Z Murray McDavid po Szkocji (cz. 8)

...

W poprzednich odcinkach:

Przylot, pierwsza destylarnia [cz. 1]

Campbeltown [cz. 2]

Południowa część Islay [cz. 3]

Reszta Islay i Jura [cz. 4]

Oban i Fort William [cz. 5]

Ben Nevis i Mull [cz. 6]

Glenfinnan i Skye [cz. 7]

 

Jako się rzekło, jadę dalej, na północ. I jak się wydaje – a przypuszczenie to coraz bardziej potwierdza obserwacja okolicy – zostawiam resztki cywilizacji za sobą. Umieszczenie informacji „The North” na wielu drogowskazach świadczy o tym, że przede mną już nie będzie wiele miejscowości na tyle dużych, by warto było o nich na drogowskazach wspomnieć. Owszem, jest przede mną Ullapool, półtoratysięczne miasteczko z terminalem promowym i supermarketem, ale częściej widywał będę teraz jelenie i owce, a w najlepszym razie osady, przy których wspominane wcześniej Portnahaven na Islay wydaje się metropolią.

 

Droga wiodąca mniej więcej wzdłuż zachodniego wybrzeża od Auchtertyre niedaleko zamku Eilean Donan, gdzie zapuszczam się w tę dzicz, do Durness na północnym wybrzeżu i dalej do Thurso, gdzie się właśnie wybieram, poprowadzona została w terenie górzystym, wzdłuż niezwykle poszarpanego wybrzeża, w większości z pominięciem etapu niwelacji terenu na etapie budowy. Oznacza to, że będę znowu jechał drogami bardzo krętymi, często niezwykle wąskimi, raz w górę, raz w dół, będę objeżdżał dookoła długaśne zatoki morskie, znowu będę miewał problemy z określeniem czy woda, wzdłuż której jadę to jezioro czy ocean. I jak łatwo się domyślić, wyzwaniem będzie utrzymanie wzroku na drodze, powstrzymanie się przed rozglądaniem na prawo i lewo z westchnieniami lub wręcz okrzykami zachwytu nad tym, co właśnie mijam.

 

Ostatni rzut oka na zamek Eilean Donan. Za chwilę ruszam na północ - ani do Kyle of Lochalsh, ani do Fort William.

 

I tak, wprost z Auchtertyre jadę na północ drogą A890 w stronę Stromeferry i już po kilku kilometrach najpierw w górę, po czym lekko w dół, jadę wzdłuż południowego brzegu zatoki Loch Carron. Tej samej, nad którą leży Plockton, jednak tę rozkoszną nadmorską osadę tym razem zostawiam za sobą. Nad Loch Carron między drogą a brzegiem morza biegnie linia kolejowa. To dość częsta praktyka na północy Szkocji – ze względów oszczędnościowych zarówno drogi asfaltowe, jak i żelazne budowało się tam, gdzie pozwalało na to ukształtowanie terenu. A że wyboru wielkiego nie było, a i sieć jednych i drugich dróg nie jest tu zbyt gęsta, zdarzyć się może, że będziemy jechali równolegle do pociągu. No, pociąg najczęściej nas wyprzedzi. I nic na to nie poradzimy, pociągom jakoś łatwiej jest, drogi nie muszą obserwować, rąk na kierownicy trzymać. W związku z tym, że na długich odcinkach drogi żadne drzewa nie zasłaniają nam widoku na wodę i to, co znajduje się po drugiej stronie, znowu nietrudno będzie o achy i ochy. Tam po drugiej stronie Loch Carron znajdują się góry Torridon, ze szczytami nierzadko pokrytymi śniegiem nawet w lecie. Tam kręcono co bardziej malownicze sceny do „Nieśmiertelnego”. Na przykład, gdy Ramirez uczył MacLeoda fechtunku.

 

Gdy kończy mi się zatoka, droga prowadzi jeszcze przez jakiś czas prosto, robi się jakoś niepokojąco płasko, a góry jakby się ode mnie oddaliły, mijam kilka pojedynczych domów, pozostałości osad, wsi, wreszcie docieram do skrzyżowania z drogą A896 i skręcam w lewo. I już wkrótce znowu jestem nad Loch Carron, tym razem nad północnym brzegiem zatoki. Taka sytuacja zdarzać się będzie teraz częściej. Kiedyś nocowałem w B&B nad jedną z takich zatok. Kiedy rano żegnałem się z gospodarzem, zapytał mnie w którym kierunku jadę. Wzdłuż zatoki, dalej przed siebie. W porządku, powiedział, w takim razie za pół godziny wyjdę za dom i ci pomacham. I rzeczywiście, za jakieś pół godziny oglądałem miejsce, z którego rano wyjechałem – z drugiego brzegu wąskiej, długiej zatoki.

 

Na północy Szkocji drogę dzielimy ze zwierzyną hodowlaną częściej niż z innymi samochodami. Zdjęcie wykonane nad Loch Eriboll.

 

