Z Murray McDavid po Szkocji (cz. 7)

...

W poprzednich odcinkach:

Przylot, pierwsza destylarnia [cz. 1]

Campbeltown [cz. 2]

Południowa część Islay [cz. 3]

Reszta Islay i Jura [cz. 4]

Oban i Fort William [cz. 5]

Ben Nevis i Mull [cz. 6]

 

Kolejny dzień w Fort William wcale nie spędzony w Fort William. Po raz kolejny miasteczko zostaje niecnie wykorzystane jedynie jako baza noclegowa. W gruncie rzeczy, wyprawa o której dzisiaj, zajęłaby więcej niż jeden dzień, a opisane w niej miejsca oglądałem podczas kolejnych kilkunastu wypraw. Najczęściej po raz kolejny i kolejny, w różnych konfiguracjach. Piszę o nich jednak jako o jednym dniu, gdyż rzeczywiście, wiele razy zdarzyło mi się wyjechać rano z Fort William, zaliczyć przynajmniej część wspomnianych niżej miejsc i wrócić na nocleg. Tym bardziej, że właśnie u stóp Ben Nevis miałem doskonałą bazę wypadową, jeden ze wspominanych już domów wynajmowanych w systemie self-catering. No i przywiązałem się. Corrie Duff, ostatni dom w Glen Nevis, w drodze na Ben Nevis – cudowne miejsce. A wodospad spływający ze stoków najwyższej szkockiej góry, w głębi doliny Glen Nevis to przecież czysta poezja. Tam Was jeszcze nie zabrałem, a to niedopatrzenie okropne. Prowadząca tam droga dostarcza wrażeń jak z prawdziwego roller-coastera. Szczególnie jeśli kierowca zechce pasażerom nieco dokuczyć.

 

A może jednak nie wrócę tym razem do Fort William, może zanocuję gdzie indziej, ruszę dalej, naprzód. Zobaczymy jak się ułoży. Coraz mniej lubuję się w planowaniu moich wyjazdów, coraz częściej spędzam noc tam, gdzie mi akurat wypadnie późne popołudnie i czas poszukiwania noclegu. Okaże się. Niech żyje spontan, hej! A co się może wydarzyć w takich sytuacjach, to najlepiej zilustruje moja noclegowa przygoda w pobliżu miejscowości Tongue w październiku ubiegłego roku (2016), najpewniej w następnym odcinku.

 

Spływający ze stoków Ben Nevis wodospad, jeden z wielu w dolinie Glen Nevis.

 

Kolejny dzień znowu zaczynam bladym świtem. Znowu muszę zdążyć na prom, a po drodze jeszcze to i owo zobaczyć. Nie ma więc ani czasu, ani miejsca na jakiekolwiek ociąganie się. Szkocja sama się nie zobaczy. A mówiłem już gdzie dzisiaj jadę? Jadę na wyspę Skye, jedno z piękniejszych miejsc w Szkocji. A potem już na północ, w totalną dzicz. Tak więc, została mi tylko jedna destylarnia plus plany budowy drugiej, a potem długo nic. Posucha. Nic to, jak mawiał klasyk. Wkrótce potem prawdziwy szkocki róg obfitości – Speyside.

 

Tak więc, wyruszam o świcie, jako się rzekło. Pierwszy prom z Mallaig do Armadale na Skye wyrusza o 7:40, a przede mną około godzina jazdy. No i obowiązkowy przystanek po drodze. Mijam więc w miarę obojętnie – bo ciągle zaspany i podirytowany midżami, które mnie zdążyły pogryźć zanim wsiadłem do samochodu – nieczynną Glenlochy, ledwo omiatam nieprzytomnym wzrokiem destylarnię Ben Nevis, nawet nie chce mi się patrzeć w stronę Neptune’s Staircase. A wszystkie te miejsca mijam wyjeżdżając z Fort William. Przy prostej między Fort William i Corpach znajduje się tablica świetlna, na której znajduję informacje dotyczące promów w Mallaig, ewentualnych zakłóceń, a także dowiaduję się ile zajmie mi droga do portu. Rzut oka na zegarek i wiem, że wszystko jest pod kontrolą.

 

Pomnik Jakobitów w dolinie Glen Finnan, tuż nad brzegiem jeziora Loch Shiel, pewnego zimowego poranka.

