Z Murray McDavid po Szkocji (cz. 4)

...

W poprzednich odcinkach naszych przygód na drogach i bezdrożach Szkocji [cz. 1] [cz. 2] [cz. 3] odwiedziliśmy Campbeltown i przywędrowaliśmy na wyspę Islay, gdzie udało się nam przeżyć kilka pamiętnych chwil na południowym wybrzeżu wyspy. Islay jednak na Laphroaig, Lagavulin i Ardbeg się nie kończy, bynajmniej, dzisiaj więc jedziemy dalej, na północ wyspy.

 

Pierwszym punktem na naszej dzisiejszej trasie nie może być nic innego, tylko Bowmore. Z Port Ellen bowiem wychodzą tylko dwie drogi – jedna prowadzi do Ardbeg i kaplicy Kildalton, druga do Bowmore. I nawet jeśli jakiś kilometr za Port Ellen rozwidlenie na tej drugiej oferuje możliwość dotarcia najpierw do Bridgend, ja jednak wybieram tę pierwszą, główną drogę wiodącą do Bowmore. Prosta jak od linijki droga kusi, by nieco mocniej przycisnąć pedał gazu. Dość szybko jednak okazuje się, że ułożona na miękkim, torfowym podłożu, przez lata zdążyła się powyginać, miejscami powciskać w głąb, co oznacza, że przy zbyt szybkiej jeździe narażamy na szwank zawieszenie naszego samochodu (pół biedy, jeśli to samochód z wypożyczalni), a jeśli poprzedniego wieczora nasi pasażerowie dość intensywnie raczyli się miejscowymi płynnymi specjałami, żołądki mogą podejść bardzo niebezpiecznie blisko gardeł. I nieszczęście gotowe. Poza tym, nie ma co się spieszyć. Tu i ówdzie po obu stronach drogi znajdują się miejsca wydobywania torfu, przy których warto się zatrzymać (uwaga na bezpieczeństwo na drodze) i przyjrzeć ułożonym w stosiki kostkom suszącego się w słońcu torfu.

 

Main Street w Bowmore. W głębi widoczny słynny okrągły kościół.

 

Do Bowmore warto wybrać się z wielu powodów. Jednym z nich jest kryty basen, znajdujący się tuż obok destylarni Bowmore, na który niegdyś wchodziło się na bilet do destylarni, lecz od lat jest on już samodzielnym obiektem. Innym celem wędrówki do Bowmore może być znajdująca się tam informacja turystyczna. Ktoś może zechcieć zwiedzić niezwykle ciekawy, okrągły kościółek, stojący u wjazdu do Bowmore od strony Port Ellen. Ktoś jeszcze inny może potrzebować zatankować samochód, udać się na pocztę, do banku, zrobić większe zakupy… Bowmore to niekwestionowana stolica naszej ukochanej wyspy.

 

Dla wielu jednak podstawowym celem wizyty w miejscowości Bowmore będą odwiedziny w destylarni noszącej nazwę miejscowości, a szczycącej się statusem najstarszej wytwórni whisky na wyspie Islay. Butelki wytwarzanej tu whisky dumnie noszą datę 1779. Powie ktoś, że przecież według wielu źródeł, produkcja whisky została zalegalizowana w Szkocji dopiero w 1823 roku, więc skąd, więc jak? Nie wchodząc w zawiłości ówczesnego systemu prawnego, uznać można, że produkcja whisky faktycznie zalegalizowana została w 1644 roku, na mocy przyjętego wówczas Excise Act. W praktyce ów akt zepchnął whisky do podziemia, gdyż obłożył tę działalność drakońskimi wręcz obciążeniami podatkowymi. To wskutek Excise Act 1644 rozwinęła się cała kultura nielegalnego odpędu, a Helen Cumming (ta od Cardhu) uzyskała szasnę przejścia do historii jako ta, która sąsiadów ostrzegała o nalocie kontrolerów przez wywieszenie flagi na swojej farmie. Na Islay było inaczej. Ci, których obawiano się w Highlands, poborcy podatkowi, bali się pojawić na wyspie rządzącej się swoimi prawami. Przez długi czas Islay nie miała swojego urzędnika podatkowego, a więc hulaj dusza. OK, w grę wchodziły tu również przepisy lokalne, wynikające ze szczególnego statusu wyspy, ale przecież brak inspektora podatkowego brzmi tak uskrzydlająco…

 

Suszący się torf, napotkany przy drodze wiodącej z Port Ellen do Bowmore.