Jadę więc przed siebie, generalnie na północ, choć prawie nigdy nie wprost w kierunku północnym. To w lewo, to w prawo, raz wzdłuż wybrzeża, z widokiem na ocean i wyrastające z niego wyspy, raz dolinami górskimi, na przełęcze i z górki, z powrotem gdzieś w pobliże wody. Jak, na przykład, znad brzegów zatoki Loch Kishorn, którą ledwo zobaczyłem, nim skręciłem w prawo i w górę na kolejną przełęcz, by dotrzeć do Shieldaig, osady położonej nad brzegiem zatoki Loch Shieldaig. I teraz to dopiero mam widoki! Jadę wzdłuż Upper Loch Torridon, a z wody, po drugiej stronie zatoki wyrastają niebosiężne wręcz, granitowe szczyty Beinn Alligin, Beinn Eighe i całe otaczające je górskie towarzystwo. I znowu w górę, w stronę przełęczy, zwrot w lewo i kolejny zapierający z piersiach zjazd – nad Loch Maree, niewiarygodnie wręcz zjawiskowe długaśne jezioro (tak, tym razem jezioro, nie zatoka), otoczone z obu stron przez kolejne wzgórza i góry. I dalej wzdłuż jeziora, z widokiem na wyrastające po jego przeciwnej stronie góry, na dominujący nad krajobrazem po tej stronie szczyt Slioch, na wysepki rozrzucone na wodach Loch Maree. A potem znowu ocean, kawałek za Kerrysdale. Kiedy jechałem tędy po raz pierwszy, w 2000 roku, a dwóch nas w samochodzie wtedy było, z głośników leciała płyta „Atom Heart Mother” Pink Floyd. Ja, jak zwykle, zajęty byłem panowaniem nad kierownicą, więc percepcję okolicy miałem ograniczoną, jednak znajomy, który siedział w fotelu pasażera stwierdził, że dramatyczny krajobraz przesuwający się za szybami samochodu stanowił najlepszy teledysk, wizualne uzupełnienie tytułowej suity. Jeśli czyta te słowa ktoś, kto słucha Pink Floyd i zna „Atom Heart Mother”, niech sobie wyobrazi. Rzeczywiście, przez ponad dwadzieścia minut siedział tam na sąsiednim fotelu jak zaczarowany.

 

Od Gairloch, osady położonej nad zatoką Loch Gairloch, warto rozglądać się za plażami morskimi. To nie żarty. O przepięknych piaszczystych plażach była już mowa przy okazji wizyty na wyspie Islay. Trzeba pamiętać, że zachodnie wybrzeże Szkocji opływa ciepły Prąd Zatokowy, a co za tym idzie, mimo szerokości geograficznej, woda w oceanie nie jest jakoś specjalnie zimniejsza niż woda w Bałtyku w sezonie letnim. Tak, znane są przypadki kąpieli w falach Atlantyku, czasem nawet w pobliżu co bardziej znaczących osad spotkać można kilkanaście osób baraszkujących w dość zimnej jednak wodzie. Czyli można. Kiedy po raz pierwszy wlazłam na jedną z takich plaż, gdzieś na zachodnim wybrzeżu, byłem tak zmęczony prowadzeniem samochodu (od ponad tygodnia robiłem co najmniej 100 km dziennie, nie licząc podróży z kraju do południowej granicy Szkocji), że zwyczajnie zasnąłem w osłoniętym klifami kącie, na nagrzanym słońcem piasku. Nie była to jednak moja ostatnia wizyta w tamtych okolicach, a następne organizowane były w sposób coraz bardziej cywilizowany, więc i chęci do spróbowania jak to jest ponurzać się w falach oceanu było coraz więcej. Obecnie, jeśli tylko jestem na zachodzie Szkocji lub na którejś z wysp, a pogoda sprzyja, znalezienie miejsca na kąpiel w oceanie jest jednym z priorytetów. Nie znam bardziej relaksującego zajęcia.

 

Podróżując na północ Szkocji dość szybko przyzwyczaić się trzeba do dramatycznych krajobrazów. I wąskich dróg z mijankami.

 

Kiedy już miniemy zatoki Loch Ewe i Little Loch Broom, droga nasza – a jest to jedyna droga, wyboru żadnego nie mamy – zaczyna kierować się niebezpiecznie na południowy wschód, czyli w niemal przeciwnym kierunku do wybranego. Nie ma co się tym zbytnio jednak przejmować. Prędzej czy później, ciągle jadąc w okolicy, o której urodzie jeszcze wnukom będziemy opowiadać, dotrzemy do skrzyżowania z drogą A835. I tutaj mamy wybór. Możemy pojechać w prawo i stosunkowo szybko wrócić do cywilizacji – po godzinie możemy już być w Inverness, czy też jeszcze wcześniej wpaść do destylarni Glen Ord w miejscowości Muir of Ord, czy też pojechać do Dingwall, poszukać pozostałości legendarnej destylarni Ferintosh, a przy okazji odwiedzić plac budowy destylarni GlenWyvis. Chyba że tę ostatnią już zbudowano, wtedy skorzystać z oferowanych przez nią atrakcji. To jeśli zdarzyło się nam przestraszyć pustkowia północno-zachodniego wybrzeża. No i spójrzmy prawdzie w oczy – ta opcja oznacza porażkę, bo do najbardziej klimatycznych miejsc dopiero mamy dotrzeć.

 

Jeśli jednak – tak jak mnie – zafascynowała was totalna dzicz szkockiej północy, jedziemy w lewo, podążając za drogowskazem na Ullapool. W Ullapool, miejscowości dla wielu kwalifikującej się co najwyżej jako większa wioska, trzeba pamiętać, że to ostatnie miejsce, gdzie możemy zrobić poważniejsze zakupy. Zresztą, pilną potrzebę takowych już z dużym prawdopodobieństwem odczuwamy – ostatni większy sklep odwiedzaliśmy na wyspie Skye, w Portree. Następny będzie dopiero w Thurso. A w Ullapool mają Tesco! I to wcale nie z tych najmniejszych. Nie wiem jak jest teraz, czy ta usługa została utrzymana, ale swego czasu korzystałem tutaj nawet z publicznej łaźni. Bo i tę potrzebę na tym etapie zaczynamy coraz dotkliwiej odczuwać, jeśli wędrujemy z namiotem, a czasem nawet zdarza się nam konieczność nocowania w samochodzie. Różnie bywa, więc i o tym warto pamiętać i tę łaźnię sprawdzić. Najlepszy prysznic, jaki w życiu wziąłem. I to za jedyne 50 pensów. Grzechem byłoby nie skorzystać.

 

To, co na mapie bywa zaznaczone jako pełnoprawna miejscowość, nierzadko wygląda właśnie tak, jak na zdjęciu.

