Z Murray McDavid po Szkocji (cz. 6)

...

W poprzednich odcinkach:

Przylot, pierwsza destylarnia [cz. 1]

Campbeltown [cz. 2]

Południowa część Islay [cz. 3]

Reszta Islay i Jura [cz. 4]

Oban i Fort William [cz. 5]

 

Być w Fort William i nie odwiedzić Ben Nevis – czy to góry, czy destylarni od niej nazwanej – zwyczajnie nie godzi się. Jak wspomniałem w poprzednim odcinku naszych przygód, wejście na szczyt Ben Nevis może przysporzyć niemałych problemów, jednak nie ma nic trudnego w odwiedzinach w destylarni.

 

Na wszelkiego rodzaju forach internetowych poświęconych whisky, Ben Nevis otrzymuje raczej negatywne opinie jako atrakcja turystyczna – i to zarówno z punktu widzenia doświadczonych koneserów whisky, jak i zupełnych laików w tej dziedzinie. Od siebie nieśmiało powiem, że zasłużenie, co tu dużo mówić. Żeby jednak uniknąć negatywnej narracji, pozwolę sobie wspomnieć o mojej pierwszej tam wizycie. Było to wtedy, gdy postanowiłem spróbować wejść w zimie na szczyt Ben Nevis i w porę zorientowałem się, że kontynuowanie wspinaczki byłoby szaleństwem ze względu na panujące warunki pogodowe. Wróciłem więc do Fort William i postanowiłem jednak jakąś Ben Nevis tego dnia zaliczyć. A że był to środek lutego, wszędzie pustki, a na dodatek naprawdę ponura pogoda, w destylarnianym Visitor Centre, do którego dotarłem bardzo wczesnym popołudniem, byłem chyba pierwszym tego dnia gościem. I do końca tego dnia jedynym, jak się okazało.

 

Składowisko beczek na terenie destylarni Ben Nevis.

 

Odwiedzanie destylarni poza sezonem lub o nietypowych porach ma wiele zalet. Może się okazać, że poza nami nie ma kogo oprowadzać, a wtedy uwaga obsługi będzie skupiona tylko i wyłącznie na nas, co może – choć nie musi – przerodzić się w większą niż zwykle gościnność i szczodrość przy polewaniu. Zadać można wszelkie pytania, drążyć, dociekać. Często może udać się zajrzeć w miejsca, do których zwykle nie prowadzi się grupy zwiedzających, czasem usłyszeć pewne informacje zwykle przemilczane, innym razem można asystować w czynnościach związanych bezpośrednio z procesem produkcji. Takie atrakcje dodatkowe. Zdarzyło się to nie raz i zawsze nadawało sens odwiedzinom w jeszcze jednej, którejś z kolei destylarni. Bo, w gruncie rzeczy, jak się odwiedziło kilka destylarni, to tak, jakby się zobaczyło je wszystkie. Pewnie, będą się różniły od siebie wyglądem zewnętrznym, ilością czy malowniczością pagód, alembiki będą miały nieco różniące się od siebie kształty, liczba kadzi będzie różna – jednak wszędzie usłyszymy i zobaczymy w zasadzie to samo. Jednak tego, co zdarzyło się, gdy zmoczony i przemarznięty zawróciłem ze szlaku wiodącego na szczyt Ben Nevis, nie byłem w stanie przewidzieć.

 

Jak powiedziałem, pojawiłem się w Ben Nevis (destylarni) pewnego ponurego popołudnia. Chmury wisiały tak nisko, że już na poziomie jeziora Lochan Meall An T-suidhe, czyli przełęczy, od której dopiero zaczyna się prawdziwa wspinaczka, otaczała mnie nieprzenikniona mgła. Powiewy wiatru rozpędzały ją od czasu do czasu – raz zupełnie, innym razem tylko miejscami, na niewielkiej przestrzeni. Pojawiające się w polu widzenia i po chwili ginące we wszechobecnej bieli zarysy brzegu jeziora, podmyte przez czarną wodę warstwy mokrego, śliskiego torfu robiły przedziwne, nieziemskie wręcz wrażenie. Wydawało się, że jestem na planie jakiegoś horroru, a z mgły za chwilę wyłoni się coś zdecydowanie mniej przyjaznego niż tylko zwisające nad wodą kępy trawy. Wokół ani żywej duszy, wszechogarniająca cisza i pustkowie. Kiedy tak nieustraszony jednak posuwałem się dalej wzdłuż brzegu, natknąłem się wreszcie na porzucone nad brzegiem martensy. Zupełnie nowe, nieznoszone czarne buty. A obok nich spodnie. I znowu otoczyła mnie biel mgły i znowu nie wiedziałem dalej niż na kilka kroków. Znowu powiał lekki wiatr i znowu widziałem. I te buty ciągle tam stały, mokre, lśniące. I już nie byłem nieustraszony. Uznałem, że dość emocji na dziś. A co lepiej pomoże się zrelaksować niż kieliszek przyzwoitej whisky? Jeszcze tylko zadzwoniłem pod 112, na wypadek gdyby jednak zgłoszono zaginięcie kogoś, kto rano wyszedł z domu w czarnych martensach, pomędrkowałem w myślach nad sprawnością i profesjonalizmem tamtejszych służb i ruszyłem w ścieżką w dół.

