenie którego znajduje się jedna z najmłodszych destylarni whisky w Szkocji, Wolfburn. To „najmłodsza” jest już trochę na wyrost, gdyż od czasu jej założenia w 2013 roku, w Szkocji wyrosło całe kolejne pokolenie destylarni. Jednak Wolfburn zdążyła już wypuścić pełnoprawną whisky, czego o wielu młodszych gorzelniach powiedzieć się jeszcze nie da. Jak wszyscy wiemy, destylat musi odleżeć minimum 3 lata w dębowych beczkach zanim będzie można sprzedawać go jako whisky, a więc w wielu wypadkach to nie kwestia chęci i umiejętności, a zwyczajnie kwestia czasu.

 

Wolfburn rozczaruje okrutnie każdego, kto zdążył się już przyzwyczaić do malowniczych, starannie bielonych budynków spotykanych dotąd na naszej trasie destylarni i oczekuje czegoś podobnego w Thurso. Trzy baraki z blachy falistej na podmurówce nie zapewniają tak romantycznych okoliczności, z jakimi mieliśmy do czynienia chociażby w Ardbeg, Lagavulin czy na Jurze. Nawet wciśnięta pomiędzy zwartą zabudowę centrum miasta i skądinąd mało ciekawa Oban w porównaniu z Wolfburn wygląda jakby zeszła z pulpitu najwybitniejszych architektów. Kiedy jesienią ubiegłego roku odwiedziłem Wolfburn, dowiedziałem się, że podczas jej budowy nie przykładano najmniejszej wagi do wyglądu gorzelni, gdyż w tak odległym zakątku Szkocji nie oczekiwano jakiegoś specjalnego ruchu turystycznego. Z tego samego względu nie przewidziano możliwości zwiedzania zakładu, czy chociażby funkcjonowania na jego terenie sklepu z wytwarzaną tu whisky i pamiątkami. Psikusa zrobiły im jednak już wkrótce organizacje turystyczne, które zaczęły w ostatnich latach dość intensywnie promować trasę NC500, o której już wspominałem pod koniec poprzedniego odcinka, a którą poruszamy się już od kilkuset kilometrów. No i pojawili się turyści, zaczęło funkcjonować potencjalne dodatkowe źródło dochodów. Okazało się więc ostatnio, że trzeba zweryfikować swoją wizję prowadzenia biznesu i zagospodarować i tę działkę. W ostatnich dniach pojawiła się informacja, że w Wolfburn przewidziano jednak możliwość zwiedzania (jedna tura dziennie), a także można tu wpaść, by – już bez przewodnika – rzucić okiem, pstryknąć fotkę i dokonać zakupów w zorganizowanym na te potrzeby sklepiku. Gdyby na etapie projektowania zakładu wiadomo było, że tak się sprawy potoczą, pewno i do wyglądu destylarni przyłożonoby większe znaczenie. Kto wie, może nawet pojawiłaby się tu malownicza pagoda. Przy okazji powiedzieć trzeba, że mimo zaledwie kilkuset metrów dzielących Wolfburn od wybrzeża – a więc jest to zdecydowanie destylarnia o nadmorskim charakterze – i tej atrakcji poskąpiono odwiedzającym to miejsce. Z Wolfburn nie widać morza, nie ma malowniczych klifów, fal oceanu rozbijających się o skały, nic z tych rzeczy. Trzy baraki z blachy falistej.

 

Wolfburn - załadunek wysłodków.

 

Niezależnie od umiarkowanej atrakcyjności destylarni widzianej z zewnątrz, Wolfburn robi dobre wrażenie od środka. Co prawda, zwiedzania jest tu mniej niż w Edradour, cały proces produkcji odbywa się w jednym z budynków, a na dodatek odnieść można wrażenie, że i tak zbudowano go na wyrost, tyle tu wolnej przestrzeni. Zupełnie odwrotnie niż we wspominanej już Tobermory, gdzie między sprzętami przecisnąć się trudno. W Wolfburn funkcjonują dwa miedziane alembiki, specjalnie zaprojektowane i wykonane na potrzeby tej destylarni, a nie jest to regułą w nowo otwieranych, małych destylarniach. Na każdym kroku widać, że wiedzą co robią, a przewodnik wie, o czym mówi. Co również nie zawsze jest regułą. Pozostaje czekać aż robiona przez nich whisky osiągnie jakiś stateczny wiek – i skosztować.

 

Pozostała część Thurso, ośmiotysięcznego miasteczka portowego, jakoś nigdy mnie nie inspirowała do poszukiwania przygód. Zawsze była to miejscowość tranzytowa – jak najszybciej przejechać, ewentualnie zatrzymać się po zakupy. Nawet jak jechałem na Orkady, to wybrałem inne połączenie niż to oferowane przez NorthLink Ferries z położonego tuż obok Thurso portu w Scrabster. Tak więc, nie podzielę się wrażeniami z Thurso, bo ich za bardzo nie mam, mimo iż byłem tu kilka razy. Ruszam dalej na wschód, bo tu przede mną jeszcze kilka ciekawych miejsc, zanim ruszę na południe, wzdłuż wschodniego wybrzeża. Nie wspominając o wycieczce na Orkady.

 

W magazynie w Wolfburn.