 

Przez dłuższy czas jadę wzdłuż brzegu zatoki Loch Eil, będącej kontynuacją zatoki Loch Linnhe. Ta druga, łącząca się bezpośrednio z morzem, na wysokości Fort William robi dość ostry zakręt, a za przewężeniem w okolicach Corpach nazywa się już Loch Eil. Tak czy inaczej, jak już się Loch Eil skończy, droga trochę pokręci wijąc się wśród gór, po lewej stronie pojawi się rzeczka, wtedy trzeba uważać, bo zbliżamy się do Glenfinnan. A z kilku powodów Glenfinnan nie chcemy przegapić. Po pierwsze, ze względu na nieziemsko piękny widok na jezioro Loch Shiel i otaczające je, wyrastające wprost z tafli wody góry. Po drugie, pomnik upamiętniający powstanie Jakobitów. To właśnie nad brzegami Loch Shiel, w 1745 roku Karol Edward Stewart, zwany przez lokalsów bardziej pieszczotliwie Bonnie Prince Charlie, rozpoczął powstanie, które miało przynieść mu tron brytyjski. Niewiele z tego wyszło, a książę – prywatnie prawnuk naszego Jana III Sobieskiego – musiał uciekać na Skye w przebraniu kobiety. Jeśli jednak dla kogoś piękne krajobrazy i jedno z ważniejszych wydarzeń w historii Szkocji to za mało, oto dwa powody rodem z popkultury. Nad brzegami Loch Shiel urodził się i wychował Connor MacLeod, bohater serii filmów pt. „Nieśmiertelny”, w którego rolę kilkakrotnie wcielił się Chistopher Lambert. A jeśli tego mało, gdy stojąc na wprost brzegów jeziora i pomnika Jakobitów, odwrócimy się o 180 stopni, oczom naszym ukaże się słynny Glenfinnan Viaduct – zabytkowy wiadukt kolejowy, który kilkakrotnie pojawił się w filmach o Harrym Potterze.

 

Wiadukt kolejowy w Glenfinnan, wykorzystany w filmach o Harrym Potterze.

 

Kiedy pierwszy raz byłem w Glenfinnan, ów wiadukt nie zdążył się jeszcze pojawić na ekranach kin, o filmach dopiero mówiło się, że są w sferze planów, a on i tak robił niesamowite wrażenie. Obstawiam więc, że sam w sobie jest obiektem godnym uwagi. Jednak filmowa sława podniosła jego atrakcyjność w oczach turystów na tyle, że obecnie często mówi się o nim „Harry Potter Viaduct” zamiast zwyczajnie Glenfinnan Viaduct. No i organizuje wycieczki, by go zobaczyć. Skoro jednak o wiadukcie mowa w kontekście filmów o Harrym Potterze, to największym wyczynem jednak byłoby chyba przejechać się po nim pociągiem. A najlepiej tym składem, który w filmie „grał” Hogwarts Express. I to jest możliwe – codziennie rano (przynajmniej w sezonie) z Fort William do Mallaig kursuje „Jacobite Train”, pociąg zestawiony z zabytkowych wagonów, ciągniony przez prawdziwą, sapiącą, dyszącą i dymiącą lokomotywę. Ten sam skład, który wystąpił w filmach o małym czarodzieju. A jeśli do tego dorzucimy, że parowóz nazywa się Lord of the Isles, można spodziewać się, że wagony pełne będą nie tylko fanów czarodziejskiego kina, ale i wielbicieli whisky. A przynajmniej 25-wersji Ardbeg Lord of the Isles.

 

No dobrze, trzeba jechać dalej, prom w Mallaig nie będzie czekał. Droga A830, którą w dalszym ciągu poruszamy się na zachód, kręci niemiłosiernie, ale nie jest jakoś specjalnie uczęszczana, a na dodatek jest wystarczająco szeroka, by poprowadzono dwa niezależne pasy – po jednym w każdym kierunku – tak więc można nieco przyspieszyć. Znowu pojawiają się dylematy czy woda, którą raz po raz widać po lewej stronie od drogi to jezioro, czy jakaś wrednie długa zatoka morska. Loch Eilt (parę kilometrów za Glenfinnan) to jezioro, ale już dwa kilometry później mamy po lewej burcie Loch Ailort, która jest pełnoprawną zatoką morską – przepiękną, oflankowaną wysokimi, skalistymi górami. Potem kolejna zatoka, i kolejna. Od morza już dzisiaj za daleko nie uciekniemy. Docieramy wreszcie do Mallaig. Tutaj nie można nie trafić na promowe nabrzeże – od pewnego już czasu prowadzą nas tam niechybnie drogowskazy, a także informacyjne tablice świetlne, podobne do tej, którą widzieliśmy na wyjeździe z Fort William.