 

Przełęcz z jeziorem Lochan Meall An T-suidhe, punkt zwrotny dla wielu śmiałków pragnących wejść na szczyt Ben Nevis. Tym razem bez nieprzejrzanych mgieł.

 

Obok destylarni Ben Nevis przejeżdżałem wcześniej wielokrotnie, ale nigdy nie zajechałem tam na dłużej. Albo nie było czasu, bo pędziłem na północ Szkocji, albo nie chciało się, bo byłaby to kolejna nudna destylarnia. Albo była setka innych powodów, by się tutaj na dłużej nie zatrzymywać. Tym razem jednak byłem zdeterminowany. Prawdę mówiąc, o tej porze roku, w taką pogodę w Fort William zwyczajnie nie było co robić. Bo ile można siedzieć w pubie, czy robić zakupy w miejscowym supermarkecie?

 

Jak wspomniałem, byłem tam jedynym gościem. Natychmiast wpadłem w serdeczne ramiona obsługi, najwyraźniej znudzonej do granic wytrzymałości i ewidentnie zadowolonej z mojej wizyty. Wreszcie jest z kim pogadać, jest powód by się ruszyć, przejść, zająć czymś innym niż tylko patrzenie w podłogę. Najpierw więc zaprowadzono mnie do salki projekcyjnej, w której obejrzałem filmik o pewnym olbrzymie zwanym Hector McDram, który odpowiedzialny był nie tylko za piękno doliny The Great Glen – czyli tego, co ciągnie się od Inverness nad Morzem Północnym do Fort William, a po drodze obejmuje kilka jezior, w tym Loch Ness – ale także to właśnie on zupełnie przypadkiem odkrył magię fermentacji i destylacji. I dzięki niemu możemy się raczyć najdoskonalszym trunkiem znanym człowiekowi, czyli whisky. A że Fort William po drodze mu było, to właśnie tutaj bla-bla-bla…

 

Alembiki w destylarni Ben Nevis, najlepiej zwiedzanej indywidualnie.

 

Indywidualne zwiedzanie miało wszelkie zalety, o których wspomniałem wcześniej. W każdym miejscu spędziliśmy dokładnie tyle czasu, ile potrzebowałem, zadałem wszelkie możliwe pytania, wlazłem tu i ówdzie, wajchą nad spirit safe się pobawiłem, przerzucając frakcjami destylowanego właśnie alkoholu. Takie tam zabawy dużych chłopców. Kiedy wróciliśmy do recepcji, z szafki wyjechało kilka przemiłych butelek, a rozmowa uległa jeszcze bardziej skutecznemu naoliwieniu. Gdzieś w którymś momencie zeszła na kilty i praktyczne aspekty ich noszenia w zimie. A że gdzieś w szafie w pomieszczeniu obok znalazł się nieużywany kilt, zaproponowano mi przymiarkę i przekonanie się na własnej skórze jak to jest chodzić zimą w kilcie. Cóż, z propozycji skorzystałem, przy okazji dowiadując się, a właściwie przekonując na własnej skórze co też naprawdę nosi się pod kiltem. Nauczyłem się też techniki siadania tak, by jednak zawartości podkilcia nie ujawniać ciekawskim spojrzeniom. Tak, jest na to specjalna technika, a niebezpieczeństwo ujawnienia jest spore, więc okazuje się ona być kluczową w niektórych sytuacjach. A potem były kolejne dramy i dalsza część pogawędki o whisky, Szkocji i urokach miejscowych krajobrazów.

 

Kiedy wreszcie wyszedłem z destylarni – uprzednio przebrawszy się z powrotem w spodnie – było już późno i ciemno, ale z pewnością nie było mi zimno. Nawet mimo przemoczonych butów. Tak przy okazji, najbardziej nieprzemakalna odzież i obuwie przegrywa w konkurencji ze szkocką pogodą. Co do tego nie ma wątpliwości, a tamtego dnia dane mi było przekonać się o tym doświadczalnie. Na koniec dnia poszedłem jeszcze do jednego z miejscowych pubów, zjadłem doskonałe haggis, zapiłem pysznym szkockim piwem – i byłem gotów wrócić na nocleg i oddać się oglądaniu telewizji, przebrawszy się uprzednio w suche rzeczy.