 

Z Ullapool można popłynąć na Hebrydy Zewnętrzne, ale tym zajmiemy się kiedy indziej. Tym razem odświeżamy zapasy, w razie potrzeby odświeżamy też siebie samych i ruszamy dalej na północ. I tutaj docieramy do miejsca, gdzie trzeba wreszcie opowiedzieć o najgroźniejszych szkockich potworach, o midżach. Highland midge (Culicoides impunctatus), bo tak się fachowo nazywa, to rodzaj owada, meszka milimetrowych rozmiarów. Wygląda bardzo niepozornie i nie budzi grozy, kiedy się o niej opowiada osobom, które nigdy z nią nie miały styczności. Co więcej, zwykle przy takich okazjach słyszy się buńczuczne, co mi tam! Kiedyś ze szwagrem jak pojechaliśmy na ryby o świcie, to prawie nas zjadły komary, a i tak daliśmy radę. Co mi tam jakieś meszki, jakieś midże… No właśnie…

 

Kiedy przygotowywałem swoją pierwszą wyprawę do Szkocji w 2000 roku, korespondowałem mailowo (nie było wtedy jeszcze fejsbuka i setki innych komunikatorów) z pewną zaprzyjaźnioną właścicielką The Whisky Shop w Dufftown. Uzyskałem ogromną pomoc, niezliczoną liczbę konkretnych wskazówek i rad. Kiedy wreszcie dotarłem do Dufftown, gdzie mogłem osobiście podziękować, miałem za sobą dwa tygodnie w trasie po północnej i północno-zachodniej Szkocji. I doświadczenie tych wrednych owadów. Zapytałem dlaczego mi o nich w ogóle nie wspomniała. W odpowiedzi usłyszałem, że wolała przemilczeć. Jeśli jest jakiś powód, dla którego Szkocję należałoby jednak omijać z daleka, zdaniem Fiony są nim midże.

 

Niech nikogo nie zwiedzie sielankowość tej fotografii. W powietrzu grasują midże.

 

Jak objawia się ich nieznośność? Przede wszystkim, jest ich mnóstwo. Latają, a właściwie unoszą się w powietrzu, bo z natury są raczej mało dynamiczne, całymi chmurami. Bywa że w promieniu kilku metrów od nas jest ich tysiące. Pamiętam, jak kiedyś próbowałem rozbić namiot na wyspie Jura. Że to głupi pomysł, zorientowałem się gdy mój plecak był w połowie drogi z ramion na trawę. A kiedy się po niego schylałem, miałem wrażenie, że twarz wciskam w coś ogromnego, żywego, czarnego i buczącego. Był to skrajny przypadek, prawdziwe apogeum moich przygód z tymi owadami. Jednak nawet jeśli jest ich odrobinę mniej, możemy być pewni, że nam nie odpuszczą. Będą chodziło po odsłoniętych częściach ciała, będą wchodziły pod rękawy i nogawki. Poczujemy te parszywe bestie w uszach, będą spacerowały nam po głowie, wśród włosów, wejdą do uszu, oczu, nosa. Jeśli będziemy gotowali wodę, czy cokolwiek innego na turystycznej kuchence gdzieś na świeżym powietrzu, będą w tej potrawie czy wodzie. I będą gryzły. Wredność tych ukąszeń polega głównie na ich ilości i nieuchronności. Mniej na bólu, czy opuchliźnie, choć i ta potrafi być uciążliwa, szczególnie jeśli ktoś ma uczulenie. To nie tak, jak z komarem, że wystarczy się wstrząsnąć, machnąć ręką, wykonać dowolny, nieco bardziej gwałtowny ruch i paskuda ucieka przynajmniej na chwilę. Midże mają w nosie nasze wysiłki, by się od nich uwolnić. Niezależnie od tego, jak gwałtownie będziemy się ruszać, jak będziemy skakać i wywijać kończynami, usiadły na skórze midż jest już nasz. A właściwie, my jego. Ich. Tej całej niezmierzonej hordy.

 

A tak wyglądał ten sam namiot widziany od wewnątrz. To one, najstraszniejsze szkockie potwory. Niech Nessie się schowa.

 

Właśnie na odcinku wyprawy gdzieś na północ od Ullapool, znaleźliśmy niegdyś idealne – jak się wydawało – miejsce na rozbicie namiotu. A że pora była odpowiednia, a zakupione parę chwil wcześniej w Ullapool piwo krzyczało do nas z bagażnika, że wypite być chce natychmiast, zanim się ogrzeje, postanowiliśmy skorzystać ze sposobności i przerwać wędrówkę do rana. A pogoda była piękna – na niebie nie było żadnej poważniejszej chmurki, lipcowe słońce grzało niewiarygodnie, wśród skalistych gór nie było ani śladu wiatru. Tym razem wyczekały bestie aż będziemy w połowie rozbijania namiotu. Wreszcie przystąpiły do ataku. Początkowo mieliśmy nadzieję, że wykpimy się energicznym spacerem w pobliżu naszego obozowiska. Midże są niemrawe, więc jeśli człowiek się porusza, spaceruje, biegnie, to jest szansa na uniknięcie bolesnych ukąszeń. Jednak ile można chodzić? Dopóki szliśmy, wszystko było w miarę OK, jednak gdy tylko się zatrzymaliśmy, odnieść można było wrażenie, że pojawiają się znikąd i natychmiast atakują. Jakby ciągle leciały dosłownie o kilka centymetrów za nami i wpadały na nas siłą bezwładu natychmiast po zatrzymaniu.