 

Destylarnia Bowmore była jedną z ostatnich na Islay, do której ostatecznie zdecydowałem się wejść na zwiedzanie. Dziesiątki razy byłem na jej dziedzińcu, robiłem zdjęcia, zakupy w sklepiku. Ba, kąpałem się we wspomnianym basenie! Ale jakoś nie spieszyło mi się do zwiedzania. Aż wreszcie któregoś roku przez tydzień zamieszkałem w destylarni, a zwiedzanie było w pakiecie, więc nie mogłem się już wymigać. Prawda jest taka, że w trakcie rozwoju destylarni, rezygnacji z prowadzenia własnej słodowni, utrzymywania bednarzy, wreszcie postępującej automatyzacji całego procesu produkcji, w każdej destylarni pojawiają się pustostany – pomieszczenia lub całe budynki, które już niczemu nie służą. Czy, na przykład, ktoś zwrócił uwagę na niewielkie chatki stojące odłogiem przy drożynce prowadzącej do Ardbeg? W Bowmore część tych budynków zaadaptowano na potrzeby gości i wynajmuje się je w formie tzw. self-catering. Wynajmujemy w pełni wyposażoną chatę i jesteśmy sobie sami sterem, żeglarzem i okrętem podczas takiego pobytu. Można, na przykład, pójść do lokalnego rzeźnika, zafundować sobie najlepsze na świecie steki z Angusa, a następnie własnoręcznie przyrządzić je na patelni, w oddanej do naszej dyspozycji, w pełni wyposażonej kuchni. Swoją drogą, bardzo ciekawa i korzystna finansowo opcja, do znalezienia w wielu miejscach w Szkocji. W Bowmore są to budynki przy ulicy wiodącej na molo, będącej przedłużeniem Main Street, te od strony destylarni.

 

Nie wiem jak jest teraz, ale wynajem któregoś z domów należących do Bowmore wiązało się parę lat temu z prezentem w postaci butelki miejscowej whisky, czekającej na stole w salonie, a także gratisowym zwiedzaniem gorzelni. A, jak się okazało, zwiedzić Bowmore ze wszech miar warto. Tutaj bowiem, w budynkach usytuowanych nad samym brzegiem zatoki Loch Indaal, znajdziemy funkcjonującą słodownię, zaopatrującą zakład aż w 40% słodu niezbędnego do produkcji whisky. Tutaj wejdziemy do magazynów, w tym najstarszego No 1 Vault, którego podłoga znajduje się poniżej poziomu morza, a w którym dojrzewała m.in. legendarna Black Bowmore. Jeśli do tego dorzucimy naprawdę fachową, rzeczową i miłą opiekę przewodnika, zgodzimy się, że do Bowmore warto zajrzeć. Tym bardziej, że wytwarzana tu whisky wielokrotnie butelkowana była pod szyldem Murray McDavid, a nawet w aktualnej ofercie znajduje się doskonała Bowmore 1989 26yo dodatkowo dojrzewana w beczce po Château Latour, butelkowana o mocy 50,4%.

 

Nieco mniej typowy widok Bowmore - zatoka Loch Indaal, molo, komin destylarni, a w tle widok na wyspę Jura.

 

Podczas wizyty w Bowmore nie można nie zawitać choć na jeden wieczór do baru Duffies przy hotelu Lochside. No po prostu trzeba się tam pojawić. A jak już się wejdzie i ujrzy poustawianą na półkach ofertę baru, dalsze pytania wydają się zbędne. Tym razem jednak ruszamy dalej, Islay ma ciągle jeszcze wiele do pokazania, a czasu ciągle wydaje się być mało.

 

Z nabrzeża, przy którym stoi destylarnia Bowmore, widać drugi brzeg zatoki Loch Indaal, a na nim destylarnię Bruichladdich, w sposób naturalny więc będzie to kolejny przystanek na naszej trasie. No i nie może być inaczej. Bruichalddich to wszak kolebka Murray McDavid, tutaj wiele dobrego dla marki zrobił w przeszłości Jim McEwan, a jeden z magazynów na terenie destylarni był domem dla niejednej beczki kontynuującej obecnie swoją drzemkę w magazynie Coleburn w Speyside. Co prawda, w istocie to najpierw była firma Murray McDavid, a dopiero potem na horyzoncie pojawiła się Bruichalddich i Jim McEwan, ale nikogo nie chcemy zanudzać zawiłościami historii organizacyjnej marki. Dość powiedzieć, że wspominana w ostatnim odcinku mieszana whisky słodowa (blended malt) Rìgh Seumas I 2004 10yo, znajdująca się w aktualnej ofercie Murray McDavid, powstała właśnie w Bruichladdich. I to nie jest nasze ostatnie słowo.