 

Pewnego lutowego poranka nad brzegami Loch Ness.

 

Fort William zawsze traktowałem jako bazę wypadową. Prościej jest codziennie wsiąść w samochód i pokonać nawet ponad setkę kilometrów, niż codziennie zmieniać miejsce noclegu. A Fort William położony jest tak, że da się stamtąd wykonać kilka naprawdę ciekawych jednodniowych wycieczek. Może to być wspomniana w poprzednim odcinku dolina Glen Coe, może to być wypad nad Loch Ness, może być wyspa Mull, a nawet Skye. Nie wspominając o paru atrakcjach po drodze tu i tam. Zacznijmy więc może od Loch Ness.

 

Ogromne, niezwykle długie (36 km) rynnowe jezioro Loch Ness znajduje się w wielkiej dolinie przecinającej Szkocję od północnego wschodu i miasta Inverness (przy okazji, Inverness to nic innego, jak ujście rzeki Ness – inver ness. A Ness to ta rzeka, która wypływa z jeziora Loch Ness i uchodzi do Morza Północnego. Ujście rzeki Ness stanowi też początek Kanału Kaledońskiego, biegnącego doliną The Great Glen, łączącego krótszymi i dłuższymi odcinkami znajdujące się tam jeziora Loch Ness, Loch Lochy, Loch Oich, by wreszcie połączyć się z zatoką Loch Linnhe, będącą częścią Morza Hebrydzkiego na zachodnim wybrzeżu.

 

Zamek Urquhart nad brzegiem Loch Ness.

 

Za każdym razem, gdy jadę do Szkocji z kimś, kto jeszcze nigdy tam nie był, Loch Ness wydaje się być jednym z priorytetów. Każdy chce zobaczyć słynne jezioro, spodziewając się pewnie natknąć się na słynnego potwora, żyjącego w głębokich wodach jeziora. Zwykle w takich sytuacjach zanim dotrzemy do Loch Ness mamy za sobą kilka dni wędrówek po szkockich Highlands. Tak więc, niezmiennie – sprawdza się w 100 procentach przypadków – kiedy wreszcie ów spragniony widoku Loch Ness staje nad brzegiem słynnego „potwornego” jeziora, na twarzy maluje się bezbrzeżne rozczarowanie, a ja zawsze słyszę, „I to wszystko? O co tu to całe zamieszanie?” Nie wiem czego się spodziewają, poza spotkaniem ze słynnym potworem, ale proszę mi wierzyć – Loch Ness to tylko jeszcze jedno jezioro. I nic więcej. Owszem, są miejsca, z których prezentuje się dość malowniczo, jednak w większości przegrywa krajobrazowo z wieloma innymi, mniej osławionymi jeziorami w Szkocji.

 

Nad brzegiem Loch Ness w pobliżu miejscowości Drumnadrochit znajdują się malownicze ruiny zamku Urquhart, w samym Drumnadrochit turystów kusi muzeum potwora z Loch Ness, ale na tym atrakcje się kończą. No, chyba że podróżuje się żaglówką zmierzającą od Inverness na południowy zachód, w stronę Fort William i otwartego oceanu. Bo to chyba jedyna ciekawa perspektywa, z której docenić można w pełni radość odwiedzin nad Loch Ness.

 

Do nabrzeża w Lochaline przybija właśnie prom, który zabierze nas na wyspę Mull.

 

Innym sposobem na uatrakcyjnienie wizyty nad słynnym jeziorem jest wybranie mniej uczęszczanej, wąskiej drogi, wiodącej wzdłuż południowo-wschodniego brzegu jeziora. Ta bardziej uczęszczana droga wiodąca wzdłuż północnego brzegu po pierwsze jest bardzo zatłoczona, a po drugie na większości długości jeziora zwyczajnie nie oferuje niemal żadnego dojścia do brzegu. Jest to główna droga łącząca wybrzeże wschodnie z zachodnim, a więc w sposób naturalny generuje spory ruch. A jeśli dołożymy do tego fakt, że w wielu miejscach jest zwyczajnie wąska i kręta – z jednej strony ograniczona jest przez brzeg jeziora, a z drugiej przez wyrastające tuż obok skaliste wzgórza – można sobie wyobrazić, że w sezonie potrafi przerodzić się w koszmar niejednego kierowcy. Tymczasem wspomniana podrzędna B852 po południowo-wschodniej stronie, snuje się leniwie tuż nad samym brzegiem, usiana raz po raz miejscami na postój, z ławeczkami i stolikami, często tuż nad wodami samego jeziora. No i widok stąd to widok na tę stronę, z której wyrastają skaliste wzgórza, a w tle czają się góry Highlands.