 

Na peronie w Fort William stoi pociąg. Dla jednych to The Jacobite, ciągniąny przez parowóz Lord of the Isles. Dla innych to Hogwarts Express.

 

Jeśli wszystko poszło zgodnie z planem – a dlaczego miałoby nie pójść – do terminala promowego docieramy wystarczająco wcześnie, by kupić bilety (choć doradzałbym wcześniejszą rezerwację przez internet), ustawiamy się w kolejce i czekamy na przybycie promu. Albo na otwarcie trapu, jeśli prom już przy nabrzeżu stoi. Zresztą, do samego promu nie ma co się za bardzo przywiązywać – jest to jednostka tylko trochę większa od tego, co nas wiozło na Mull, rejs potrwa około pół godziny, a widoki na prawo i lewo są na tyle ciekawe, że cokolwiek prom miałby do zaoferowania na pokładzie, blednie to w porównaniu z pejzażem. Na wszelki więc wypadek prom nie ma nic do zaoferowania.

 

A poza promem widokowo dzieje się wiele. Pod warunkiem jednak, że pogoda pozwala nam się tym cieszyć. Bo i ląd, od którego się oddalamy z perspektywy morza zapiera dech w piersiach, i widoki w głąb zatoki Loch Hourn i dalej cieśniny Loch Alsh wzrok przyciągają i kuszą, by tam się wybrać. Z kolei po lewej burcie w oddali z morza wyłaniają się wyspy Eig i Rum, a na wprost widać cel naszej podróży – wyspę Skye i majaczące na horyzoncie góry Cuillins. Jeśli jeszcze z góry świeci słońce – a zdarzyło mi się to w tym miejscu i w tych okolicznościach kilka razy – to mamy istny raj na ziemi.

 

Nabrzeże promowe w Mallaig. Otwarta paszcza promu, który za kilka chwil zabierze nas na Skye.

 

Pół godziny rejsu upływa szybciej niż mogłoby się wydawać, przybijamy do nabrzeża w Armadale. Jeśli ktoś się spodziewa potężnej infrastruktury portowej, to niech się nie spodziewa. Zjeżdżamy po trapie na betonowe nabrzeże i po chwili już jedziemy – wcale nie pędzimy, bo wraz z nami z promu zjechało kilkanaście samochodów – niezbyt szeroką drogą wiodącą do Broadford, pierwszej większej osady na Skye. Kiedy już dotrzemy do głównego traktu komunikacyjnego na Skye, zaczyna się kręcenie wzdłuż brzegów zatok morskich, u stóp dosłownie niebosiężnych gór. To jest zwykle ten moment, kiedy żałuję, że to ja jestem kierowcą i przed siebie powinienem patrzeć, a nie rozglądać się dookoła. I muszę przyznać, że kiedy ostatnim razem wypożyczyłem samochód ze szklanych dachem, to omal nie zwariowałem. I omal się nie rozbiłem kilka razy, więc nie postawię się za wzór do naśladowania.

 

A pomijając te cholerne, przepiękne Cuillins, które teraz mam po lewej stronie, przed sobą lub po prawej (zależy jak droga w danym momencie zakręci) mam widok na cieśninę zwaną Inner Sound, dzielącą Skye od stałego lądu. Na wodach cieśniny znajduje się cały szereg wysp i wysepek – Scalpay, Pabay, Eilean Mòr, Longay, wreszcie Raasay – a w tle góry półwyspu Applecross i położone bardziej w głębi lądu góry Torridon. To tam kręcono co bardziej malownicze krajobrazowo sceny do wspomnianego już „Nieśmiertelnego”.

 

Jeśli z promu na Skye spojrzymy na północny wschód, zobaczymy mniej więcej taki widok. Czasem ładniejszy, ale to już od pogody zależy.

 

Docieram wreszcie do Sligachan, miniaturowej wręcz osady położonej przy głównej drodze, a której dwa najbardziej charakterystyczne elementy to zabytkowy, kamienny most i hotel o wybielonych ścianach, usytuowany tuż przy drodze, po lewej stronie. No i potok Sligachan, przepływający pod obydwoma mostami – starym i nowym, po którym teraz biegnie droga – z widokiem na góry Cuillins. W Sligachan skręcam w lewo, w drogę ewidentnie podrzędną, jednak niezwykle ważną. Ona właśnie prowadzi do destylarni Talisker, o czym informują drogowskazy, oraz do Fairy Pools.