 

Do Bruichladdich wiedzie nas kręta i wąska droga, wytyczona wzdłuż brzegów zatoki Loch Indaal, przebiegająca przez kolejną osadę, Bridgend. Tutaj jeszcze wrócimy, gdyż jest po co, tymczasem jednak, uważając na pasące się po obu stronach drogi owce zdążamy do Bruichladdich. Wspominałem o tym już przy okazji wyprawy do kaplicy Kildalton, ale ostrzeżeń nigdy dość – jeśli zdarzy się nam potrzeba zatrzymania po drodze, należy bardzo ostrożnie wybierać miejsca na poboczu drogi, poza asfaltem. Może się okazać, szczególnie w porze bardziej mokrej, że wjechać będzie łatwo, za to powrót na asfalt może wymagać wsparcia. Ktoś wie ile na Islay jest torfu, dlaczego tak powszechnie jest tu używany i jak miękki potrafi być w dżdżyste dni?

 

Na poboczu drogi wiodącej do Bruichladdich.

 

Jesteśmy wreszcie w Bruichladdich. Na wypadek gdybyśmy nie zauważyli, że to tu – destylarnia nie może poszczycić się charakterystyczną pagodą – przed budynkami ułożono ogromny napis „Bruichladdich” na denkach beczek, a jakby i tego było mało, stoi tam również stary alembik. Swego czasu z szyjki wystawał kalosz.

 

Kiedy przyjechałem po raz pierwszy do Bruichladdich w 2006 roku, po standardowym zwiedzaniu destylarni pod okiem jednej z przewodniczek i skromnej degustacji, wdałem się w rozmowę z pracownikami tutejszego Visitor Centre. Nie żebym jakoś specjalnie był towarzyski z natury – po prostu zostawiłem w recepcji akumulator do aparatu i telefon komórkowy, by się ładowały. I postanowiłem grać na zwłokę, by owo ładowanie starczyło mi na jak najdłużej. W trakcie rozmowy musiałem powiedzieć coś nie tak, bo wezwali do mnie szefa. I wyobraźcie sobie – Jim McEwan wyglądał normalnie, facet z krwi i kości, może tylko mniej przypudrowany niż na okładce Malt Advocate. Jak łatwo się domyślić, tamta moja wizyta w Bruichladdich nie skończyła się tak szybko. Wtedy to pierwszy raz zobaczyłem, dotknąłem, otworzyłem niektóre beczki do dziś należące do Murray McDavid, spróbowałem whisky iście niebiańskich. Wreszcie zapytałem o czterokrotnie destylowaną Bruichladdich, która pędzona była kilka miesięcy wcześniej. Dość szybko pożałowałem, że o niej wspomniałem. Perilous Whisky, bo tak była określana, trafiła do beczek z mocą 85%, a jedna z tych beczek za chwilę została otwarta i mój kieliszek został szczodrze napełniony niespełna półrocznym destylatem. Ileż ona mogła zdążyć stracić ze swej mocy na rzecz aniołów? A odmówić ani nie chciałem – wszak to ciekawostka nie lada – ani nie wypadało. Zostawić w kieliszku niedopitków też nie było jak, przecież z tym samym kieliszkiem już maszerowaliśmy w stronę kolejnych beczek. A wrażenia? Ta pierwsza była zaskakująco złożona, kwiatowa, smaczna. Kolejne wrażenia? Nie pamiętam kiedy wcześniej – i kiedy potem, jak się nad tym dobrze zastanowić – tak wyraźnie odczułem przekroczenie granic dawki rozsądnej.

 

Życzysz sobie czterokrotnie destylowanej Perilous Whisky? Proszę bardzo. Innymi słowy, Jim McEwan polewa.

 

Byłem później jeszcze kilka razy w Bruichladdich. Zawsze dobrze wspominałem te wizyty, choć tak na wszelki wypadek już telefonu i aparatu nie zostawiałem do ładowania w recepcji. Z czasem w Bruichladdich zainstalowano alembik typu Lomond – taka ciekawostka gorzelnianej inżynierii, w założeniu mający umożliwić większą kontrolę nad procesem destylacji poprzez zastosowanie systemu miedzianych płytek w szyjce urządzenia, dzięki którym można wpływać na dynamikę procesu. W Bruichladdich jest on wykorzystywany do produkcji ginu, a ze względu na swój cokolwiek nieortodoksyjny wygląd, nazywany jest tu pieszczotliwie Ugly Betty.

 

Z perspektywy Murray McDavid, niegdysiejszego właściciela Bruichladdich, zaskakujący może być fakt iż tutejsza whisky dość rzadko gościła w butelkach pod naszym szyldem. A w każdym razie jako single malt. Ze względu jednak na jej dostępność do eksperymentów blenderskich prowadzonych tu przez Jima McEwana znaleźć ją można – w hojnych proporcjach – w firmowanych przez nas whisky mieszanych i słodowych mieszanych. Po raz trzeci Rìgh Seumas I, której serce stanowi 10-letnia Bruichladdich, nie będę wymieniał przecież. Wspomnę więc o Coinnich 1995 20yo blended malt, w skład której poza Bruichladdich weszły malty z Highland Park i Laphroaig…

 

Bruichladdich wyglądem nie przypomina typowej destylarni, jednak zadbano o to, by nikt nie miał wątpliwości gdzie trafił.