 

Wycieczka nad Loch Ness da się połączyć z wizytą w Inverness, a nawet przy pewnym samozaparciu da się zrobić szybki objazd i „zaliczyć” Dalwhinnie lub Tomatin. Nasz trasa jednak przebiegać będzie dużo bliżej wymienionych destylarni, a poza tym, mamy dużo ciekawsze rzeczy do zobaczenia na zachód od Fort William, dlatego znad Loch Ness wracamy tą samą trasą, ową nieciekawą i zatłoczoną A82. Parę kilometrów przed miastem zatrzymujemy się jeszcze w Spean Bridge, by obejrzeć zabytkowy most, od którego nazwę wzięła miejscowość, oraz robimy zakupy w kilku miejscowych sklepikach z pamiątkami.

 

Na pokładzie promu z Lochaline do Fishnish na wyspie Mull.

 

Następnego dnia wyruszamy wcześnie, bo do zaliczenia mamy sporo atrakcji. Jedziemy na wyspę Mull. Jest to, co prawda, dość wyczerpująca wyprawa i na pewno zajmie cały dzień – od wczesnego rana do późnego wieczora – ale warto. Zdecydowanie warto. Jeśli wyjedziemy z Fort William o godzinie 7:00 rano, to jeszcze nie jest żadne szaleństwo, a bez problemu zdążymy do Lochaline na prom o 8:45. Prom, który zabierze nas do Fishnish na wyspie Mull.

 

Tak więc, wyruszamy o dość nieprzyzwoitej porze, w drodze do samochodu – nawet jeśli jest to tylko 10 metrów – opędzamy się od midży (Scottish midge, będzie o nich jeszcze mowa), dzięki którym łatwiej przychodzi nam spędzenie resztek snu z powiek, i ruszamy. Najpierw drogą, którą do Fort William przyjechaliśmy, z powrotem w stronę Oban. Nie rozpędzamy się jednak za bardzo, bo już parę kilometrów za rogatkami Fort William zatrzymujemy się w Corran, ustawiamy grzecznie na nabrzeżu i czekamy na prom, który zabierze nas na drugą stronę zatoki Loch Linnhe. Jeśli do tej pory mieliśmy niejaki niedosyt szkockiej dziczy i pustkowia – wszak większość czasu spędzamy w okolicy dość ruchliwych szlaków – to właśnie zaczyna się prawdziwa przygoda.

 

Cieśnina Sound of Mull, widok z promu na wyspę.

 

Najpierw jednak wjeżdżam na prom niewielkiego, płaskodennego promiku, na pokładzie którego mieści się tylko kilka samochodów. Ustawiam się grzecznie, zgodnie ze wskazówkami obsługi, płacę kilka funtów za przeprawę nie wychodząc zza kierownicy. Zresztą, nie ma sensu za bardzo wychodzić. Już po kilku minutach uruchamiam silnik, by zjechać z powrotem na stały ląd. Poza tym, tylko siedząc w samochodzie nie narażam się na zmoknięcie. Bo przecież pada. Za każdym razem, gdy przeprawiałem się przez Loch Linnhe w Corran – a zdarzyło mi się to jakieś dziesięć razy – padało. No, czasem lało. Niezależnie od pogody jednak, przeprawa tutaj przebiega spokojnie. Loch Linnhe jest bardzo długą i wąską zatoką, nie docierają tu sztormy czy wichury znad Atlantyku, fala nie unosi się zbytnio, nawet przy największym wietrze.

 

Jestem po drugiej stronie, zjeżdżam z promu i ruszam w lewo, w drogę A861, podążam za drogowskazami na Strontian. Droga jest jeszcze, co prawda, wystarczająco szeroka, by wydzielono na niej dwa pasy ruchu, ale nie dajmy się zmylić pozorom. Spójrzmy wokół siebie – żadnych domostw, po obu stronach coraz wyższe pagórki, na horyzoncie poważne góry, wszędzie mchy i wrzosy. Ta szeroka droga musi się wkrótce skończyć. No i też taka prosta wiecznie nie będzie. W pewnym momencie na horyzoncie zaczyna być widoczna jakaś woda, a przy drodze stoi drogowskaz, który mówi, że na wprost Sron ant-Sithein, a w lewo Loch Alainn. Pod spodem, malutkimi literkami, że to niby Strontian i Lochaline. I już wiem, że za chwilę skończy się kraj podbity przez Anglików. I już się cieszę, że jadę właśnie tam. Ochoczo skręcam w lewo, przejeżdżam przez mostek na potoku, wzdłuż którego jechałem od jakiegoś czasu, i cieszę się szeroką, dwukierunkową drogą jeszcze przez jakieś… 200 metrów. I zaczyna być pięknie – pojedyncza droga z mijankami najpierw kręci niemożliwie wzdłuż brzegu zatoki Loch Sunart, po czym rusza w górę, miejscami bardzo stromo, na przełęcz, potem w dół, znów bywa że stromo, i dalej do Lochaline. I bez przerwy kręci. A po obu stronach pokryte trawą, mchami i wrzosami stoki górskie, czasem spływające z nich potoki, czasem na wpół zarośnięte oczka wodne. Tutaj trzeba już zacząć uważać na jelenie na drodze. O owcach nie wspominając.