 

Wiem, że jak już dotrę do Talisker, to już nigdzie więcej nie będzie mi się chciało ruszać, dlatego owszem, kieruję się na Talisker, jednak wypatruję dość niepozornej tabliczki informującej o drodze wiodącej do Fairy Pools, gdzie chcę dotrzeć najpierw. I tak z dość podrzędnej A863 skręcam najpierw w B8009, a gdy zobaczę już po prawej stronie wody zatoki Talisker Bay, po paruset metrach skręcam w lewo, w coś, co nie ma oznaczenia. Przede mną kilka kilometrów klasycznym zadupiem – droga wąska na jeden samochód, mijanki, kręcenie w prawo i lewo, nagłe podjazdy i niespodziewane obniżenia. Co więcej, znowu na drodze trudno się skupić, bo przede mną i nieco na lewo ode mnie te same Cuillins, które już widziałem, ale od strony, od której rzadko się je widuje. No chyba, że ktoś tutaj dotrze.

 

Fairy Pools u stóp gór Cuillins. Zdjęcie robione zimą, zwyczajowych tłumów turystów brak.

 

Fairy Pools to potok spływający z ośnieżonych nawet w lecie, granitowych szczytów gór, przepływający po skalistym podłożu i wycinający w nim niewiarygodne wręcz korytarze, spływający wodospadami, kaskadami, tworzący wypełnione wodą zagłębienia (stąd te „pools” w nazwie miejsca), otoczony potężnymi górami. Wszystko jest względne, góry nie są jakoś specjalnie wysokie w skali nawet Sudetów, nie wyskakują ponad 1000 metrów n.p.m., jednak z tutejszej perspektywy są gigantyczne. Być może trudno w to uwierzyć, ale w lodowatej wodzie potoku Allt Coire na Banachdich, na który składają się owe wodne fikołki, kąpią się ludzie. Szczelnie owinięci kombinezonami z pianki, ale jednak. Od samego patrzenia na to zjawisko zmarznąć można. No i niestety, miejsce jest bardzo popularne, więc nawet w lutym, kiedy byłem tam ostatnio, trudno znaleźć miejsce na wyznaczonym parkingu.

 

W drodze do Fairy Pools właściwie widziałem już charakterystyczne budynki destylarni Talisker, jednak – jak powiedziałem wcześniej – postanowiłem odłożyć sobie wizytę na potem. Teraz jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by wrócić nad zatokę Talisker Bay i tym razem zaparkować przed destylarnią. O samej Talisker nie ma co wiele pisać – jedna z wielu gorzelni należących do Diageo, jedna z oryginalnych „klasycznych” maltów, przedstawicielka wysp w pierwszym zestawieniu Classic Malts of Scotland. Czyli jedna z tych whisky, którym w dużej mierze zawdzięczamy dzisiejszą popularność szkockiej whisky słodowej. Kiedy byłem tu po raz pierwszy, w lecie 2000, była to jedna z niewielu destylarni należących do wielkiego koncernu, w których ani nie trzeba było się umawiać wcześniej na zwiedzanie, ani nie zastałem zamkniętych na głucho drzwi. Kiedy wpadliśmy tu na półtorej godziny przed zamknięciem Visitor Centre, załapaliśmy się na dwa ostatnie dostępne miejsca.

 

Destylarnia Talisker prezentuje się mało okazale, szczególnie widziana od strony zatoki Talisker Bay podczas odpływu.

 

Długo potem, kiedy zawitałem w Talisker wraz z grupką znajomych, okazało się, że w Szkocji również działa system załatwiania spraw po znajomości. Oto naszą przewodniczką była wówczas stara znajoma, niegdyś przez pewien niedługi czas związana z The Whisky Shop w Dufftown, niejaka Georgie. Pokazała nam destylarnię jak mało który przewodnik gdziekolwiek indziej. Opowiedziała rzeczy, których nie jestem do końca pewien, czy mogę powtarzać (na wszelki wypadek nie powtórzę). Zaprowadziła w miejsca, które nie zawsze i nie wszystkim się pokazuje. A potem poczęstowała hojnie. Co prawda, ja jak zwykle byłem kierowcą, ale moi koledzy wyszli bardzo zadowoleni. Georgie teraz jest szefową Lagavulin, ale tej znajomości jakoś nigdy dotąd w tym miejscu nie próbowałem wykorzystać. Zresztą, nie było potrzeby.