 

Nietrudno wyobrazić sobie nasze rozczarowanie – nastawialiśmy się na słodki piknik, jakieś żarełko, ciągle jeszcze zimne piwo (wyciągnięte w Ullapool z lodówek w sklepie), rozkosz bezczynności w okolicznościach przecudnych. Patrz zdjęcie. A tymczasem nic z tego. Co gorsza, wydawało się, że owadów jest z minuty na minutę więcej. Wreszcie poddaliśmy się, wleźliśmy do namiotu, zapięliśmy go nie pozostawiając ani szczeliny i tak siedzieliśmy. A na zewnątrz buczało… Jasnym stało się dość prędko, że i w namiocie nie napijemy się tego cholernego piwa. Napełnianie pęcherza wszak skutkuje koniecznością jego opróżniania, a tego nawet wolałem sobie nie wyobrażać. Naprawdę. I tak już byliśmy pogryzieni wystarczająco dotkliwie. Żeby jeszcze odsłaniać i wystawiać na pastwę tych potworów inne części ciała niż tylko dłonie i twarze? Nie ma mowy! Z pogwałceniem wszelkich zasad BHP ugotowaliśmy sobie jakieś jedzenie uruchamiając turystyczną kuchenkę gazową w namiocie i tak siedzieliśmy. A dzień był długi, niewiarygodnie długi. Jeśli ktoś narzeka, że mu czas zbyt szybko ucieka, polecam zamknąć się w namiocie i pozostać tam w bezczynności przez kilka godzin. Wskazówki zegarka będzie palcem popychał, zapewniam.

 

Zatoki morskie wcinają się bardzo głęboko w ląd, a wprost z ich wód wyrastają pełnowymiarowe góry.

 

Opisana wyżej historia wydarzyła się latem 2006. Teraz wiem już nieco więcej, ze szkockimi potworami już nie walczę, ale znam ich zwyczaje nieco lepiej i wiem jak zminimalizować ból. Kilka zasad, reguł i prawd na temat midży (midżów?). Nie wlatują do pomieszczeń, nawet jeśli okno jest uchylone. Jeśli więc mieszkamy w pensjonacie, hostelu, czy innej chacie, jesteśmy bezpieczni. Szkockie owadzie paskudy w największej ilości pojawiają się w sezonie letnim, bez porównania więcej jest ich na północnym zachodzie niż chociażby w Speyside. Żerują o poranku i wieczorem. W ciągu dnia jesteśmy bezpieczni, nawet w krótkich spodenkach. Jak napisano kilka linijek wyżej, midże są raczej niemrawe, a to oznacza, że przestają być dokuczliwe w miejscach wystawionych na działanie wiatru. Dziwnym trafem, midże nie dokuczały mi, gdy siedziałem na klifie na Dunnet Head (jeszcze tam dojedziemy) i oglądałem zachód słońca nad Orkadami, sącząc pewną Glen Moray, natomiast omal nie zjadły żywcem, gdy wróciłem do namiotu ustawionego nieopodal, za niewielką wydmą. Jeśli więc chcemy spędzić wakacje pod namiotem w Szkocji, należy zaopatrzyć się w taki sprzęt, który bez większego problemu da się rozbić w miejscach otwartych, wietrznych, a jego tropik nie pozwoli na dostanie się wichury do wewnątrz.

 

Jednak jedziemy dalej na północ, pamiętając by w miarę możliwości odbijać na zachód, ku oceanowi, z głównej drogi prowadzącej nas już teraz niemal prosto w górę mapy. Szczególnie, że krótko po zostawieniu za sobą Ullapool poruszać się będziemy przez kilkadziesiąt kilometrów w pewnej odległości od wybrzeża. Nie żeby brakowało tam wody, bynajmniej. Rzeki, rzeczki, potoki, potoczki, jeziora i jeziorka – wszystko to będzie naszym udziałem w przeróżnych postaciach. Warto się zatrzymać przy którymś z górskich potoków. Woda w nich płynąca ma barwę brązową wskutek przesączania się przez torf, a przy tym jest czysta i zdrowa, pozbawiona jakichkolwiek zanieczyszczeń. Przez wiele tygodni – licząc łącznie to i miesięcy – pijałem tylko i wyłącznie wodę z takich potoków. Prosto z takich potoków, z pominięciem przereklamowanej obróbki cieplnej. Nigdy nie doświadczyłem problemów z układem trawiennym. Warto spróbować choćby tylko ze względu na smak i przeniesienie tego doświadczenie na analizę smakowanej whisky. Jeśli w opisie whisky mowa jest o akcentach torfowych, to nie zawsze musi oznaczać dym pochodzący z torfu palonego podczas suszenia słodu. Niejedna destylarnia stosuje do produkcji wodę pochodzącą wprost z potoków pełnych takiej właśnie natorfowanej wody. Akcenty lekko ziemiste, ale przy tym słodkie, pojawią się w opisach chociażby Ardbeg, czerpiącej wodę z potoku wypływającego z niemal czarnego na pierwszy rzut oka jeziora Loch Uigeadail.

 

Loch Assynt i ruiny zamku Ardvreck.

 

Docieramy wreszcie do Loch Assynt. Przepiękne jezioro otoczone górami, z niezwykle malowniczymi ruinami zamku Ardvreck na niewielkim półwyspie wcinającym się w jego wody. Ze szczytem Ben More Assynt dominującym krajobraz od wschodu. Doskonałe miejsce, by dać się pociąć midżom, jeśli trafimy na bezwietrzną pogodę. Tutaj po raz pierwszy zetknąłem się w praktyce z czymś, co na Wyspach nazywane jest „honesty box” – skrzyneczką, zwykle zamkniętą na niewielką, symboliczną wręcz kłódeczkę, do której wrzucamy opłaty za korzystanie z różnego rodzaju atrakcji, a nad którą nie ma żadnego nadzoru. Chcemy przyczynić się do utrzymania ruin Ardvreck? Odpowiednie władze sugerują, by wrzucić do skrzyneczki pieniążek. Nie chcesz – nie musisz. I jakoś nikomu nie przychodzi do głowy „poczęstować się” taką skrzyneczką i jej zawartością. Nawet jeśli znajduje się ona na pustkowiu, gdzie nawet jeśli posiedzimy kilka godzin, mamy szansę na spotkanie dwóch, może pięciu osób. Kiedy nocowałem w namiocie rozbitym na sąsiednim cyplu, z widokiem na Ardvreck Castle, od chwili rozbicia namiotu do śniadania następnego dnia drogą obok nie przejechał żaden samochód. A ruiny są ładnie utrzymane, trawa wokół przystrzyżona, teren wysypany żwirkiem, ani śladu chwastów. Widać, że ktoś się tym zajmuje. Diabli wiedzą kiedy, ale jednak.