 

Pogoda potrafi pokrzyżować najbardziej misternie przygotowane plany, jeśli w grę wchodzi przeprawa na którąś z wysp. Albo powrót z niej.

 

Jechałem kiedyś tą drogą z grupką znajomych, wśród których dwie panie musiały – po prostu musiały – dokończyć makijaż przed wyjazdem, a ten zabrał im więcej czasu niż przewidziano do planowanego wyjazdu. A ja się uparłem, że na prom zdążę. Przyspieszanie, hamowanie, w lewo, w prawo, w górę, w dół, i znowu szybciej i znowu hamulce… Kiedy wjeżdżałem na nabrzeże, prom akurat przybijał i opuszczał trap. Zdążyłem. Moje znajome były blade. Jedna musiała pobiec za krzaczki, gdy tylko się zatrzymałem. Przez pozostałą część pobytu w Szkocji zawsze były wszędzie na czas. Szczególnie gdy na jakiś prom mieliśmy zdążyć tego dnia.

 

Prom na wyspę Mull, na który za chwilę wjeżdżam w Lochaline to znowu prosta, płaskodenna jednostka, zaprojektowana tak, by sprawnie i szybko przewieźć parę samochodów i trochę ludzi z jednego brzegu cieśniny na drugi. Żadnych szaleństw tutaj nie ma co się spodziewać, żadnych atrakcji. Zresztą, czasu wiele na jakiekolwiek atrakcje nie ma, bo rejs trwa raptem 15-20 minut. Myliłby się jednak ten, kto by z góry założył, że dreszczyku emocji taka przeprawa nie może nam dostarczyć. No i zwykle nie dostarcza. Zapewni za to przepiękne widoki – jeśli już zmobilizujemy się, by wyjść z samochodu i wspiąć na górną część promu, swego rodzaju platformę, z której rozciągają się przepiękne widoki wzdłuż cieśniny Sound of Mull, którą przecinamy niemal prostopadle. Jednak zdarza się, że jest inaczej…

 

Droga do Tobermory prowadzi w większości wzdłuż morza.

 

Pewnej zimy jechałem na Mull z grupką znajomych. Pogoda była podła, ale to o tej porze roku nic szczególnego. Powinien mi dać do myślenia fakt, że wypożyczalnia samochodów w Glasgow odmówiła mi zamontowania bagażnika dachowego, tłumacząc się tym, że przy wiejących na zachodnim wybrzeżu wiatrach, taki bagażnik mógłby doprowadzić do zwiania mnie z cały samochodem z drogi. Przez większość pobytu zresztą uważałem, że przesadzili. No ale widocznie lubią dmuchać na zimne. Było ciasno, ale jakoś daliśmy sobie radę bez bagażnika. Kiedy wjechałem na prom w Lochaline, dowiedziałem się od obsługi, że na wodach cieśniny strasznie wieje, żebyśmy uważali na siebie jak wyjdziemy z samochodu, a szczególnie jeśli zechcemy wejść na górę, na wspomnianą wcześniej platformę. Co ciekawe, nabrzeże w Lochaline znajduje się w głębi zatoki Loch Aline i osłonięte jest od wiatru z trzech stron, więc nie dało się wyczuć żadnego niebezpieczeństwa. Znowu pomyślałem o tamtejszej obsesji dmuchania na zimne. I tak sobie o tym myślałem jeszcze przez parę chwil, do czasu gdy prom wypłynął z zatoki i znalazł się na wodach cieśniny oddzielającej półwysep Morvern od wyspy Mull – wąskiego i niezwykle długiego przesmyku morskiego, otoczonego z obu stron wysokimi górami, swego rodzaju rynny stwarzającej idealne wręcz warunki dla wiatru, by ten rozpędził się do jakichś zupełnie szalonych wartości. A tego dnia ów wiatr, wiejący wprost od Atlantyku, postanowił stworzone mu warunki w pełni wykorzystać. No i wykorzystał. Przeprawa trwała tego dnia dużo dłużej niż regulaminowe 18 minut, gdyż prom musiał oprzeć się potężnemu wiatrowi, który raz po raz rozbijał spiętrzone fale o jego burtę, zalewając wszystko i wszystkich na pokładzie obfitym prysznicem z wody morskiej. Ustanie w miejscu na nogach często graniczyło z niemożliwością, a z natury stabilna, płaska jednostka bujała się na prawo i lewo, wraz z podmuchami wichru. Nie było mowy o podziwianiu widoków. Jednak prawdziwa groza padła na nas, gdy obsługa poinformowała, że być może trzeba będzie zrezygnować z pozostałych rejsów tego dnia, jeśli pogoda się choć trochę nie uspokoi. A powiedzieli nam to na chwilę zanim zjechaliśmy z pokładu na wyspę. Wyspę, z której jednak chcieliśmy wrócić na nocleg na stałym lądzie jeszcze tego samego dnia.