 

Wydawałoby się, że po wizycie w Bruichladdich należałoby udać się do Kilchoman, po czym udać na wschodnie wybrzeże wyspy, do Caol Ila i Bunnahabhain. Jednak Islay, jako się wcześniej rzekło, ma do zaoferowania więcej niż tylko wytwórnie whisky. I pora teraz na jedno z moich ulubionych miejsc, choć w żaden sposób nie związanych z przemysłem gorzelniczym. Kontynuujemy podróż wzdłuż północno-zachodniego brzegu Loch Indaal, a celem naszym jest niewielka osada Portnahaven, usytuowana na samym krańcu lądu, w miejscu najbardziej wysuniętym na zachód na całej wyspie Islay.

 

Portnahaven jest miejscem tak pięknym, że całe szczęście, że jest. Bo nikt by go takim nie wymyślił. Osada składająca się z rzędu olśniewająco-białych domków, niektórych wręcz miniaturowych rozmiarów, przycupnęła wokół skalistej, również miniaturowej zatoki wcinającej się w tym miejscu w ląd. I tyle. Na kamienistej plaży w głębi zatoki wyciągnięte na brzeg leżą łódki rybackie, dzieci pląsają w wodzie. Nawigacja musi tu wymagać nie lada doświadczenia, gdyż wejście do zatoki usiane jest wystającymi z wody skałami. Podczas przypływu niemal zupełnie chowają się pod powierzchnię wody, jednak nie na tyle, by przeszkadzało to lokalnym fokom wylegiwać się na nich w słoneczne dni. Całe stadko fok szarych zdaje się nic sobie nie robić z bliskości ludzkiej osady, przepływających tuż obok kutrów rybackich, hałaśliwej gromadki dzieci  na kamienistej plaży. Kiedy poziom wody jest odpowiednio wysoki, cielska co większych osobników zupełnie zakrywają podwodne skały, będące dla fok miejscem wytchnienia. Wyglądają dość surrealistycznie tak wisząc na wodzie, nienaturalnie ponad jej powierzchnią, pozornie bez punktu podparcia. Do nabrzeża u wejścia do zatoki po jednej z jej stron przybija kuter, mała, obsługiwana przez jednego rybaka jednostka. Siedzę tuż obok z nogami dyndającymi nad wodą i przyglądam się selekcji połowu – homary do tej skrzynki, kraby do tamtej. No i obowiązkowo spinamy homarom szczypce, bo a nuż zechcą poszczypać klienta. Siedzę bezczynnie i  sam już nie wiem za co tak lubię Portnahaven. O, wiem… Na jednym z domów – nielicznych wszak – widnieje tabliczka. Podobna do takich, które opiewają wielkie wydarzenia, jakie się w danym miejscu zdarzyły, lub ludzi, którzy tu mieszkali. Metalowa, odlewana, porządna. Na tej tabliczce widnieje napis: „On this spot in 1765 nothing happened”. Ja lubię jak nic się nie dzieje.

 

Visitor Centre w Bruichladdich. Tutaj też można sobie własnoręcznie nalać butelkę.

 

Dość bezczynności. Czas wstać, otrzepać spodnie na siedzeniu i wrócić wreszcie między kilny, kadzie i alembiki. Droga powrotna z Portnahaven wiedzie generalnie wzdłuż północno-zachodniego brzegu zatoki Loch Indaal i jest najzwyczajniej powtórzeniem trasy, którą do mojej ulubionej osady przyjechałem. Tutaj po raz pierwszy kilka lat temu zauważyłem szkockie lamy (a może to były alpaki?). Wcześniej na szkockich łąkach i wrzosowiskach królowały zwykle owce, krowy lub jelenie. Od jakiegoś czasu to się jednak zmieniło. W Szkocji coraz częściej natknąć się można na hodowle południowoamerykańskich parzystokopytnych, a na odcinku między Port Charlotte a Portnahaven wydaje się być ich wyjątkowo dużo. Cóż, skoro szkockie kudłate krowy zadomowiły się ostatnio w Polsce, Szkoci widocznie musieli znaleźć sobie włochatą alternatywę.