 

Zanim jednak na Orkady. Od jakiegoś czasu, już co najmniej kilkanaście kilometrów przed dotarciem do Thurso, droga, którą jadę, biegnie już nie wśród torfowisk i wrzosowisk, a wśród pól uprawnych. I o ile nie mam nic przeciwko uprawom zbóż – głównie jęczmienia – to oferowane przez nie widoki jakoś nijak się mają do tego, co miała do pokazania prawdziwie dzika Szkocja. Nic więc dziwnego, że od tej pory będę poszukiwał owej dziczy gdzie tylko się da, choćby tylko w postaci niewielkiego skrawka. A sposobność taka pojawia się kilkanaście kilometrów za Thurso (skąd wyjeżdżam główną drogą, wiodącą na wschód, A836, nie dając się skusić perspektywie wygodnej jazdy stosunkowo szeroką i prostą A9, wiodącą na południe). Osada Dunnet, do której wkrótce dojeżdżam, skupiona jest wokół skrzyżowania mojej A836 z bardzo wyraźnie podrzędną drogą B855, a drogowskaz na skrzyżowaniu mówi, że jeśli skręcę w lewo, dojadę do Dunnet Head. Jadę więc. Mijam pojedyncze, coraz bardziej od siebie oddalone domostwa, po obu stronach drogi kończą mi się pola, zaczynają wrzosowiska, droga stopniowo wspina się coraz wyżej. Opieram się pokusie podjechania do widocznego w pewnym momencie w niejakiej odległości po lewej stronie białego, okazałego budynku. To jest House of the Northern Gate, który swego czasu zamierzali kupić muzycy Led Zeppelin, by urządzić w nim studio nagraniowe. Nie kupili, studia nie urządzili, więc po co tam się pchać? Jadę dalej moją B855, która jest już znowu moją ulubioną pojedynczą drogą i zaczyna wić się wśród wrzosowisk. Wreszcie docieram na miejsce – Dunnet Head Lighthouse, latarnia morska usytuowana na najdalej na północ wysuniętym cyplu Wielkiej Brytanii.

 

Kiedy przyjechałem to pierwszy raz – a było to w 2000 roku, więc strasznie dawno – oczarowała mnie okolica, widoki, pogoda. I butelka pewnej Glen Moray, w którą zaopatrzyliśmy się chyba jeszcze na promie przez kanał La Manche. Tak, tak, to była wyprawa na całego – za kierownicą własnego samochodu, sprzed drzwi własnego domu, w pustkowia północnej Szkocji. Nie było wtedy jeszcze rajanerów. Powierzchnia półwyspu jest w miarę płaska, pokryta torfowiskami, trawami i wrzosami, a na sam koniec – urywa się gwałtownie, pionowo, wysokim na około 100 metrów klifem. Można sobie tam usiąść, spuścić nogi w dół i rozkoszować się widokami. Jeśli dopisze pogoda, naturalnie, a mnie tam zawsze dopisywała. Za pierwszym razem dotarliśmy pod latarnię morską tuż przed zachodem słońca, pewnego pięknego, lipcowego dnia. No i tak siedzieliśmy – dwóch nas wtedy było – nogi dyndały nam nad przepaścią, przyglądaliśmy się zachodzącemu słońcu, widocznym w oddali Orkadom, statkowi turystycznemu, który zatrzymał się gdzieś w połowie drogi między naszym klifem a horyzontem, fulmarom wylatującym nam spod nóg (wtedy jeszcze myślałem, że to mewy, a nie fulmary) i sączyliśmy powoli tę Glen Moray. Pięknie było, ach!

 

Latarnia morska na Dunnet Head. Na horyzoncie - Orkady.

 

Wtedy, za pierwszym razem, wydawało mi się, że nigdy nie uda mi się dokonać transferu wyprawy na Orkady ze sfery marzeń do rzeczywistości. Patrzyłem więc na nie zaczarowany, jak na niedostępny, tajemniczy ląd, na którym nigdy nie przyjdzie mi postawić stopy. A jednak przyszło. Musiało minąć parę dobrych lat, ale przyszło.

 

Tak więc teraz, po kolejnych uniesieniach na Dunnet Head, udaję się z powrotem na główny trakt, czyli opuszczoną nie tak dawno A836 i śmigam na wschód. Z tym śmiganiem nie ma co znowu przesadzać, gdyż już po kilku minutach dostrzegam charakterystyczny biały drogowskaz z promem. To przystań Gill’s Bay, z której odpływają promy na Orkady. To miejsce, którego w tej chwili potrzebuję. Jadę na Orkady, a co!

 

Nasz prom zbliża się do nabrzeża w Gill's Bay.

 

Z przystani Gill’s Bay kursują promy rodzinnej firmy Pentland Ferries – to pierwszy powód, dla którego wygrywają one u mnie ze wspomnianymi liniami NorthLink. Ten aspekt rodzinny, znaczy. Drugi powód to cena – tutaj jest nieznacznie taniej. Ale przede wszystkim, promy stąd płyną do St Margaret’s Hope na wyspie South Ronaldsay, jednej z południowych wysp w archipelagu. A dlaczego tak bardzo mi się podoba dopłynąć właśnie tam, a nie do Stromness? Bo do Stromness i tak pojadę podczas pobytu na Orkadach, w drodze na wyspę Hoy, a rejs na South Ronaldsay da mi możliwość zobaczenia paru miejsc, do których normalnie nie chciałoby mi się chyba ruszać, a o których bardziej szczegółowo za chwilę. Zdecydowano – płynę z Gill’s Bay do St Margaret’s Hope. Płynę na Orkady!

 

Podróż taka zaczyna się od ustawienia w kolejce samochodów na dość prowizorycznie wyglądającym nabrzeżu. Potem wypatrujemy pojawienia się na horyzoncie naszego promu. A nie byle jaki to prom, w rzeczy samej. Caledonian MacBryne, operator obsługujący zdecydowaną większość połączeń z Hebrydami, przyzwyczaił nas do tradycyjnego wyglądu swoich promów. Nawet te pływające platformy, którymi płynąłem chociażby na Mull, trzymają linię przewoźnika – zawsze gdzieś tam znajdzie się tradycyjnie wyglądająca nadbudówka, komin, utrzymane są w tej samej, czarno-białej kolorystyce. Tymczasem do Gill’s Bay zbliża się iście kosmicznie wyglądająca jednostka. MV Pentalina to nowoczesna i szybka łódź. Co prawda, nie oferuje tak luksusowych wnętrz, restauracji, czy sklepów z pamiątkami, jak promy potężnego konkurenta, ale w godzinnej podróży tym pięknym katamaranem nie o to przecież chodzi. A w każdym razie, nie przede wszystkim o to.