 

Jeśli komuś zdarzy się trafić do Talisker, serdecznie polecam wizytę paręset metrów dalej. Zaraz po minięciu budynków destylarni droga skręca dość ostro w lewo i biegnie w górę, oferując widok na Talisker z mniej znanej perspektywy. Jednak nie o widoki nam tu chodzi. Kawałek dalej znajduje się przybytek zwany The Oyster Shed, gdzie można kupić doskonałej jakości lokalne owoce morza, w tym przede wszystkim owe ostrygi z szyldu. I to wcale nie takie tam gadanie, że to lokalne, że świeże, i tak dalej. Zainteresowanym polecam odczekanie nad brzegiem Talisker Bay do odpływu. Znajdą wówczas setki, a nawet tysiące, jeśli odpowiednio długo będą liczyć, muszli ostryg, żyjących w wodach zatoki. Rozkosz dla podniebienia nie mniejsza niż produkowana tuż obok doskonała whisky słodowa. Ach, no i nie wolno dać się zwieść pozorom. Nazwa The Oyster Shed jest w stu procentach prawdziwa – to rzeczywiście jest szopa. Jednak w ekskluzywnym londyńskim Harrodsie nie zaserwują nam smaczniejszych i świeższych ostryg niż tutaj. Pomijając fakt, że mogą to być te same ostrygi. Plus transport i suta marża.

 

Zatoka Talisker Bay podczas odpływu. W tle zaśnieżone góry Cuillins. To, co wygląda jak białe kamyki w dolnej części kadru, to muszle ostryg. Ich naprawdę jest tutaj dużo.

 

Kiedy już napici whisky, napojeni widokami Fairy Pools i najedzeni owoców morza z The Oyster Shed postanowimy ruszyć na podbój reszty Szkocji, wracamy w okolice Sligachan, gdzie włączamy się w najczęściej niemały ruch na głównej drodze prowadzącej przez wyspę Skye do Portree i dalej na północ wyspy. Niestety, musimy pogodzić się z faktem, że wyspa Skye uznawana jest dość powszechnie i nie bez powodu za najpiękniejszą szkocką wyspę, co generuje spore zainteresowanie i niemały ruch. Szczególnie, że jest to jednocześnie najłatwiej dostępna wyspa – w Kyle of Lochalsh znajduje się most łączący ją ze stałym lądem, a jego istnienie wymusiło skierowanie niemałych dotacji mających na celu utrzymanie połączenia promowego Mallaig-Armadale, z którego skorzystaliśmy podróżując na wyspę. Innymi słowy, na Skye można dostać się za darmo korzystając z mostu, lub zapłacić wręcz symboliczną kwotę za prom.

 

W Portree nie zatrzymujemy się na długo. Właściwie to przejeżdżamy miasteczko, objeżdżamy zatokę Loch Portree, wokół której wyrosło, i udajemy się dalej na północ drogą A855. Tutaj trzeba uważać, bo już wkrótce droga się zwęża i na pewnym odcinku jest znowu wąską, pojedynczą drogą z mijankami. A uważać trzeba dlatego, że przed nami rozciąga się widok na nasz aktualny cel podróży, a mianowicie ogromny uskok tektoniczny, wzdłuż którego przez jakiś czas będziemy podróżować, oraz fantastyczne formacje skalne z tym uskokiem nierozerwalnie związane, zwane Storr, no i przede wszystkim iglicę Old Man of Storr, którą chcemy zobaczyć z bliska.

 

W takiej zimowej scenerii dane mi było niegdyś podziwiać Old Man of Storr, do którego właśnie zmierzałem. Zdjęcie wykonane z drogi wiodącej na północ półwyspu Trotternish.

 

Przy drodze u stóp Storr przygotowano niewielki parking i tablicę informacyjną na temat zjawisk geologicznych, które można tu podziwiać, jednak trzeba mieć sporo szczęścia, by załapać się na wolne miejsce na tym parkingu. Zwykle w tym miejscu na odcinku około kilometra porozstawiane są samochody na poboczu, a liczba osób wędrujących w górę, do Old Man of Storr bywa zastraszająca. Dlatego warto tu wybrać się poza sezonem, a jeśli w sezonie, to wyruszyć jak najwcześniej. Z parkingu czeka nas średnio wymagający, około 45-minutowy spacer pod górę. A tam przepiękny labirynt skał, ostańców, miniaturowych grani, porośniętych z obu stron mchem i trawami, wreszcie Old Man of Storr. A wszystko to ułożone wzdłuż wysokiej na grubo ponad 100 metrów i długiej na kilka kilometrów, skalistej ściany uskoku. Wrażenia nie do opisania.