 

Znad Loch Assynt aż kusi, by pojechać prosto na północ, zostawiając za sobą brzegi jeziora już paręset metrów po minięciu ruin Ardvreck. Tak zrobiłem za pierwszym razem, jednak przy kolejnym pobycie w okolicy już postanowiłem zapuścić się nieco dalej. Pojechałem wzdłuż Loch Assynt, na zachód, aż do wybrzeża, a potem z powrotem, wzdłuż oceanu. Zatoczyłem spore koło, z siedmiu mil dzielących mnie od Kylesku, zrobiło mi się ponad trzydzieści. A dorzucając wycieczkę do latarni morskiej Stoer, to i prawie czterdzieści. Ale warto było. Osady o tajemniczo brzmiących nazwach Clachtoll, Clashnessie, czy Nedd to w gruncie rzeczy za każdym dosłownie pięć, najwyżej dziesięć domostw. Droga przez nie wiodąca to najwęższa i chyba najbardziej kręta droga, jaką przyszło mi kiedykolwiek jechać. I te wyludnione, piaszczyste plaże poutykane między skałami, czasem zupełnie miniaturowych rozmiarów, czasem ciągnące się przez nawet kilka kilometrów. I skalisty, surowy krajobraz. Pozbawiony, co prawda, jakichś wysokich wzniesień, jednak poszarpany, nasrożony, czasem wręcz złowrogi.

 

W poszukiwaniu Sandwood Bay Beach - zatoka Loch Inchard.

 

Potem Kylesku, most przerzucony przez wąski przesmyk łączący Loch Gleann Dubh i Loch a’ Chairn Bhain, dwie zatoki morskie wcinające się tu głęboko w ląd. Następnie droga prowadzi znowu niemal prosto na północ, właściwie północny zachód, do Scourie, gdzie skręca na północny wschód, znowu biegnie niepokojącą, ciekawą okolicą, aż dociera do Laxford Bridge. Wbrew temu, co mogłyby sugerować różne mapy, na przykład, atlas samochodowy dostępny na niemal każdej stacji benzynowej w Szkocji, Laxford Bridge nie jest nazwą miejscowości, lecz dokładnie tym, czym jest dosłownie – mostem nad rzeką Laxford. A oznaczany jest na mapach pewno dlatego, że stanowi również skrzyżowanie dwóch ważnych dróg – a to w tej części świata wydarzenie nie lada. Dwie drogi do wyboru! No właśnie, i wybór jest niełatwy. Bo jeśli skręcimy w prawo i pojedziemy za drogowskazem na Lairg (droga A838), czeka nas absolutnie zapierająca dech w piersiach wycieczka wzdłuż kilku jezior, generalnie przez cały czas doliną, aż dotrzemy do obiecanego na drogowskazie Lairg, skąd już stosunkowo niedaleko do Tain, Dornoch, czy nawet Brory, w zależności którą drogę w tym Lairg wybierzemy. Czyli już wschodnie wybrzeże, Morze Północne. Kiedy sobie przypomnę jak to nie tak dawno leciałem na łeb na szyję tą trasą, bo nie chciałem spóźnić się na umówione spotkanie wieczorem w Dufftown, a jeszcze wczesnym popołudniem ciągle byłem w Durness na północnym zachodzie. Jak starałem się za wszelką cenę – z narażeniem zdrowia i życia – jednak uszczknąć coś dla siebie z tych niesamowitych widoków, kiedy to, na przykład, z wód Loch Stack wyrastają potężne, pokryte śniegiem góry na przeciwległym brzegu. A po dotarciu do Dufftown sprawdziłem skrzynkę mailową w telefonie. Od rana czekała tam wiadomość od odwołaniu spotkania.

 

Tymczasem jednak decyduję się na wędrówkę dalej na północ. Tylko już się rozpędzam za bardzo. A to dlatego, że chciałbym wreszcie trafić na jakąś ładną plażę. Zbyt często o nich tutaj wspominałem, żeby zadowolić się byle jaką. W co najmniej dwóch internetowych publikacjach poświęconych urokom Szkocji znalazłem ranking tychże, a na szczycie obydwu zestawień – ona. Sandwood Bay Beach. Taka co podobno wszystkie inne ma pod sobą. Będąc w pobliżu, a w pobliżu wszak jestem, nie mogę sobie odmówić jej zobaczenia. Tym bardziej, że pogoda dopisuje.

 

Zamiast pięknej plaży nad zatoką, dotarłem do klifu. Dalej już tylko otwarty ocean.

 

Przy okazji, w tym miejscu zechcę podkreślić fakt, o którym być może nie wszyscy czytający te słowa pamiętają. Wszystkie opisywane miejsca rzeczywiście odwiedziłem. Tych, które nie odwiedziłem, nie opisuję. Wszystko, o czym piszę, naprawdę się wydarzyło. Niekoniecznie w tej kolejności, niekoniecznie podczas jednej wyprawy. No i prawie nigdy podczas samotnych wędrówek. Tak czy inaczej, akurat w przypadku mojej przygody z Sandwood Bay Beach warto o tym pamiętać. Aha, tutaj byłem naprawdę sam.

 

Niecałe 10 kilometrów na północ od Laxford Bridge dojeżdżam do skrzyżowania z drogą B801, a odpowiedni drogowskaz mówi mi, że tędy dojadę do miejscowości Kinlochbervie i Oldshoremore. Jak się wkrótce okazało, dojechałem nią do jeszcze kilku innych. Poza atlasem samochodowym Szkocji nie mam, niestety, żadnej mapy. Zakładam, że tak okrzyczane w internetach miejsce, jak Sandwood Bay Beach będzie nie tylko odpowiednio oznakowane, ale że będzie można dojechać tam samochodem. A w ostateczności, to mam ten pakiet internetowy w telefonie, włączę sobie mapy Google i wszystko będzie jasne. Zaawansowana technika doprowadzi mnie jak po sznurku.