 

Tobermory - jedyne miasteczko na wyspie Mull, liczące około tysiąca mieszkańców.

 

Na stały ląd wróciliśmy, jednak wysiłki podejmowane przez obsługę promu, by nam to umożliwić, zasłużyły na mój głęboki podziw i uznanie. Miotana wiatrem i falami skorupka promu dokonywała cudów, by przeciwstawić się żywiołowi i ustabilizować się na tyle, by możliwy był wjazd kolejnych samochodów. Trap podnoszony był trzykrotnie i trzykrotnie był opuszczany ponownie po korekcie ustawienia promu względem nabrzeża. Wjechało trzy, cztery samochody – i znowu. A wszystko to w wietrze i padającym poziomo deszczu. Jak to w szkockich Highlands bywa. Naprawdę wielki szacun dla tych państwa, którzy na promach Caledonian MacBrayne na co dzień pracują.

 

Przy okazji, praktyczna uwaga. Jeśli planujemy wyjazd na którąś ze szkockich wysp w sezonie, gdy można spodziewać się szaleństwa pogodowego, na przykład w miesiącach zimowych, trzeba liczyć się z tym, że niekoniecznie na stały ląd wrócimy zgodnie z rozkładem. Dlatego nie wolno planować powrotu, na przykład z Islay, prosto na lotnisko. Bo może się okazać, że na lot spóźnimy się. Ze dwa dni się spóźnimy. I głupio będzie, i koszty dodatkowe, i kłopot.

 

Fragment niszczejącego kościoła przy nabrzeżu w Tobermory. Ostatnim razem, gdy tam byłem, w kościele mieścił się supermarket.

 

Tym razem jednak wszystko poszło pięknie, pogoda dopisuje, zjeżdżam z promu i za chwilę ruszam w stronę Tobermory. Bo lubię Tobermory, bo to piękna miejscowość jest. Droga wiodąca do miasteczka prowadzi niemal cały czas wzdłuż brzegów cieśniny, którą dopiero co pokonałem, po lewej stronie gdzieś tam majaczą góry, pagórki, a po prawej, po drugiej stronie wody – Morvern i Ardnamurchan. Słowem, pięknie jest.

 

Tobermory. Czy ktoś kiedyś oglądał sam, albo pokazywał dziecku program telewizyjny BBC zatytułowany „Balamory”? Pierwowzorem miasteczka, w którym rzecz ma miejsce, było Tobermory – niewielka, nadmorska osada, w której ustawione rzędem wzdłuż nabrzeża domy pomalowano na różne kolory, żywe, kontrastowe. W rzeczywistości wygląda równie pięknie. I ma swój niepowtarzalny charakter. Mnie osobiście urzekło tam kilka miejsc, w tym oczywiście znana wszystkim destylarnia nosząca nazwę osady. Destylarnia Tobermory, zakład produkujący dwie linie whisky – łagodną Tobermory i torfową Ledaig – jest dosłownie upakowany w miniaturowych budyneczkach dwa kroki od nabrzeża, tuż przy wjeździe do miasteczka. I niech nikogo nie zwiedzie wielkość magazynów, które jako pierwsze rzucają się w oczy. Sama destylarnia jest naprawdę mała, a w jej pomieszczeniach tak ciasno, że czasem trzeba się przeciskać pomiędzy kadziami, zbiornikami i rurami. Zwiedzanie zawsze jest tu przygodą, i to zarówno ze względu na charakter samej destylarni, jak i fachowość przewodników. Albo ja za każdym razem miałem szczęście na takich trafić. Podobnie jak na Islay, gdzie najczęściej doceniany jest nasz wysiłek, by dotrzeć w tak odległe miejsce na mapie Szkocji, zwiedzający traktowani są poważnie, nie jak warzywa turystyczne, którym akurat przytrafiło się znaleźć tu, a nie gdzie indziej. A że to nie Islay, a na całej Mull funkcjonuje tylko jedna destylarnia, nie ma tu tłumów wielbicieli whisky, kolejki do zwiedzania raczej się nie ustawiają. To też przyczynia się do bardzo pozytywnej atmosfery podczas zwiedzania.

 

Destylarnia Tobermory w miasteczku o tej samej nazwie na wyspie Mull.