 

W drodze powrotnej z Portnahaven ponownie przejeżdżam przez Port Charlotte, osadę, w której niegdyś funkcjonowała destylarnia o tej samej nazwie (znana jednak przede wszystkim jako Lochindaal), a która obecnie dała nazwę jednej z wersji whisky wytwarzanych w Bruichladdich. Zresztą, whisky ta leżakuje w Port Charlotte, w magazynach, które jako jedyne ostały się po owej starej Port Charlotte/Lochindaal. Nawiasem mówiąc, były plany budowy nowej destylarni w Port Charlotte, która miała zająć się produkcją tej torfowej wersji whisky, jednak nigdy nie wyszły poza etap planowania.

 

Wjeżdżamy na farmę Rockside, czyli do destylarni Kilchoman.

 

Kolejnym punktem na mapie naszej wyprawy jest najmłodsza – jak dotąd – destylarnia na wyspie, Kilchoman. Niecałe dwa kilometry za Bruichladdich skręcam więc w lewo, w wąską drogę B8018. Ta kategoria w systemie oznakowania brytyjskich dróg najczęściej oznacza drogę wąską, krętą, o podrzędnym lokalnym znaczeniu. Drogi oznaczone literką B i czterocyfrowym numerem będą często drogami pojedynczymi, których szerokość nie pozwala na swobodne mijanie się pojazdów, o wyprzedzaniu nawet nie wspominając. Na takich drogach raz po raz znajdują się tzw. mijanki, czyli miejsca na tyle szerokie, że dwa samochody mogą na nich w miarę sprawnie wykonać manewr mijania. Oznacza to w praktyce, że drogą taką trzeba jechać ostrożnie, nie za szybko, by w razie konieczności – gdy zobaczymy nadjeżdżający z przeciwka inny samochód – zdążyć zatrzymać się na najbliższej mijance i poczekać aż tamten samochód przejedzie obok nas. Chyba że zauważymy, iż tamten uczynił to wcześniej. Wtedy jedziemy, a mijając stojącego by nas przepuścić kierowcę, machamy mu przyjaźnie ręką w geście podziękowania. To machanie z czasem przeradza się w niedbałe unoszenie dłoni znad kierownicy, jest jednak w dalszym ciągu miłym gestem, o którym warto pamiętać.

 

Wkrótce oczom naszym ukazuje się sporych rozmiarów jezioro, a za chwilę z B8018 zjeżdżamy na drogę pozbawioną już jakichkolwiek oznaczeń. To jezioro, którego torfowe, podmyte brzegi znajdują się w tej chwili całkiem blisko drogi, to Loch Gorm, największy zbiornik słodkowodny na wyspie. A woda w nim rzeczywiście słodka, torfowa, pyszna. Jezioro zasilane jest głównie przez wodę spływającą z okolicznych wzgórz i przesączającą się przez ogromne złoża torfu. Jest w związku z tym ciemnobrunatna, a w pochmurnej, mrocznej aurze przedstawia widok cokolwiek złowrogi. Szczególnie, że z odpowiedniej perspektywy widać nie tylko taflę brunatnej wody jeziora, ale też bardziej pogodne, wręcz turkusowe wody oceanu. Nic dziwnego, że pobliska Kilchoman nazwała swą ciemną, sherry’ową whisky butelkowaną rokrocznie właśnie Loch Gorm.

 

Zabytkowy krzyż na cmentarzu w Kilchoman.

 

Jadąc mniej więcej wzdłuż brzegu Loch Gorm dotarliśmy do farmy Rockside, bardziej znanej wielbicielom whisky jako destylarnia Kilchoman. Destylarni, która w założeniu miała w maksymalnym stopniu odtworzyć sposób działania szkockich gorzelni w czasach, gdy odpęd whisky był dodatkowym zajęciem i sposobem na upłynnienie, nomen omen, nadwyżek wychodowanego jęczmienia. Tak więc, na farmie Rockside hoduje się własny jęczmień, samodzielnie się go słoduje na tradycyjnej podłodze, suszy we własnej suszarni, po czym śrutuje, zaciera, fermentuje, i tak dalej. Jako że na farmie hoduje się również zwierzęta, nie ma problemu z utylizacją wysłodków. Bardzo szybko, już w fazie rozruchowej, okazało się, że w rzeczywistości ekonomicznej XXI wieku tak się nie da. Że trzeba posiłkować się jęczmieniem sprowadzanym z zewnątrz, skorzystać z usług słodowni w Port Ellen.