 

Dość szybko okazuje się, że o sygnale telefonii komórkowej mogę zapomnieć, czyli internety odpadają. Pozostaje tylko dość jednak szkicowa mapa, pamięć (wszak drogę na miejsce rozgryzłem teoretycznie dość dokładnie) i intuicja. Kierowany wszystkimi wspomnianymi, docieram do osady Shegra, przejeżdżam ją jak burza, znaczy zostawiam za sobą te siedem domów, co to się łącznie Shegra nazywają, docieram do miejsca, gdzie droga się kończy. Naprawdę. Koniec świata. Gwoli ścisłości, droga niezupełnie się tu kończy, ale dalej to już boję się wjeżdżać samochodem. Zostawiam go na ostatnim skrawku asfaltu, wrzucam plecak na ramiona, w nim przede wszystkim woda i coś do jedzenia, i ruszam przed siebie.

 

Cape Wrath to - jak sama nazwa wskazuje - nie przelewki.

 

Po około godzinie spaceru kończy się droga. Na horyzoncie widzę otwarty ocean, ale ani ten horyzont jakoś blisko mnie nie jest (jak to horyzont, cholera), ani gdzieś po drodze wzrok jakoś nie chce mi się zatrzymać na pasku złotej plaży. Wszędzie wokół mnie torfowiska, przecięte w najniższym miejscu czymś, co z daleka wygląda jak potok. Z chwili na chwilę spacer staje się coraz bardziej uciążliwy, podłoże coraz bardziej podmokłe. Powtarzam sobie, że jeśli się wycofam, to nigdy nie dotrę do tej przepięknej plaży, a skoro tak źle mi się idzie, to na pewno gdzieś przegapiłem jakąś ścieżkę, ale jak już dotrę do oceanu, jak już znajdę plażę, to wszystko się wyjaśni, droga powrotna będzie łatwiejsza, bo już jakimś bardziej wydeptanym szlakiem. A że jest jesień, dni są krótkie, nie stać mnie na to, by się teraz wycofać, wrócić do Shegry i szukać innej drogi. Brnę. No, słowo brnę ma coraz większy sens w odniesieniu do tego, jak się poruszam. W oddali widzę jakąś stertę kamieni, co to najpewniej kiedyś domostwem jakimś była, ocean jest coraz bliżej, ale plaży jak nie było, tak nie ma.

 

Żeby nie przedłużać – przepięknej ponoć Sandwood Bay Beach nigdy nie zobaczyłem. Dotarłem do krawędzi klifu, którym w tym miejscu skończył się ląd, popatrzyłem w dół, w dal, westchnąłem i wróciłem tą samą drogą. Kiedy po kilku godzinach dotarłem z powrotem do samochodu, byłem wykończony, sfrustrowany i zawiedziony, a buty miałem przemoczone, aż w nich chlupotało. Nawet gdybym miał więcej czasu na poszukiwania, na tym etapie poddałbym się. Przynajmniej na ten dzień. Gdy wreszcie dopadłem internetu i zacząłem szukać wskazówek, dowiedziałem się, że pojechałem o jedną drogę za daleko. Trzeba było wcześniej się zatrzymać i ruszyć wcześniejszą drogą, z której szlak prowadzi do Sandwood Bay Beach. Tak czy inaczej, spacer w jedną stronę trwa podobno półtorej godziny. Teraz już wiem. Następnym razem będę mądrzejszy. A następny raz nastąpi. Już wkrótce. Osobiście tego dopilnuję.

 

Loch Eriboll.

 

Tymczasem wracam przez Kinlochbervie, Inshegrę i parę innych niepokaźnych osad, wzdłuż zatoki Loch Inchard, do głównej drogi wiodącej na północ. Drogowskaz na raz już odwiedzonym skrzyżowaniu mówi mi, że do Durness pozostało mi już tylko 14 mil. A Durness to już północne wybrzeże. Dalej na północ już się nie da. No i Durness to kolejna piękna piaszczysta plaża. Na dodatek taka, do której znam drogę, nie da się tam nie trafić. Wcześniej jednak, w Keoldale można załapać się na łódkę, która nas zabierze na drugą stronę zatoki Kyle of Durness, skąd minibusem można dostać się do Cape Wrath, najbardziej na północny zachód wysuniętego skrawka brytyjskiego lądu. Inaczej nie da się tam dojechać, szczególnie że w okolicy rządzi armia brytyjska, która tutaj urządziła sobie poligon, więc okolica nie zawsze jest dostępna, nie zawsze bezpiecznie byłoby się tu zabłąkać.

 

Po dotarciu do Durness trzeba, po prostu trzeba pojechać zgodnie z drogowskazami wskazującymi Balnakeil. Bo o ile plaża w Durness rzeczywiście potrafi dać sporo radości, o tyle plaża w Balnakeil to czysta rozkosz. Balnakeil, kolejna osada złożona z dosłownie kilku domów, położona jest u nasady niewielkiego półwyspu wcinającego się w Atlantyk niemal wprost na północ. Jego zachodni brzeg to w zdecydowanej większości długaśna, około dwukilometrowa piaszczysta plaża, w połowie przecięta niedużym klifem. Teren jednak wznosi się tu dość gwałtownie i odległy o ledwo 100-150 metrów brzeg wschodni półwyspu stanowi miejscami całkiem wysoki klif. Od plaży po stronie zachodniej do klifu na wschodzie teren jest łagodny, pokryty trawami. Można sobie tu usiąść na naturalnej łące i gapić się w dal, w otwarty ocean, obserwując przepływające na horyzoncie ogromne frachtowce lub kibicując poczynaniom pojedynczych żaglówek, jeśli akurat zdarzy się, że na taki spektakl trafimy. Kiedy byłem tu po raz pierwszy i drugi, ta piaszczysta plaża po zachodniej stronie była niemal pusta. W czasie dwóch pobytów spotkałem tu łącznie może pięć osób. Jednak w ostatnich latach – nie wiem dokładnie kiedy – tuż obok urządzono pole golfowe, przez co ruch na plaży zrobił się nieco większy. Jednak nie wszyscy wiedzą, że plaża nie kończy się na wspomnianym klifie, że dzieli on ją tylko na pół. Wystarczy przejść się ścieżką parę metrów dalej – i ta część plaży jest kompletnie pusta. Przynajmniej była ostatnim razem. Przy okazji, tuż przed plażą polecam wizytę na niezwykle klimatycznym, starym cmentarzu ze zrujnowaną, starą kaplicą.