 

Poza destylarnią, w Tobermory trzeba przejść się na murowane nabrzeże, gdzie znajduje się – a przynajmniej była za każdym razem, gdy ja się tam objawiłem – przyczepa, w której przyrządza się lokalne owoce morza, jedzone później przez głodomorów wszelkiej maści na nabrzeżu, z widokiem na morze i wysepkę Calve Island, za którą piętrzą się już góry półwyspu Mordart na stałym lądzie. Tradycyjnej ryby z frytkami nikomu nie trzeba przedstawiać, choć ta tutaj ociera się o wybitność, głównie dlatego, że jest tak świeża, jak tylko można sobie wyobrazić. Ale tutejsze przegrzebki… Świeże, kupowane przez właścicieli wprost z kutrów rybaków, smażone na głębokim tłuszczu, w cieście… Są absolutnie zjawiskowe, a przy tym niedrogie. Jeden z żelaznych punktów programu za każdym razem, gdy byłem w Tobermory. Chyba tylko raz zdarzyło mi się, że wspomniana budka/przyczepa była zamknięta i musiałem się obejść smakiem.

 

Pewną ciekawostką jest też lokalny kościół. Popadający w coraz większą ruinę budynek usytuowany przy nabrzeżu, w głównej linii kolorowych domów (choć sam jest granitowy) najpierw służył jako swego rodzaju hala targowa, gdzie można było między innymi usiąść i zjeść coś gorącego zapijając piwem (taki smaczek – piwo w kościele). W okolicach 2009 roku, o ile pamięć nie myli, został przejęty przez właścicieli pewnej sieci sklepów i zaadaptowany na potrzeby niewielkiego supermarketu. Takim był, gdy go ostatni raz widziałem kilka lat temu. Przynajmniej zarobił sobie w ten sposób na remont przeciekającego dachu.

 

Zamek Torosay na wyspie Mull.

 

Jednak Mull to nie tylko Tobermory. Po wizycie w miasteczku i przegrzebkowym obżarstwie, czas ruszyć na podbój reszty wyspy. I to wcale nie mniej interesującej. Najpierw ruszamy z powrotem, tą samą drogą, którą przyjechaliśmy do Tobermory. Tym razem jednak obojętnie mijamy przystań w Fishnish i jedziemy dalej drogą A849, jedną z dosłownie kilku dróg na wyspie. Mijamy osadę Craignure, gdzie zawsze jest szansa natknięcia się na ogromny prom łączący wyspę z Oban. To tutaj przybilibyśmy, gdybyśmy wcześniej zdecydowali się na wycieczkę na Mull właśnie stamtąd. Niegdyś, podczas opisywanych wyżej przygód związanych z opuszczeniem wyspy podczas silnego sztormu, prom Oban-Craignure stał smutnie przycumowany do nabrzeża. Tutaj nie było mowy o tym, by wypłynął na niespokojne wody cieśniny Sound of Mull, z którymi jednak jakoś poradziła sobie mniejsza, płaskodenna jednostka obsługująca połączenie Lochaline-Fishnish. Około dwóch kilometrów za Craignure dobrze jest wypatrywać tabliczki wskazującej drogę do zamku Torosay.

 

Zamek Torosay – okazała rezydencja w stylu szkockich baronów – wraz z przyległymi do niego ogrodami stanowił niegdyś jedną z atrakcji wyspy. W 2012 właściciele popadli w finansowe tarapaty i wystawili rodzinną rezydencję na sprzedaż. Ponownie został otwarty pod koniec 2013 roku, jednak głowy nie dam, czy w tej chwili jest w dalszym ciągu udostępniony do zwiedzania. Kiedy byłem tam ostatni raz, był zamknięty. Jednak to nie jest jedyny zamek na wyspie. Jeśli zastaniemy jego bramy zamknięte, wracamy na główną drogę i już dosłownie po kilkuset metrach znowu skręcamy w lewo, kierując się drogowskazami na zamek Duart. Obydwa zamki znajdują się nad zatoką Duart Bay, a za dobrych czasów z dziedzińca Torosay można było bez problemu dostrzec średniowieczne mury drugiego, bez porównania starszego zamczyska. Pochodząca z XIII wieku siedziba klanu MacLean również przechodziła w ostatnim czasie problemy finansowe, a w 2014 roku zawaliła się tam część stropów. Niezależnie od tego, jak i wysiłków mających na celu renowację zamku, jest to miejsce warte odwiedzenia, a wielbiciele kina z pewnością zechcą na własne oczy zobaczyć zamek, w którym kręcono film „48 godzin” na podstawie prozy Alistaira McLeana z Anthonym Hopkinsem w roli głównej, a także „Osaczeni” z Seanem Connerym i Catheriną Zeta-Jones.

 

Średniowieczny zamek Duart usytuowany jest na stromym klifie nad zatoką Loch Duart.