 

Przedziwne, ewidentnie militarne budowle na pierwszych wyspach w archipelagu, widziane z pokładu promu.

 

Mamy szczęście – pogoda jest piękna, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by cały rejs spędzić na pokładzie, podziwiając mijane po drodze wysepki, począwszy od znajdującej się najbliżej stałego lądu Stromy, przez Swonę, do wychylającej się zza tej ostatniej South Ronaldsay. Nad głowami podróżnych przelatuje raz po raz morskie ptactwo – i to nie jakieś tam zwykłe mewy. Rozpoznaję kilka maskonurów, ze dwa klucze alek, kilka kormoranów czubatych. Nim się człowiek obejrzy, prom już zatacza szeroki łuk, by ominąć zachodnie wybrzeże wyspy South Ronaldsay i przybić do nabrzeża znajdującego się w zatoce po północnej stronie wyspy. Tam też próżno szukać wystawnej infrastruktury, zbudowanych ze stali i szkła terminali portowych. Wprost z trapu na dość prymitywny plac manewrowy – i po chwili jesteśmy na drodze A961, wiodącej na północ, w stronę Kirkwall, stolicy archipelagu. Zanim jednak Kirkwall, zanim główna wyspa Orkadów – zwana Mainland, czyli stały ląd – kilka atrakcji na trzech innych wyspach, przez które przyjdzie nam przejechać. Tak, tak, lądujemy na South Ronaldsay, po chwili znajdziemy się na wyspie Burray, potem Glims Holm, wreszcie Lamb Holm, i dopiero Mainland. Co ciekawe, nie będziemy już korzystali z żadnych promów, nie przejedziemy przez żaden most. Droga, którą się poruszamy, wiedzie przez system grobli, usypanych tutaj podczas II wojny światowej, tzw. Bariery Churchilla.

 

Żeby wyjaśnić ich pochodzenie i przeznaczenie, trzeba najpierw przyjrzeć się mapie Orkadów. W samym środku skupiska największych wysp w południowej części archipelagu znajduje się akwen zwany Scapa Flow – idealne naturalne schronienie dla każdej floty morskiej. Osłonięte ze wszystkich stron przez wyspy i wysepki wody Scapa Flow stanowiły schronienie już dla okrętów wikingów, wykorzystywane były przez floty wszystkich kolejnych władców tej części świata. Scapa Flow odegrała niemałe znaczenie strategiczne w czasie I wojny światowej. Gdy jednak do wojny włączono wynalazek łodzi podwodnych, wody akwenu stały się dla wielu śmiertelną pułapką. Wpłynięcie do Scapa Flow niepostrzeżenie i wyrządzenie niemałych szkód w znajdującej się tu bazie Royal Navy nie stanowiło większego problemu dla niemieckich U-botów. By zyskać większą kontrolę nad tym kto i kiedy się tutaj pojawia, w latach czterdziestych podjęto decyzję o zablokowaniu dostępu do Scapa Flow od wschodu, zasypując cieśniny właśnie pomiędzy South Ronaldsay, Burray, Glims Holm, Lamb Holm i Mainland. A właściwie, usypując pomiędzy wyspami groble. Zachowały się one do dziś, a ich grzbietem biegnie nasza droga. W trzech miejscach, na łącznym odcinku nieco ponad dwóch kilometrów, poruszamy się właśnie tymi groblami, usypanymi z polecenia ówczesnego Pierwszego Lorda Admiralicji, późniejszego premiera Wielkiej Brytanii, Winstona Churchilla.

 

Jeden z wielu rdzewiejących wraków, wystających z wód Scapa Flow. Tuż przed przybiciem do nabrzeża w St. Margaret's Hope.

 

W związku z tak burzliwą morską historią tego akwenu, Scapa Flow jest podobno rajem dla płetwonurków. Na dnie aż roi się od wraków z różnych okresów i wojen, które odbiły tu swoje piętno i przekształciły Scapa Flow w ogromne morskie cmentarzysko – i ludzi i okrętów. Nawet z brzegu tu i ówdzie da się dostrzec wystające z wody rdzewiejące wraki. Już podpływając do nabrzeża w St Margaret’s Hope, nasz prom musiał wykonać spore koło, omijając najpewniej płycizny i ukryte tuż pod powierzchnią wody niebezpieczne skały. A przy okazji jeden z takich wraków, dając nam przedsmak jednego z widoków, oferowanych przez Scapa Flow.

 

Na ostatniej wyspie przed dotarciem do Mainland, na Lamb Holm, czeka na nas kolejna atrakcja związana z czasami ostatniej wojny. To tzw. Italian Chapel, niepozorna kaplica wybudowana tu przez przetrzymywanych tu włoskich jeńców wojennych. Jak powszechnie wiadomo, Włosi słyną między innymi ze swojej religijności, tak więc przebywanie na terenie, gdzie nie było żadnego kościółka, w którym mogliby tę religijność praktykować było niemałym problemem przynajmniej dla części z nich. A że z kolei w Wielkiej Brytanii od lat kultywowana jest tradycja tolerancji dla wszelkich religii i przekonań, Włosi nie mieli problemu z uzyskaniem pozwolenia na budowę kaplicy. Do dyspozycji mieli jednak ograniczone środki i materiały. Koniec końców, na Lamb Holm powstała kaplica, do budowy której wykorzystano barak lotniczy, a pracowici – i z całą pewnością niezwykle utalentowani – jeńcy znad Adriatyku dopilnowali, by nie było czego się wstydzić. The Italian Chapel, bo tak jest nazywane ich dzieło, do dziś stanowi niemałą atrakcję turystyczną.