 

Mimo początkowych kłopotów – i to niemałych, jeśli wziąć pod uwagę m.in. pożar w suszarni słodu – destylarnia całkiem sympatycznie rozwinęła skrzydła. Dbałość o każdy element procesu produkcji zapewniła jej produktom uznanie wielbicieli whisky i solidną pozycję wśród pozostałych destylarni na wyspie. Z punktu widzenia turysty odwiedzającego Islay, nie można nie pokochać Kilchoman. Jej istnienie jest wszak powodem, by w ogóle pojawić się w tej części wyspy, wpaść choć na chwilę na miejscowy cmentarz, by podziwiać jeden z cenniejszych tzw. krzyży celtyckich, a także wybrać się paręset metrów dalej, na plażę nad zatoką Machir Bay. Ach, no i zjeść coś dobrego w prowadzonej tu kafejce.

 

Na plaży w zatoce Machir Bay. Wielkich tłumów tu nie ma nawet w słoneczny, ciepły dzień.

 

Machir Bay Beach, ach… Szkocja, jak wiadomo, nie leży w strefie tropikalnej. No w żaden sposób nie chce dać się tam przesunąć. Nie zmienia to faktu, że wzdłuż zachodniego i północnego wybrzeża, a także na wyspach, znaleźć można niewiarygodnie wręcz malownicze, piaszczyste plaże. Często jest tak, że plaża ma nawet kilkaset metrów długości, czasem mniej, a z obu stron otoczona jest potężnymi klifami, dzięki którym na samej plaży jest zacisznie, sielsko. Jeśli dodać do tego opływający Szkocję ciepły Prąd Zatokowy i postępujące w ostatnich latach ocieplenie klimatu, mamy do czynienia z iście rajskimi okolicznościami. No bo tak – woda w oceanie wcale nie jest jakoś specjalnie bardziej zimna niż u bałtyckich plaż, jest bez porównania bardziej czysta, a jak okiem sięgnąć, nie widać ani jednego parawanu! Najczęściej w ogóle nie widać ludzi. No i nie trzeba jechać na drugi koniec świata, by doświadczyć tych luksusów. Plaża u brzegów zatoki Machir Bay jest jednym z takich miejsc, a kąpiel, którą odbyłem tam podczas ostatniej wizyty była jednym z piękniejszych punktów tamtej wyprawy. Szczerze polecam.

 

Tymczasem, wykąpani i zrelaksowani harcami w falach oceanu, wracamy na szlak właściwy naszej wędrówki – szukamy kolejnej destylarni. Powrót wzdłuż Loch Gorm – tym razem po naszej lewej stronie – pożegnalny rzut oka na Kilchoman, i po paru chwilach znów jesteśmy na jednej z dwóch głównych dróg na Islay. Zbliżamy się do Bridgend, gdzie skręcamy w lewo i ruszamy co koń wyskoczy za drogowskazem pokazującym którędy do Port Askaig. Tego konia jednak natychmiast wstrzymujemy. Jest po drodze jeszcze jedno miejsce, które zobaczyć – i którego posmakować – po prostu trzeba. Zaraz po tym, jak znajdujemy się na drodze prowadzącej wprost do Port Askaig (A846), wypatrujemy tabliczki-drogowskazu wskazującego drogę do Islay House Square. Zgodnie ze wskazaniem owej tabliczki, skręcamy w lewo. Po chwili znajdziemy się w miejscu, którego odkrycie przed laty sprawiło mi nie lada frajdę. Oto w starych zabudowaniach gospodarskich przy szlacheckiej rezydencji Islay House rozlokowało się kilka drobnych biznesów, mówiąc najogólniej. Jest tu pracownia artystyczna, studio fotograficzne, sklep z pamiątkami, a przede wszystkim… siedziba browaru Islay Ales.

 

Sortowanie połowu u nabrzeża w Portnahaven.

 

Islay Ales to absolutnie miniaturowy browar – mieszczący się na powierzchni odpowiadającej większemu garażowi – który nie zważając na ograniczenia robi świetne piwo. Tylko tyle i aż tyle, chciałoby się powiedzieć. Zabawne jest „zwiedzanie” browaru, które jest tutaj bezpłatne, a przy okazji można posmakować jego aktualną ofertę. Najbardziej stacjonarne zwiedzanie jakiegokolwiek zakładu, z jakim kiedykolwiek miałem do czynienia. Tam po prostu nie ma gdzie chodzić. Jedno pomieszczenie, fermentory i kadzie ustawione w dwóch rzędach. I już. Wytwarzane tu piwo dostępne jest w większości sklepów i pubów na wyspie, a także na MV Finlaggan, którym na Islay przypłynęliśmy. Nie brakuje więc okazji, by przekonać się czy rzeczywiście chcemy to miejsce odwiedzić – nie wszyscy są wszak wielbicielami piwa. Ja piwo lubię, więc z brzęczącym w bagażniku zaopatrzeniem na wieczór ruszam tym razem już wprost do pozostałych dwóch destylarni.