 

Ale najpiękniejsze, co ma do pokazania Mull, oczom naszym ukaże się, jeśli pojedziemy dalej. Po powrocie na główną drogę A849, jedziemy dalej przed siebie. Jedziemy tak daleko, aż nam się droga skończy. Nastąpi to za trochę ponad 50 kilometrów, na nabrzeżu promowym w osadzie Fionnphort, skąd zabrać się można na niewielką wyspę Iona, słynącą z opactwa będącego kolebką chrześcijaństwa w Szkocji, założoną w VI wieku przez na wpół legendarnego irlandzkiego mnicha, św. Kolumbę. Tego samego, który potworowi z Loch Ness się nie kłaniał. Jednak zanim Fionnphort, zanim ewentualny rejs na Ionę, mamy przed sobą 50 kilometrów drogi wiodącej najpierw wzdłuż wybrzeża, potem w górę, przez przełęcz, na przeciwległe wybrzeże, wreszcie wzdłuż zatoki Loch Scridain. Drogi, która kręci, wznosi się i opada, która – jak to bywa w dzikiej Szkocji – bywa naprawdę wymagająca dla kierowcy, bo wąska, bo kręta, bo niebezpieczna. Drogi, która oferuje zapierające dech w piersiach widoki i prowadzi do całego szeregu miejsc iście magicznych, często nienazwanych, które trzeba odkryć samemu dla siebie. Opuszczone, na wpół zrujnowane stare, kamienne mosty, przybrzeżne skały, rozległe wrzosowiska, stada jeleni, porzucone na brzegu łodzie rybackie. I ani żywej duszy przez większość czasu. Tam się już człowiek nawet z innymi samochodami za bardzo nie mija, bo nie ma skąd, nie ma dokąd, nie ma po co tak jeździć. A widoki rozpościerające się stamtąd w wyższych partiach, gdzie droga wspina się na przełęcz… No, pod warunkiem, że akurat nie leje. Bo jak leje, to nie widać nic, a pułap chmur znajduje się dużo niżej niż podwozie naszego samochodu, więc naprawdę nie widać wiele.

 

Ze względu na fakt, iż Iona jest jedną z ważniejszych atrakcji turystycznych w tej części wybrzeża, z tą samotnością i pustką na drodze wiodącej do Fionnphort bywa różnie, szczególnie w sezonie i gdy dopisuje pogoda. Mnie zdarzyło się kiedyś dotrzeć tam poza sezonem, bodaj w lutym, kiedy na Atlantyku szalały zimowe sztormy, a – jak się później okazało – opuszczenie wyspy w drodze powrotnej na stały ląd okazało się nie lada wyzwaniem. Wraz z grupką znajomych spędziłem dobrych kilka godzin w poczekalni promowej, w oczekiwaniu na łódeczkę, która zabrałaby nas na widoczną po drugiej stronie cieśniny Ionę. Kiedy wreszcie na horyzoncie pojawił się ów promik, podjął kilka prób podejścia do nabrzeża, by nas tam zabrać – nie było wtedy więcej ani jednej osoby pragnącej dostać się na Ionę – prób ewidentnie skazanych na niepowodzenie. Po kilkunastu minutach załoga tej promowej łupinki zrezygnowała i łódeczka odpłynęła gdzieś ku bardziej bezpiecznej, ukrytej wśród skał przystani. A my wsiedliśmy w nasz samochód i wróciliśmy do Fishnish, by podjąć próbę powrotu do domu, do Fort William. Tak więc, Ionę widziałem tylko z daleka i wszystko, co mógłbym o niej powiedzieć, pochodziłoby ze źródeł zewnętrznych, do których i Wy macie przecież dostęp. Tak więc, zanudzał nie będę opiewaniem uroków tej zacisznej, klimatycznej ponoć wysepki.

 

W drodze do Fionnphort natknąć się można na takie widoki.

 

Wracam do Fishnish tą samą drogą, którą tu przybyłem. Po drodze mijam zamki Duart i Torosay (niewidoczne z głównej drogi), osadę i nabrzeże Craignure, wjeżdżam na mój ulubiony promik, po kilkunastu minutach jestem z powrotem na stałym lądzie i pędzę krętą drogą wiodącą przez Morvern do prom w Corran i wreszcie do Fort William. Po pełnym wrażeń dniu zawijam się na nocleg, bo jutro przede mną wyprawa na wyspę Skye.

 

Widok na wyspę Iona i znajdujące się tam zabytkowe opactwo.

 

 

[cz. 1] [cz. 2] [cz. 3] [cz. 4] [cz. 5] [cz. 6] [cz. 7] [cz. 8] [cz. 9] [cz. 10] [cz. 11] [cz. 12] [cz. 13] [cz. 14] [cz. 15] [cz. 16] [cz. 17] [cz. 18] [cz. 19] [cz. 20]

Ostatnie wiadomości

W galeriach...