 

Italian Chapel na wyspie Lamb Holm.

 

Z Lamb Holm przejeżdżam kolejnym odcinkiem drogi biegnącej po grobli i już po chwili jestem na głównej wyspie archipelagu, określanej tutaj mianem Mainland. To bez porównania największa z Orkadów, pełniąca funkcję centralnego ośrodka transportowego, kulturalnego i handlowego. Na wyspie mieszka około 17 tysięcy ludzi, z czego niecałe 10 tysięcy to mieszkańcy Kirkwall, stolicy wyspy i całego archipelagu. Jak na większości pozostałych wysp, nie ma tu charakterystycznych dla północnych Highlands gór, ani nawet wyższych wzniesień. Takie ukształtowanie terenu sprawia, że w chwilach swej największej aktywności Atlantyk przelewa się niemal dosłownie po powierzchni wysp. Na dodatek, nie ma tutaj praktycznie drzew. Napotkany tu Polak, mieszkający na Mainland od kilku lat, opowiadał nam niegdyś jak to cudownie się tutaj mieszka. Roztaczał przed nami sielankowy obraz życia na Orkadach, a nam łatwo było uwierzyć w jego opowieści, gdyż akurat trafiliśmy na piękną, słoneczną pogodę. Twarz naszego rozmówcy zamarła jednak gdy doszedł do tego, co tu w pogodzie dzieje się w zimie. „Od września do maja tutaj jest prze**bane,” powiedział tak grobowym tonem, że w prawdziwość i tych słów nietrudno przyszło nam uwierzyć. Wypowiedź przeszła do historii. Co tu dużo mówić, zwyczajnie musiała. A historie o odwołanych promach, turystach uwięzionych na Orkadach z powodu braku możliwości wydostania się na stały ląd, czy lokalsach niemogących wrócić do domu słyszy się raz po raz. Zresztą, wystarczy odwołać się do moich doświadczeń z podróżą na wyspę Mull, gdzie na pierwszy rzut oka powinno być łatwiej – okolica jest górzysta, nawałnice mają się na czym zatrzymać, a sieć cieśnin w tej części Hebrydów Wewnętrznych powoduje, że naporowi wichrów znad oceanu łatwiej stawić czoła. A jednak pewnego lutowego dnia podróżowanie tam okazało się wcale nie takie proste. Wyobrazić sobie tylko można do czego zdolna jest natura na Orkadach.

 

Jednak nie pogoda i jej ewentualne kaprysy nas tutaj przygnały. Spod włoskiej kaplicy na Lamb Holm już tylko trochę ponad 10 kilometrów dzieli nas od Kirkwall. Ruszamy więc co koń wyskoczy, po lewej stronie mając niemal ciągle widok na wody Scapa Flow. Prowadząca wśród pól uprawnych prosta droga w pewnym momencie zaczyna się nieco obniżać, a po jej prawej stronie pojawia się charakterystyczny i tak przez nas lubiany widok – dwie pagody i cały szereg pokrytych czarnym nalotem magazynów, przypominających magazyny celne. Ustawiona przy drodze tablica nie pozostawia wątpliwości – destylarnia Highland Park!

 

Budynki destylarni Highland Park tuż przy wjeździe do miejscowości Kirkwall.

 

Znam paru ludzi, dla których Highland Park to absolutny numer jeden. Nie znam żadnego spośród wielbicieli whisky, kto etykietę Highland Park omiótłby jedynie obojętnym spojrzeniem. I to nie w stylu Laphroaig – kocham albo nienawidzę. Highland Park raczej nie zbiera opinii negatywnych, choć jak w przypadku każdej destylarni, zdarzają się tu whisky lepsze i mniej dobre. Niepokoi trochę obowiązująca tu ostatnio doktryna NAS – butelkowania nowych edycji bez deklaracji wieku – ale od czego są niezależni dystrybutorzy?

 

Whisky z tutejszej destylarni niejednokrotnie gościła w butelkach opatrzonych logo Murray McDavid, zyskując – podobnie jak wersje oficjalne, butelkowane przez producenta – uznanie koneserów whisky i wysokie noty. Niezmiennie – od pierwszej naszej edycji Highland Park 1992 8yo, wypuszczonej w 2000 roku, do Highland Park 1989 26yo, butelkowanej w 2015, pochodzącej z naszej ostatniej serii. Po drodze były również wręcz legendarne edycje 1984 26yo, czy 1989 18yo, butelkowane w postaci cask strength. O niezwykłym charakterze produkowanego tu destylatu nie trzeba przekonywać nikogo, kto miał okazję skosztować dowolnej wersji Highland – subtelne nuty torfu o szczególnym, orkadyjskim charakterze, ocierające się o delikatną wrzosowość, są nie do pomylenia z niczym innym. Pisząc o whisky z Highland Park, często podkreśla się, że tutejszy torf różni się zdecydowanie od torfu ze stałego lądu, czy tego z Islay. Różnicę tę łatwo dostrzec zagłębiając się w kieliszek dowolnej wersji Highland Park, do czego szczerze namawiam. Nie żeby Highland Park była jakoś specjalnie torfowa czy dymna. Wytwarzany na miejscu słód – Highland Park jest jedną z garstki destylarni, które w dalszym ciągu samodzielnie słodują jęczmień – torfowany jest do poziomu 20 ppm, a ten sprowadzany ze stałego lądu suszony jest bez użycia torfu.

 

Główne wejście do Highland Park.