 

W związku z tym, że droga ta jest w większości prosta, łatwo się rozpędzić i przegapić, bądź zbyt późno zauważyć dość niepozorny drogowskaz wskazujący drogę do Bunnahabhain. Tym bardziej, że jakiś geniusz logistyki transportu ustawił go kilka metrów ZA drogą, którą wskazuje. Tak czy owak, wielkiego ruchu na tej drodze nie ma, więc w ostateczności można łatwo zawrócić. I znaleźć się na jednej z piękniejszych dróg, jakimi dane mi było jeździć. I jednej z bardziej wrednych z punktu widzenia kierowcy. Mamy do czynienia z wąską drogą pojedynczą z mijankami, biegnącą w większości wzdłuż cieśniny Sound of Islay, oddzielającej od siebie wyspy Islay i Jura. Droga biegnie wyraźnie powyżej poziomu morza, więc krajobrazowo ma do zaoferowania niemało. Po prawej stronie roztaczają się niewiarygodnie wręcz piękne widoki na górzystą Jurę i jej słynne „piersi”, czyli wzgórza zwane Paps of Jura. Kiedy droga zbliża się do zatoki, a ta w okolicach Bunnahabhain zaczyna się wyraźnie rozszerzać, widoki naprawdę zapierają dech w piersiach. Jednak okrzyki, jakie raz po raz rzuci pod nosem kierowca – nawet jeśli jedzie sam – w reakcji na nagłe, niespodziewane i przeczące zdrowemu rozsądkowi zawijasy drogi, nie zawsze wyrażają zachwyt i zwyczajnie nie nadają się do cytowania. Nawet jeśli jest to dobrze wychowany kierowca. No po prostu czasem nie da się nie zakląć siarczyście, kiedy wąziutka droga biegnąca tuż nad urwiskiem robi nagły i niespodziewany ostry zwrot,  jednocześnie zaraz za zakrętem opadając gwałtownie w dół i skręcając natychmiast ostro w przeciwnym kierunku. I tak dalej. A przecież i kierowca chciałby choć od czasu do czasu rzucić okiem na wspomniane wyżej widoki…

 

Wczesna wiosna w Bridgend.

 

Wreszcie droga, którą jedziemy robi ostatni zakręt – prawie 180 stopni w prawo, a na dodatek dość wyraźnie w dół – i oczom naszym ukazuje się wchodzący w morze pomost, a przy nim budynki. Charakterystyczny napis na froncie jednego z nich nie pozostawia wątpliwości – jesteśmy w Bunnahabhain, destylarni dla której wybudowano ongiś całą wieś o tej samej nazwie. Rozglądając się po okolicy trudno dziwić się jej założycielowi, Williamowi Robertsonowi, który uparł się, że swoją wizję zrealizuje właśnie tutaj. Nawet jeśli oznaczać to będzie konieczność wybudowania dosłownie wszystkiego, w tym domów, drogi dojazdowej i nabrzeża, od zera.

 

Przez długi czas zapomniana przez wielbicieli single malt whisky producentka wkładu do blendów wydaje się w ostatnich latach budzić z letargu. Co więcej, obecni właściciele, firma Burn Stewart,  wracają do korzeni: w Bunnahabhain ponownie wytwarza się torfową whisky. Tak było w początkach działalności destylarni, tak jest i teraz. Jest to zdecydowanie dobra wiadomość dla wielbicieli mocnego uderzenia, tak charakterystycznego dla whisky z Islay, jednak i w dziedzinie delikatnych subtelności smakowych niezdominowanych przez dymne akcenty, Bunnahabhain też ma sporo do powiedzenia. Butelkowana przez Murray McDavid wielokrotnie, tyleż samo razy udowadniała, że whisky z Islay nie musi powalać dymem, by zachwycić. Co więcej, tylko na przykładzie edycji MMD widać wyraźnie, że wytwarzana tu whisky najzwyczajniej w świecie trzyma poziom – najwyższe noty od koneserów otrzymują zarówno stare edycje z lat siedemdziesiątych, jak i te nieco młodsze, destylowane pod koniec ubiegłego wieku. Piszący te słowa do dziś z rozrzewnieniem wspomina pewną Bunnahabhain 1975 od Murray McDavid, którą osuszał ze znajomymi gdzieś na początku wieku. Nie spodziewając, że kiedyś swoim nieudolnym pisarstwem będzie wysługiwał się firmie, która ją zabutelkowała.

 

Pewnego roku lato na Islay było tak upalne, że trzeba było polewać wodą puste beczki na dziedzińcu, by nie wyschły zanadto. W tle wyspa Jura.