 

Zdarzyło mi się kiedyś wspiąć na górę w niezbyt sprzyjającą tłumom pogodę. Pułap chmur znajdował się mniej więcej na wysokości podstawy Old Man of Storr, co oznaczało, że w zależności od powiewów wiatru iglicę raz było widać, raz nie. Podobnie jak pozostałe skały i skałki. Na szlaku nie było nikogo innego, a jedynymi towarzyszami mojego spaceru były pojedyncze owce, które i tak na mój widok raczej uciekały niż zawracały sobie głowę dotrzymywaniem mi towarzystwa. Zresztą i one raz były widoczne, raz ginęły w gęstej, białej mgle. Dotarłem do Old Man of Storr i tak sobie stałem podziwiając potęgę natury w postaci 60-metrowej iglicy wiszącej mi tuż nad głową. I stało się, że powiał lekki wiaterek i rozwiał chmury. Spektakl, który zafundowała mi wtedy natura, dosłownie powalił mnie na kolana. Oto chmury rozsunęły się majestatycznie, jak kurtyna w teatrze, a tuż za nimi pojawił się widok na skalną ścianę uskoku, znajdującego się mniej niż 100 metrów ode mnie, a dotąd ukrytego w białym mleku mgły. I nagle ta ogromna iglica, pod którą stałem, a która wydawał mi się tak przytłaczająco wielka, skarlała w oczach, a horyzont wypełniła kilkakrotnie przewyższająca ją ściana skalna. Dosłownie struchlałem. I jakoś już nie przeszkadzało mi, że zimno, że mokro, że paskudnie. Nie, nie – wszystko, tylko nie paskudnie. Dwoje znajomych, którzy dołączyli do mnie kilka minut później, już musiało się obyć tylko opowieścią o tym spektaklu. Zanim dotarli na górę, okolicę znowu spowijała gęsta mgła i nic nie wskazywało na to, że tuż obok, niemal na wyciągnięcie ręki znajduje się coś tak ogromnego. I pięknego.

 

Old Man of Storr z nieco innej perspektywy. W górnej części kadru wyspa Raasay, a jeszcze dalej zarówno Cuillins, jak i góry w Highlands na stałym lądzie.

 

Po ochłonięciu i zejściu z powrotem do samochodu, warto udać się dalej na północ tą samą drogą. Już niedaleko wybrzeże, wzdłuż którego się poruszamy, przekształca się w wysokie klify, po lewej stornie ciągle gdzieś majaczą ślady owego uskoku tektonicznego, a parę kilometrów dalej docieramy do punktu widokowego. Widać stąd z jednej strony stanowisko archeologiczne, gdzie odnaleziono niedawno ślady dinozaurów (odpowiednia tablica informacyjna zapewnia wszelką niezbędną wiedzę na ten temat), a z drugiej wodospad i tzw. Kilt Rock. Płynąca z góry rzeczka po prostu wpada sobie w ten oryginalny sposób do morza – prosto z ponad stumetrowego klifu. A u podstawy tego klifu nasypało się sporo kamieni, tworząc kształt do złudzenia przypominający rozkloszowaną spódnicę. Czy też, jak kto woli, kilt. Stąd Kilt Rock.

 

To jednak nie koniec atrakcji tej części wyspy. Jadąc dalej, kawałek za osadą Staffin (tutaj uwaga, w Szkocji nie zawsze na wjeździe do miejscowości znajduje się tabliczka z jej nazwą) wypatrujemy drogi odbijającej w lewo od tej głównej, oznaczonej jako droga na Quiraing. I tej drogi nie wolno przegapić. Tutaj absolutnie i zdecydowanie skręcamy i jedziemy przed siebie. To „przed siebie” kilka razy zmienia kierunek, czasem dość gwałtownie, a przede wszystkim zmierza coraz wyżej i wyżej. I znowu – przecież nie pierwszy raz w Szkocji – dochodzimy do granicy wytrzymałości największych i najmniej czułych na piękno przyrody twardzieli. Nie będę się tu rozwodził nad widokami, bo nie sądzę, by miało mi się udać oddanie choć ułamka tego, co przeżywa się spoglądając na prawo i lewo. A to dopiero początek. Kiedy dotrzemy na samą górę wspominanego tu już kilkakrotnie uskoku – bo właśnie tam prowadzi nas ta droga – należy zatrzymać się na specjalnie przygotowanym w tym celu parkingu i ruszyć słabo widocznym i niemal zupełnie nieoznakowanym szlakiem na północ, pomiędzy podobne jak w Storr formacje skalne. Tym razem jednak na wszystko spoglądamy z góry, z perspektywy stu i więcej metrów. A jeśli akurat wieje, a torfowe, przesycone wodą podłoże, po którym stąpamy, jest akurat zamarznięte (bo, jak mnie ostatnio, zdarzyło się nam tam pojechać w lutym), naprawdę trzeba uważać, by nie zostać zwianym w przepaść. Bo jak na Skye wieje, to wieje naprawdę – prosto od Atlantyku, bez żadnych naturalnych przeszkód, prosto nam w twarz. Czy inną część ciała.