 

Sama destylarnia otworzyła swe podwoje dla zwiedzających stosunkowo wcześnie, bo już w 1986 roku. Jednak dopiero w 2000 roku, po tym, jak na renowację, a właściwie urządzenie od zera nowego Visitor Centre, wydano około 2 milionów funtów, w światku entuzjastów whisky zaczęły się rozlegać ochy i achy na temat tego, co można tu zobaczyć. I rzeczywiście, Visitor Centre w Highland Park w dalszym ciągu robi niemałe wrażenie, choć z perspektywy półtorej dekady od wspomnianej ogromnej inwestycji wydaje się, że inne destylarnie poszły sporo dalej w uatrakcyjnianiu pobytu swoim gościom. Ośmielę się wspomnieć należącą do tej samej stajni (Edrington) Macallan.

 

Przy okazji warto podkreślić coś, co mnie osobiście wydaje się sprawą kluczową podczas zwiedzania destylarni (choć pewno nie tylko). Nieważne ile pieniędzy włożono w wyposażenie Visitor Centre, nieważne jakie wodotryski tam na nas czekają. Koniec końców, wszystko sprowadza się do atmosfery, jaką tworzą pracownicy, z którymi przyjdzie nam się zetknąć na miejscu. Czy od progu czujemy się mile widzianymi gośćmi, czy raczej intruzami, interesuje kogoś to, byśmy wynieśli (wywieźli) miłe wspomnienia, czy też mają to w nosie? I tak dalej. I niestety, staram się sobie wytłumaczyć, że po prostu źle trafiłem za każdym pobytem w Highland Park, ale tutaj tego nie wiedzą, albo za nic sobie mają. Kiedy przybywam do destylarni leżącej gdzieś przy uczęszczanym szlaku turystycznym, nawiedzanej przez autokary pełne warzyw turystycznych, którym jest dokładnie wszystko jedno gdzie są i co oglądają, traktowanie ich per noga jakoś mi nie przeszkadza, a w każdym razie znajduje moje zrozumienie czy tylko uzasadnienie. Kiedy pojawiam się w destylarni gdzieś na końcu świata, gdzie wiadomo, że przyjechałem właśnie dlatego, że tam robią dobrą whisky, chciałbym żeby doceniono mój wysiłek, zainteresowanie, wsparcie dla przemysłu gorzelniczego (bardzo wymierne, wyrażane wszak w pieniądzach regularnie wydawanych na miejscowe produkty, nawet gdy jestem w domu). Ja nie oczekuję, że ktoś mnie będzie na rękach nosił i częstował darmowymi dramami kilkudziesięcioletniej whisky. Ale niech nie każe mi się czuć jak intruz.

 

W Visitor Centre w destylarni Highland Park. Znane wszystkim wielbicielom tutejszej whisky logo.

 

Pod tym względem, na dwóch skrajnych pozycjach stoją zazwyczaj destylarnie ze Speyside i Islay, choć od tej reguły zdarzają się wyjątki. W Speyside człowiek bardzo często czuje się jak piąte koło u wozu, szczególnie jeśli zamarzy sobie zwiedzanie którejś z destylarni należących do jakiegoś wielkiego koncernu. O bezskutecznych próbach zobaczenia od środka Cragganmore, o rygorach narzucanych gościom podczas zwiedzania Glenlivet, czy zamkniętych na cztery spusty Aultmore, Auchroisk, Glentauchers i innych można by napisać książkę. O traktowaniu turysty w Macallan to nawet pisać się nie chce. Ale do tego dojdziemy, jak już dotrzemy do Speyside. Z drugiej strony, atmosfera gościnności i spektakularnie szeroko rozwartych ramion, z którą człowiek styka się na Islay, gdzie o przypadkowego gościa niełatwo. Wydawać by się mogło, że na Orkadach możemy oczekiwać zastosowania podobnego klucza. A jednak nie. I na tym zakończmy, bez wdawania się w szczegóły. A wielka szkoda, bo destylarnia sama w sobie jest więcej niż interesująca, a o jej produktach już się naprodukowałem.

 

Po wizycie w Highland Park – jakoś tak wyszła nam po drodze, zanim dotarliśmy do samego Kirkwall – kwaterujemy się w którymś z lokalnych pensjonatów B&B na co najmniej kilka dni. A jest po co. Bo i Orkady to miejsce niezwykłe. O kaprysach pogody, szczególnie w sezonie jesienno-zimowym już było i nie ma co do tego wracać. Wiadomo, jest prze**bane, cytując naszego rozmówcę sprzed paru lat, po co drążyć temat? Ale jest w Orkadach i ich mieszkańcach coś, co sprawia, że na pierwszy rzut oka trudno jest uwierzyć, że ciągle jesteśmy w Szkocji. Architektura jest inna, domy wyglądają inaczej, są projektowane w sposób bardziej prosty, surowy, bardziej skandynawski niż brytyjski. Ludzie są inni – podobno to skutek genów wikińskich wojów przemieszanych z genami miejscowych niewiast, którym mężów bezwzględnie wyrżnięto. Tak czy inaczej, sporo tu północnej urody białogłów, a i panowie jacyś mniej szkoccy. No i owoce morza, widoki na północną część wysp z Kirkwall (na przykład, z okna mojego pokoju), nordycka katedra św. Magnusa, wreszcie kręgi kamienne i inne starocie.

 

Wrota frontowe zbudowanej z piaskowca katedry św. Magnusa w Kirkwall.

 

Kręgi kamienne! Natychmiast następnego dnia tuż po śniadaniu wsiadam w samochód i ruszam na podbój prehistorii. Droga wiedzie wzdłuż zatoki, nad którą przycupnęło Kirkwall, miejscami dosłownie tuż obok brzegu, po czym w miejscowości Finstown odbija w głąb lądu i wiedzie wprost do brzegów dwóch jezior – Loch of Stenness i Loch of Harray. Zanim jednak jeziora, to po raz kolejny uderza brak minimalnego nawet pofałdowania terenu – droga biegnie prosto, z obu stron otoczona jest przez pola uprawne. Zupełnie jak nie w Szkocji.