 

Cmentarz i kaplica w Balnakeil. W tle piaszczysta plaża.

 

Opuszczam Balnakeil, przejeżdżam przez Durness i teraz już jadę na wschód. Po lewej stronie raz po raz ukazuje mi się ocean, po prawej ciągle podziwiać mogę przepiękne, surowe, szkockie góry. Widokiem gór muszę się nasycić teraz na jakiś czas, gdyż już niedługo teren, po którym się przemieszczam, wypłaszczy się, a góry pojawiać się będą jedynie gdzieś na horyzoncie. Docieram do Loch Eriboll – długiej na 16 kilometrów i niezwykle głębokiej zatoki morskiej, w przeszłości czasami używanej przez pełnomorskie statki jako schronienie przed sztormami. Droga, którą jadę, biegnie dokładnie dookoła zatoki, co czyni z jej objazdu ponad 20-kilometrową wycieczkę. Zaznaczone na wszelkiego rodzaju mapach miejscowości usytuowane wokół zatoki – Portnancon, Laid, Polla czy Eriboll – to w gruncie rzeczy najczęściej kilka pojedynczych domostw, wokół których panuje nieopisany wręcz spokój. Jeśli dopisuje pogoda, niebo jest czyste i nie wieje zbyt mocny wiatr, trudno oprzeć się idyllicznej atmosferze okolicy i nie pozazdrościć mieszkańcom tych domów. Z drugiej strony… Nocowałem kiedyś w pensjonacie B&B w Laid, na zachodnim brzegu zatoki. Mój gospodarz wyjeżdżał wieczorem w odwiedziny do znajomych. Zapytał czy nie potrzebujemy czegoś ze sklepu, bo akurat będzie przejeżdżał. Pewno, że chcieliśmy. Ostatnie piwo, kupione jeszcze w Ullapool, wysuszyliśmy na wydmach w Balnakeil, a w perspektywie pierwsze kolejne zakupy jawiły się dopiero w Thurso. W trakcie rozmowy wyszło nam jednak, że nasz gospodarz jedzie do Tongue, miejscowości oddalonej około 30 kilometrów, zabawi tam chwilę u znajomych, a więc wróci z tym piwem, gdy już stanowczo za późno będzie na zdejmowanie kapsla z szyjki jakiejkolwiek butelki. No i daliśmy sobie spokój. W Tongue to i my będziemy jutro, więc sami się obsłużymy.

 

No właśnie, jedziemy dalej, w stronę Tongue. Po prawej stronie mamy ostatnie już w najbliższej okolicy górskie widoki – to Ben Hope, prawie tysiącmetrowa góra, wyrastająca niemal wprost z brzegu jeziora Loch Hope. Przypominam, że w tej okolicy, w pobliżu wybrzeża tysiąc metrów powinno robić wrażenie. Mierzymy przecież prawie od poziomu morza. No i Ben Hope wrażenie robi. Tym bardziej, że na wschód od masywu nie ma już nic górzystego. Jedynie daleko, na południowym horyzoncie majaczą góry Highlands.

 

Most w Kylesku.

 

Bezpośrednio przed dotarciem do Tongue przejeżdżam zatokę Kyle of Tongue. Droga biegnie tutaj częściowo mostem, częściowo groblą. Pierwszym budynkiem po dotarciu na wschodni brzeg zatoki jest pewien hostel, w którym nie tak dawno zdarzyło mi się spędzić upiorną wręcz noc. Recepcjonistka oprowadziła mnie po budynku, udzieliła rad dotyczących podrzucania drewna do kominka (rzecz miała miejsce w drugiej połowie października), pokazała kuchnię, wszelkie sprzęty, po czym wręczyła klucz do drzwi wejściowych i zakomunikowała, że ona wraca do domu o 18:00, a oprócz mnie nie ma nikogo w całym budynku. Była godzina 17:45, a pierwszym samochodem poruszającym się od tej pory drogą, przy której stoi hostel – po tym, jak odjechała recepcjonistka – był mój samochód. Następnego dnia rano, ze mną za kierownicą. Jak się tak siedzi wieczorem w takim hostelu, człowiekowi różne klasyki kina w reżyserii np. Stanley’a Kubricka do głowy przychodzą. Czy tam inne Carpentery. Niewiarygodne przeżycie – za oknem jest ciemno, bo trafiłem na raczej pochmurną pogodę, do uszu nie dociera żaden hałas. Mimo nienajlepszej pogody, było bezwietrznie. Podczas tego typu wyjazdów warto mieć ze sobą latarkę. Na niebie nie było ani śladu księżyca, czy gwiazd, więc nawet wieczorny spacer nad morze nie był zbyt bezpieczną opcją, a korzystanie z telefonu jako latarki ma swoje ograniczenia.