 

Quiraing na półwyspie Trotternish, w północnej części wyspy Skye.

 

Zdecydowana większość osób, które docierają na Quiraing wraca w stronę Staffin i Portree. Ja jednak wolę pojechać dalej, drogą sprawiającą wrażenie drogi prowadzącej do Mordoru, wiodącej przez totalne pustkowie płaskowyżu w tej części wyspy Skye, wijącej się wśród mokradeł i torfowisk. Dociera wreszcie do Uig, rybackiej osady na wschodnim wybrzeżu półwyspu Trotternish – tej części wyspy Skye, na której znajduje się Storr i Quiraing. Swego rodzaju kulminacją tego etapu przejażdżki po wyspie jest dotarcie na skraj półwyspu, skąd rozciąga się widok z góry na Uig, zatokę, przy której przycupnęła osada, a także na rozciągające się na horyzoncie wyspy archipelagu Hebrydów Zewnętrznych (Outer Hebrides), głównie na południową część Harris, Uist i pomniejsze wysepki rozrzucone pomiędzy tymi dwoma. Przy pięknej pogodzie i dobrej widzialności, warto tu się zatrzymać na kilka chwil, zanim ruszymy zygzakującą już za chwilę drogą i dotrzemy na sam brzeg morza.

 

Jadę teraz główną drogą A87, tą samą, z której zjechałem w Portree, żeby dotrzeć do Storr i Quiraing. Wracam do Portree, jadę z powrotem wijącą się wzdłuż wybrzeża i wokół morskich zatok drogą. Mijając w Sconser drogowskaz pokazujący terminal promowy, niezmiennie i zawsze dumam nad tym, jak fajnie byłoby wybrać się na pobliską wyspę Raasay, na której właśnie budowana jest nowa destylarnia whisky. I jakoś nigdy nie udaje mi się tego dumania przekuć w czyn. Ostatnio nawet były niemałe chęci i zamiary, jednak rozkład kursowania promów – a byłem tam poza sezonem, więc prom pływał tam rzadko – skazał moje plany na przełożenie w czasie na bliżej nieokreśloną przyszłość. Po prostu, nie zdążyłbym odwiedzić Raasay, wrócić i zdążyć tam, gdzie akurat tym razem zdążyć chciałem. Jednak co się odwlecze, to nie uciecze. Niedawno widziałem zdjęcia z placu budowy – wszystko wygląda co najmniej zachęcająco, więc na pewno się tam prędzej czy później wybiorę.

 

Kilt Rock i Mealt Falls. No i całkiem ładna tęcza nad wodami Atlantyku.

 

Teraz jednak jadę dalej prosto, na południe, południowy wschód, wreszcie wschód – drogą wiodącą na most łączący Skye ze stałym lądem. Tym razem nie skorzystam z promu, a wybiorę dłuższą drogę powrotną. Mam ku temu co najmniej trzy powody. I wszystkie trzy mniej więcej tak samo ważne. Jeden z tych powodów nazywa się Plockton, jest niewielką osadą rybacką położoną nieco na północ od Kyle of Lochalsh, już na stałym lądzie, po drugiej stronie mostu, nad zatoką Loch Carron. Plockton to przepiękna miejscowość, rozciągnięta wzdłuż nabrzeża, usytuowana po wewnętrznej stronie zatoki – nie od strony otwartego Atlantyku, sprawiającą wręcz wrażenie osady znajdującej się gdzieś w tropikach. Przepiękne widoki na wyspę i pomniejsze wysepki zamykające zatokę od strony morza, góry wyrastające wprost z wody, rząd kolorowych domków. I palmy. Czy wspominałem już o palmach na szkockim zachodnim wybrzeżu? Tak, tutaj rosną palmy, a w Plockton, w połączeniu z całą resztą wrażeń wzrokowych, robią oszałamiające wrażenie. No i w Plockton można zjeść lokalne owoce morza. Argument nie do przebicia, jeśli pamiętamy, że z The Oyster Shed koło Talisker wyjechaliśmy już jakiś czas temu. Plockton odkryłem stosunkowo niedawno, jednak już przy następnej okazji, wędrując po zachodnim wybrzeżu w październiku ubiegłego roku, znowu tam zawitałem. I nie jest to moje ostatnie słowo.