 

Wspomniane jeziora – Loch of Stenness i Loch of Harray – są ciekawostką same w sobie. Obydwa akweny są sobą połączone w miejscu zwanym Bridge of Brodgar. Tam rzeczywiście droga biegnie mostem nad wąskim przesmykiem wodnym łączącym obydwa jeziora. A Loch of Stenness z kolei połączone jest w podobny sposób z zatoką morską, nad którą położone jest miasteczko Stenness. Zatoka ta otwiera się z jednej strony na wspominaną już kilkakrotnie Scapa Flow, a z drugiej – na otwarte wody Atlantyku. Tak więc, woda w Loch of Stenness jest częściowo wodą słoną, jednak już Loch of Harray to klasyczne jezioro słodkowodne, z charakterystyczną florą i fauną, bez śladu morskich wodorostów, które z kolei znaleźć można jeszcze w Loch of Stenness. Co więcej, łączna powierzchnia obu jezior stawia je na dziewiątym miejscu wśród wszystkich szkockich jezior co do wielkości powierzchni. Czyli solidny kawał wody. Ale nie dla jezior się tutaj przyjeżdża.

 

Standing Stones of Stenness.

 

Kilka kilometrów przed samą miejscowością Stenness po prawej stronie znajdziemy nasz pierwszy obiekt zainteresowania na dzisiaj. The Standing Stones of Stenness to zdecydowanie nie jest krąg kamienny, który co do wielkości i konstrukcji mógłby konkurować ze słynnym Stonehenge. Stanowczo nie. Jednak tych kilka płaskich głazów ustawionych w krąg, z Loch of Harray w tle, robi niemałe wrażenie. Szczególnie późnym wieczorem, kiedy w wodach Loch of Harrray odbijają się promienie zachodzącego słońca. Ale Standing Stones of Stenness to dopiero początek. Kawałek dalej, dwa kroki przed mostem nad cieśniną łączącą Loch of Stenness i Loch of Harray, stoi pojedynczy Watch Stone, a dalej… Dalej już tylko dwa kroki do największej atrakcji, Ring of Brodgar, czyli kolejnego kręgu, wpisane na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO. Początkowo zbudowany z 60 kamieni, z których do dziś zachowało się 27, ustawionych w kręgu o średnicy około 100 metrów (jest to trzeci co do wielkości krąg na Wyspach Brytyjskich). Co ciekawe, w przeciwieństwie do wspomnianego Stonehenge, nikt tutaj nie pilnuje zabytku, nikt nie kasuje za bilety wstępu, a podziwiać go można o każdej porze dnia i nocy. I to dosłownie – Orkady leżą już na takiej szerokości geograficznej, że w okolicach przełomu czerwca i lipca noce są tutaj naprawdę krótkie, a zachód słońca podziwiać można około godz. 23:00. No i nigdy nie robi się tu całkiem ciemno. Przy założeniu, naturalnie, że trafiliśmy na piękną, bezchmurną pogodę.

 

Krótko po moim ostatnim pobycie na Orkadach wyczytałem, że dokonano poważnego odkrycia archeologicznego tuż obok Ring of Brodgar, w miejscu zwanym Ness of Brodgar, gdzie znaleziono fragmenty budowli pochodzących nawet z około 3300 roku przed naszą erą. Jednak nie dane mi było – jak dotąd – im się przyjrzeć. Co by nie powiedzieć, wyprawa na Orkady to jednak wyprawa, nie zdarza się co rok.

 

Ring of Brodgar - zdjęcie wykonano około godziny 23:00. W lecie na północy naprawdę długo potrafi być widno.

 

Kolejnym etapem prehistorycznej wędrówki po Orkadach będzie osada Skara Brae. Wystarczy pojechać jeszcze niecałe dziesięć kilometrów na północny zachód, drogą wiodącą pomiędzy jeziorami Loch of Stenness i Loch of Harray. Do brzegów zatoki Bay of Skaill. Skara Brae to zespół kamiennych domostw, w większości pozbawionych dachów, zamieszkałych, jak wieść niesie, w okolicach 3100-2500 przed naszą erą. Czyli starszych pod egipskich piramid, żeby daleko nie szukać. Tutaj, niestety, już trzeba zapłacić za wstęp i dostosować się do regulaminu zwiedzania, w tym godzin otwarcia, ale to absolutnie w niczym nie przeszkadza. Stanowczo warto, tym bardziej, że w niektórych pomieszczeniach zobaczyć można nawet część kamiennych mebli, z których korzystali ich mieszkańcy. No i tutaj bywa tłoczno, ale tylko w sezonie.

 

Wracając do Kirkwall przyglądam się słupkom, do których przymocowane druty stanowią ogrodzenie poszczególnych pól i pastwisk. I doprawdy trudno oprzeć się wrażeniu, że niektóre z nich, szczególnie te bardziej masywne, ustawione w narożach, wytargane zostały wprost z któregoś z tutejszych kręgów. Ponoć na początku XX wieku farmer, do którego należała ziemia, na której stoi Ring of Brodgar, postanowił pozbyć się kamieni i wreszcie zacząć tutaj coś uprawiać. Kilka zdążył wytargać zanim interweniowały władze, zaalarmowane przez archeologów. Czemu więc podobne historie nie miałyby się zdarzyć w innych, podobnych miejscach w okolicy?

 

Wnętrze jednego z domostw prehistorycznej osady Skara Brae.

 

Następny dzień na Orkadach to wyprawa na jedyną górzystą wyspę w archipelagu – na Hoy. Czemu akurat na Hoy, a nie którąś z wysepek położonych na północ od Mainland? No właśnie ze względu na ten górzysty charakter wyspy. Na fakt, że to druga co do wielkości wyspa archipelagu. No i na Old Man of Hoy, iglicę skalną wznoszącą się u klifowego brzegu wyspy, której zdjęcia – między innymi one – kazały mi niegdyś po raz pierwszy ruszyć do Szkocji w ogóle. Tak więc, na Hoy, kochani. A jest to przygoda nie lada.