 

Dalsza droga to już jazda po płaskim, meandrowanie wśród mniejszych i większych jezior i jeziorek, bardziej przypominających ogromne kałuże niż majestatyczne jeziora wśród szkockich gór. Czasem widok na ocean, czasem przepiękna plaża. Highlands – w tym tradycyjnym znaczeniu – ulegają tu wyraźnemu wygaszeniu. Czasem jakieś bardziej malownicze klify nad oceanem – na przykład, Strathy Point – jednak najczęściej otacza nas płaskie, co najwyżej lekko pofalowane torfowisko. Strach zejść z drogi, o zjeżdżaniu nawet nie wspominając. Ale zatrzymać się warto tu i ówdzie. Choćby tylko po to, by doświadczyć niespotykanego nigdzie indziej zjawiska akustycznego. Jest tu tak cicho, nawet w środku dnia, że jeśli zdarzy się przejeżdżający drogą samochód, odgłos jego silnika słychać już z kilku kilometrów. Jednak w tej ciszy i z tej odległości nie brzmi wcale tak, jak zwykle brzmi samochód. Ten dziwny, nieznany dźwięk zbliża się do nas i dopiero gdy jest kilkaset metrów od nas, rozpoznajemy co to takiego. Przejeżdża obok nas, jedzie dalej, odgłos silnika wygasa bardzo powoli w oddali. I znowu przez chwilę nie przypomina niczego, do czego nas słuch byłby przyzwyczajony. Niewiarygodne doznanie. Naprawdę warto zatrzymać się i posłuchać – ciszy.

 

Jedno z wielu oczek wodnych położonych wśród torfowisk. W tle po prawej stronie kadru - ocean.

 

Kolejną – i ostatnią na tym etapie – rzeczą, którą warto, to zatrzymać się przy jednym z nielicznych lokali serwujących gorące dania. Najczęściej będzie to ryba z frytkami, rzadziej jakieś mięsa, czasami haggis. Nie wolno zrażać się wyglądem budynków, w których takie przybytki się znajdują. Nic z tego, że wyglądają jak baraki, które już kilka lat temu powinny były się rozlecieć, gdzie strach chwycić za klamkę, żeby z drzwiami nie pociągnąć na siebie całej ściany. Zapędzony głodem, wszedłem nie tak dawno do takiego lokalu w okolicach Strathy, jeśli pamięć nie zawodzi. Nie jestem już człowiekiem młodym, ale mam wrażenie, że wchodząc do lokalu obniżyłem średnią wieku zebranych, w tym obsługi, do najwyżej osiemdziesięciu pięciu lat. Przy barze zamówiłem fish & chips, co wydało mi się najbezpieczniejszą opcją w tych okolicznościach, po czym usiadłem przy stoliku przypominającym wyposażenie kawiarni z czasów gierkowskich w Polsce. Rzuciła mi się w oczy informacja wykaligrafowana na kartce przymocowanej na taśmę klejącą do ściany przy barze, której treść można streścić w następujący sposób: „Tu gotujemy po domowemu, a to musi potrwać. Jeśli ci się nie podoba, to źle trafiłeś. I wcale nie jest nam z tego powodu przykro.” Rzeczywiście, jedzenie podano bez pośpiechu, jednak gdy spróbowałem frytek i wgryzłem się w rybę, przetarłem oczy ze zdumienia. Za cenę najpodlejszego dania w pubie gdzieś w wielkim świecie, na przykład Glasgow, dostałem wyśmienite, domowe frytki i świeżutką, niemal wprost z oceanu rybę w doskonałym cieście, usmażoną na świeżym oleju. W życiu nie spodziewałbym się takiej uczty, gdybym miał ocenić po wyglądzie lokalu. W Szkocji pozory bardzo często mylą, bardzo często.

 

Ben Loyal, ostatnia taka góra na opisywanej trasie.

 

No dobrze, czas kończyć tę część opowieści o wędrówce po najpiękniejszym kraju świata. Nie było dziś żadnej destylarni, o whisky wspominałem tylko mimochodem, a i tak zrobił się z tego najdłuższy jak dotąd odcinek. O moim ulubionym fragmencie Szkocji. Nie wspomniałem o Smoo Cave koło Leirinmore, nie wspomniałem o plażach Ceannabeinne, Coldbackie, Armadale, czy plażach w Bettyhill. Nie pisałem o degustacji whisky rozcieńczonej kilkoma kroplami torfowej wody z potoku A’ Ghairbhe, o kąpieli w oceanie na plaży w zatoce Scourie Bay. Nie było o polowaniu na ostrygojady – fotograficznym polowaniu – na klifach cypla Strathy Point. Ani o tym, jak to nie wiedząc jak się zachować na torfowisku wpadłem kiedyś po kolano w czarną maź, po czym wyciągnąłem – z niemałym trudem – nogę już bez buta. Nie ma już czasu na te opowieści. Oto moim oczom ukazały się pierwsze budynku Thurso, a po prawej stronie widzę park technologiczny Henderson Park, na terenie którego znajduje się destylarnia Wolfburn, wybudowana niedawno najdalej na północ wysunięta gorzelnia szkocka na stałym lądzie. Ale o tym w następnym odcinku. Jak i o tym, że od długiego czasu poruszam się po trasie reklamowanej w ostatnich latach jako North Coast 500, czy też w skrócie NC500. Cóż, kiedy jechałem tędy po raz pierwszy i drugi, nikomu nie przyszło do głowy tej okolicy w ten sposób reklamować. Wtedy to była po prostu droga na północ.

 

Na NC500 zostaniemy jeszcze przez jakiś czas, więc będzie okazja wspomnieć i o tym produkcie marketingowo-turystycznym. Tymczasem skręcam w prawo i szukam budynków Wolfburn. Jestem umówiony na piętnastą.

 

Destylarnia Wolfburn w Thurso.

 

[cz. 1] [cz. 2] [cz. 3] [cz. 4] [cz. 5] [cz. 6] [cz. 7] [cz. 8] [cz. 9] [cz. 10] [cz. 11] [cz. 12] [cz. 13] [cz. 14] [cz. 15] [cz. 16] [cz. 17] [cz. 18] [cz. 19] [cz. 20]

Ostatnie wiadomości

W galeriach...