 

Drugi powód, by ze Skye zjechać mostem w Kyle of Lochalsh, a nie promem z Armadale do Mallaig, jest pewien zamek. I jeśli zdarzyło się wam widzieć zdjęcie jakiegoś zamku w Szkocji, i tylko jednego zamku – postawię spore pieniądze, że to właśnie ten zamek. Eilean Donan w Dornie, na wysepce połączonej ze stałym lądem kamiennym mostem (chyba że akurat jest odpływ, to i ten most nie jest potrzebny) w zatoce Loch Duich. A właściwie w miejscu, gdzie zatoka Loch Alsh rozchodzi się na dwie odnogi – Loch Long i Loch Duich. Przepiękne, doskonale odrestaurowane średniowieczne zamczysko od lat działa na wyobraźnię turystów zbłąkanych w te zakątki Szkocji. Zrujnowany i odrestaurowany w latach trzydziestych XX wieku, od 1955 roku stanowi atrakcję turystyczną otwartą dla zwiedzających i jest trzecim co do liczby zwiedzających zamkiem szkockim. Na pierwszym i drugim miejscu w tym rankingu plasują się zamki w Edynburgu i Stirling, jednak – nie umniejszając ich wartości historycznej i atrakcyjności – akurat do tych dwóch dotrzeć jest bez porównania łatwiej.

 

Zamek Eilean Donan w Dornie nad zatoką Loch Duich.

 

Eilean Donan wykorzystywany jest nader chętnie przez producentów filmowych. Już w 1948 roku wystąpił w filmie „Bonnie Prince Charles”, choć największą filmową sławę przyniosła mu rola siedziby klanu MacLeod w filmie „Nieśmiertelny”. Pojawił się też chociażby w bondowskim „Świat to za mało” w 1999, czy w „Elizabeth: Złoty wiek” w 2007 roku.

 

Kiedy pierwszy raz przyjechałem pod Eilean Donan w lipcu 2000, można jeszcze było przejść przez most i obejść zamek dokoła bez konieczności kupowania biletu. Zapłacić trzeba było dopiero za wejście do środka. Zresztą, wtedy nawet kupowanie biletu nic by nie dało – zamek był zamknięty tego dnia dla zwiedzających, gdyż wewnątrz odbywało się szkockie wesele. U wrót stał dudziarz i witał gości tradycyjną muzyką, niosącą się po wodach Loch Duich, a same zaślubiny odbywały się na wewnętrznym dziedzińcu. Siedząc na skale nad brzegiem, tuż obok murów zamku można było wysłuchać dokładnie całej ceremonii. Był to dopiero mój piąty albo szósty dzień w najpiękniejszym kraju świata. Byłem zaczarowany.

 

Podczas podróży przez Highlands przydaje się szklany dach samochodu.

 

Trzeci powód, dla którego wolę wracać ze Skye trasą przez most, jest wymuszony niejako przez taki wybór powrót do Fort William przez samo serce szkockich Highlands. Jeśli pogoda dopisuje – a czasem to się zdarza – przejazd dolinami górskimi, przełęczami, czasem groblami, wzdłuż jezior Loch Cluanie, Loch Loyne, wreszcie Loch Garry i Loch Lochy jest jednym z mocniejszych punktów w czasie pobytu w Szkocji. Jeśli natomiast trafimy na pogodę deszczową i ponurą… Cóż, zawsze jest to pamiętne doświadczenie.

 

Tym razem jednak chyba nie wrócę do Fort William. Jadę dalej, na północ. Dosłownie. Od tej pory wcale nietrudno o drogowskazy, na których napisane jest po prostu „The North”. Ale o tym w następnym odcinku.

 

Widok na jedno z jezior podczas podróży przez Highlands w drodze powrotnej do Fort William.

 

[cz. 1] [cz. 2] [cz. 3] [cz. 4] [cz. 5] [cz. 6] [cz. 7] [cz. 8] [cz. 9] [cz. 10] [cz. 11] [cz. 12] [cz. 13] [cz. 14] [cz. 15] [cz. 16] [cz. 17] [cz. 18] [cz. 19] [cz. 20]

Ostatnie wiadomości

W galeriach...