 

Oto najpierw trzeba dostać się do Stromness, miniaturowego wręcz miasteczka (2200 mieszkańców), położonego nad tą samą zatoką, co Stenness, czyli z wyjściem na Atlantyk z jednej strony i na Scapa Flow z drugiej. Stromness w dużej mierze rozciąga się wzdłuż nabrzeża, do którego przybijają kutry rybackie, promy na inne wyspy w archipelagu, jak i te łączące Orkady ze stałym lądem, a także różnego rodzaju łódki i żaglówki rekreacyjne i inne. Potrafi tu być gwarno, tłoczno i turystycznie, choć już miejscowy pub, do którego zaszedłem, sprawia wrażenie niezłej mordowni dla lokalsów. Wyzwaniem może być znalezienie miejsca, gdzie można zaparkować samochód na resztę dnia, dlatego polecam przybyć do Stromness nieco wcześniej niż to by wynikało z rozkładu rejsów naszego promu. W moim przypadku skończyło się to tak, że moi przyjaciele, którzy już na pokładzie byli, wręcz rękami przytrzymywali prom przy nabrzeżu, żebym ja zdążył załatwić sprawę parkowania samochodu, bo załodze jakoś dziwnie spieszyło się na Hoy. Jakby rzeczywiście mieli coś tam do załatwienia. W ostatniej chwili zdążyłem.

 

Stromness, druga co do wielkości miejscowość na Orkadach, widziana od morza.

 

Używanie słowa „prom” jest tu trochę na wyrost. Na pierwszy rzut oka, jednostka, na którą ostatecznie trafiłem, przypominała łódkę rybacką, na której w tylnej części pokładu przywiercono do podłoża kilka plastikowych krzeseł ogrodowych i postanowiono zrobić na niej lepszy interes niż wyciąganie morskich żyjątek w sieciach. Podobnie fachowo prezentowała się cała załoga – niezwykle przyjazna, to bez dwóch zdań, lecz jakby dopiero co skończyli niezłą rozróbę we wspomnianym pubie i dlatego im tak spieszno było oddalić się od nabrzeża, nie czekając na mnie. Jak tylko wskoczyłem na pokład, ruszyliśmy. No i jak piękne to było… Tuż po opuszczeniu nabrzeża przepłynęliśmy obok wystających z morza skał, na których wygrzewały się w słońcu foki. I to w ogromnej liczbie. Naprawdę, nie raz widziałem w Szkocji foki, czasem więcej niż dwie na raz, ale tutaj były ich dziesiątki. Zupełnie nie przeszkadzały im przepływające obok łódki, które co najwyżej od czasu do czasu zaszczycały leniwym spojrzeniem.

 

Zatoka i plaża w Rackwick, jednej z największych miejscowości, jakie dane mi było odwiedzić w Szkocji. O, jest i całe Rackwick (lewy dolny róg kadru).

 

Nasz prom (sic!) opłynął Graemsay, znajdującą się pomiędzy Mainland a Hoy, oferując piękne widoki na wyspę i znajdującą się na niej latarnię morską, po czym skierował wprost na nabrzeże na Hoy. I tu zaczęła się zabawa. Bywając wcześniej na Wyspach, czy to w Anglii czy w Szkocji, przyzwyczaiłem się do histerycznego wręcz przestrzegania przez miejscowych różnego rodzaju procedur, a w szczególności tych dotyczących bezpieczeństwa. Wystarczy wspomnieć o obsesji na punkcie bezpieczeństwa przeciwpożarowego i związanego z nim zakazu fotografowania w większości destylarni. Tak więc, kiedy na nabrzeżu na Hoy zobaczyłem jednego forda transita – przeznaczonego do przewozu może dwunastu-piętnastu osób – i szybko oszacowałem zawartość „promu” na grubo ponad dwudziestu pasażerów, zmartwiałem. Może być trudno dostać się do Rackwick, skąd chcemy zrobić sobie spacer do Old Man of Hoy. Dopadłem więc błyskawicznie kierowcę i pytam ile osób zabierze. Spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem i kazał się ładować. Nie wiem jak, ale wszyscy pasażerowie „promu” zmieścili się w transicie. Ja przez całą drogę stałem zgięty w pół tak, jak wymagało tego upakowanie pasażerów i ich plecaczków i innych bagaży. Wkrótce ruszyliśmy w stronę Rackwick.

 

Craa Nest, muzeum wyspiarskiego życia w Rackwick.

 

Pan kierowca przez całą drogę bawił się w jowialnego przewodnika po swojej wyspie. Opowiedział nam o czasach świetności wyspy, gdy funkcjonowała na niej ogromna baza wojskowa, na potrzeby której postawiono tu między innymi ogromne kino (największe w Szkocji, o ile pamięć nie myli, a w każdym razie w jakiejś kategorii największe), opowiadał o pożarach trawiących tutejsze torfowiska i resztki lasów, generalnie zabawiał towarzystwo. Kiedy w swej opowieści doszedł do Rackwick, powiedział pamiętne „Rackwick ma sześciu stałych mieszkańców, to znaczy teraz pięciu, bo ja jestem w pracy.” Myślę, że więcej o Rackwick nie trzeba nikomu mówić, to wystarczy za wszelki opis.

 

I rzeczywiście, gdy dotarliśmy wreszcie do Rackwick, okazało się, że za centrum wsi robi miejsce, gdzie kończy się asfalt, a rozchodzi kilka dróg bitych, wiodących do kilku (dosłownie kilku) domostw. Spośród znajdujących się w zasięgu wzroku domów, tylko ze trzy lub cztery wyglądały na zamieszkane, a reszta na odległość pachniała porzuceniem i zapomnieniem. Był wśród nich jeden dom, który urządzony został jako swego rodzaju muzeum – przez niezamknięte drzwi można było wejść i obejrzeć jak urządzone były tradycyjnie te niewielkie chaty i w jakich warunkach żyli ich mieszkańcy, jakimi posługiwali się narzędziami i sprzętami. Ciekawe doświadczenie w kategorii zwiedzania muzeum – żadnego kustosza, żadnej kasy biletowej, żadnej pani, która krzyczałby za nami, żeby nie dotykać eksponatów.

 

Potem już spacer do Old Man of Hoy – jakieś pół godziny wydeptaną wśród wrzosowisk ścieżką, biegnącą wzdłuż przepięknych klifów. Tutaj po raz kolejny spotkałem się oko w oko z wydrzykiem, jak się okazuje dość groźnym ptaszyskiem morskim. Groźnym, gdy podejdziemy zbyt blisko miejsca, gdzie wydrzyk-rodzic pilnuje swojego potomstwa, a to akurat ewidentnie miało miejsce w tym przypadku. Na wszelkie wypadek nie zbliżałem się zbytnio.

 

Old Man of Hoy i moi współtowarzysze wyprawy.

 

Old Man of Hoy to – jak już wspomniałem – bardzo charakterystyczna iglica skalna stercząca pionowo tuż obok wysokiego, około stumetrowego klifu. W zależności od tego, czy znajdziemy się tam podczas odpływu, czy przypływu, Old Man of Hoy albo jest połączony z resztą wyspy, albo sterczy wprost z fal. Podobno są śmiałkowie, którzy się nań wspinają. Zbudowany z czerwonego piaskowca i usytuowany w niezwykle nieprzyjaznej klimatycznie okolicy, Old Man of Hoy ma szansę wkrótce się zawalić, jak twierdzą fachowcy, więc warto spróbować dotrzeć do niego i dać sobie szansę zobaczenia go zanim to nastąpi. Dodatkową atrakcją jest możliwość podziwiania fulmarów (takie ptactwo morskie, często mylone z mewami) wykorzystujących zawirowania zwykle silnego tu wiatru i dosłownie wiszących w powietrzu tuż obok klifu, niemal na wyciągnięcie ręki.

 

Powrót na nabrzeże, z którego nasz „prom” ma nas zabrać z powrotem do Stromness na Mainland akurat nam się udał, choć można przypuszczać, że znalazło się kilka osób, które musiały spędzić noc w Rackwick. Jest to, co prawda, budynek pełniący funkcję tzw. bothy, czyli ogólnodostępnej noclegowni, ale co innego jest wybrać się tam z zamiarem pozostania do następnego dnia, a coś zupełnie innego to przybyć na miejsce wskazane wcześniej przez kierowcę owego transita, o godzinie przez niego wskazanej, i przekonać się, że ten już odjechał. Jakieś 15 minut wcześniej niż zapowiedział. A tak właśnie było tego dnia, gdy mnie przywiało w te okolice. Kierowca zapowiedział ostatni kurs na nabrzeże (czyli około 10 kilometrów) na godzinę 16:00. Przyjechał kwadrans wcześniej, zabrał tych, którzy już tam na niego czekali i pojechał nie czekając na nikogo więcej. Sądząc po różnicy w liczebności pasażerów w jedną i drugą stronę, parę osób w Rackwick zostało na dłużej niż planowało.

 

Korzystający z zawirowań wiatru, praktycznie wiszący w powietrzu tuż obok klifu, fulmar. Nie mylić z mewą.

 

Zanim jednak nasz bus dotarł do nabrzeża – na niemal godzinę przed ostatnim kursem promu – kierowca zatrzymał się obok niewielkiego budyneczku i poinformował, że tutaj można napić się kawy, herbaty, coś zjeść, a do nabrzeża jest stąd pięć minut piechotą. Oczywiście, jeśli ktoś chce, to on go zabierze na samo nabrzeże, ale tam nic nie ma, a do promu jeszcze prawie godzina… Cóż, spędziliśmy resztę czasu na Hoy delektując się domowymi wypiekami dwóch panien, prowadzących biznes. Sądząc po zażyłości z kierowcą transita, kiedy i one przyszły na nabrzeże tuż przed przybiciem naszego promu, wcale nie przypadkiem ten bus odjechał z Rackwick wcześniej, wcale nie przypadkiem obok owego przybytku się zatrzymał. Przybytku – dla wyjaśnienia – który lokal gastronomiczny przypominał w dokładnie tym samym stopniu, co nasz „prom” przypominał prom. Ważne, że biznes się kręci.

 

OK, powrót do Stromness, wizyta w tamtejszym pubie w niespełnionej nadziei na jakieś jedzenie, szybki kurs z powrotem do Kirkwall. Kiedy się podróżuje po mniej uczęszczanych okolicach Szkocji, trzeba takie rzeczy odpowiednio wcześniej przewidzieć i zaplanować. To nie tak, jak w centrum Wrocławia, powiedzmy, gdzie praktycznie o każdej porze dnia i nocy da się znaleźć miejsce, gdzie można zaspokoić głód. Warto o tym pamiętać.

 

Po dniu pełnym wrażeń czas na odpoczynek. Jutro Scapa (taka destylarnia) i powrót na stały ląd. A potem kurs na południe, w stronę Inverness i wreszcie Speyside. Ale to na pewno już nie dzisiaj.

 

Latarnia morska na Graemsay, wyspie pomiędzy Mainland a Hoy.

 

[cz. 1] [cz. 2] [cz. 3] [cz. 4] [cz. 5] [cz. 6] [cz. 7] [cz. 8] [cz. 9] [cz. 10] [cz. 11] [cz. 12] [cz. 13] [cz. 14] [cz. 15] [cz. 16] [cz. 17] [cz. 18] [cz. 19] [cz. 20]

Ostatnie wiadomości

W galeriach...