 

Żeby wykonać pełny plan, a więc odwiedzić wszystkie destylarnie na Islay, trzeba jeszcze raz przebyć opisywaną wcześniej drogę i wrócić w główny nurt komunikacyjny wyspy. Wracając jednak trzeba pamiętać, by nie dać się skusić pewnej polnej drodze odchodzącej w lewo, pozornie – a nawet według mapy Google – wprost na budynki Caol Ila. Droga kończy się w środku łąki. Łąki z przepięknym widokiem na Jurę i na interesującą nas destylarnię, ale bez możliwości przejazdu. Sprawdzone. Boleśnie sprawdzone. Wracamy więc do głównej A846 i skręcamy w lewo, na Port Askaig. A potem znowu wypatrujemy dosłownie miniaturowego znaku z napisem Caol Ila. W lewo.

 

Do Caol Ila wiedzie wąska, w większości pojedyncza droga z mijankami. To już jest reguła na wyspie. I znowu w pewnym momencie pojawią się po prawej stronie piękne widoki na Jurę, i znowu droga zacznie gwałtownie zjeżdżać w dół, kręcić, i znowu zupełnie niespodziewanie, po pokonaniu jednego z zakrętów, znajdziemy się niemal na dziedzińcu destylarni.

 

Efekt zupełnie niekontrolowanego przez przewodniczkę zwiedzania Caol Ila. Niektórzy goście wleźli wysoko i patrzyli na halę alembików z góry.

 

Zwiedzanie Caol Ila to zazwyczaj przygoda podobna do tego, co zaoferuje nam większość destylarni należących do Diageo – wyłączyć telefony, absolutnie nie fotografować, gęsiego za przewodnikiem i broń Boże zejść z wyznaczonego (i zaznaczonego na podłodze) szlaku zwiedzania. W takich sytuacjach zwykle ciągnę się na końcu grupy, z niedbale zawieszonym na szyi aparatem i strzelam jak tylko przewodnik zniknie gdzieś za zakrętem, drzwiami, lub zasłonięty zostaje przez co bardziej rosłych uczestników imprezy. Mało to poważne, ale czasem inaczej się zwyczajnie nie da. W przypadku jednak pewnej grupki z Polski kilka lat temu, pani przewodniczka doprowadzona została do takiego stanu, że uznała, iż nie ma sensu nawet próbować egzekwować jakichkolwiek zakazów i nakazów. Zwiedzający rozpełzli się po hali alembików, każdy z aparatem w ręku, i nie było siły, która by ich przywołała do porządku. A że sama zdawała sobie sprawę z absurdalności obowiązujących przepisów, nawet nie próbowała nic z tym robić. Najbardziej beztroskie zwiedzanie, jakie kiedykolwiek odbyłem w destylarni Diageo.

 

Podobnie jak w przypadku niemal wszystkich pozostałych destylarni z Islay, whisky z Caol Ila również kilka razy znalazła się w butelkach opatrzonych logo Murray McDavid. Ciekawostką była Caol Ila 1991 18yo, która najpierw dojrzewała w beczkach po burbonie, po czym przelana została do beczek po białym winie chenin blanc z Quarts de Chaume, by ostatecznie trafić do beczki po słodkim sauternes z Château d’Yquem. A kiedy ostatnio byłem w magazynach Murray McDavid w Coleburn, widziałem tam sporo, naprawdę niemało beczek Caol Ila. Ba, w październiku byłem świadkiem dostawy świeżego destylatu prosto z destylarni. Będzie z czego wybierać na przyszłe edycje pod szyldem Murray McDavid.

 

Niewielki prom przybija do nabrzeża na wyspie Jura. W tle cieśnina Sund of Islay i wyspa Islay. Nadbudówka promu zasłoniła destylarnię Caol Ila.

 

Wizyta na Islay nie byłaby pełna, gdyby nie wykonano w jej ramach szybkiego wypadu na sąsiednią wyspę, Jurę. O samej wyspie mówi się, że zamieszkana jest przez około 200 osób, czyli praktycznie jest pustkowiem, jeśli wziąć pod uwagę wielkość wyspy. To pustkowie jednak, czy też cały obszar wyspy poza nielicznymi siedzibami ludzkimi, aż tętni życiem. Różne źródła podają, że mieszka tam od pięciu do sześciu tysięcy jeleni! I rzeczywiście, jadąc jedyną drogą wiodącą wzdłuż wyspy – znowu w dużej mierze wąską pojedynczą drogą z mijankami – raz po raz natknąć się można na mniejsze i większe stadka. Czasem bywa tak, że wystarczy się zatrzymać, opuścić szybę w samochodzie i można do woli pstrykać fotki, które w innych okolicach wymagałyby nie lada poświęcenia i wytrwałości. Jelenie najczęściej mają głęboko w nosie ludzi. Nie żeby miały zbyt często okoliczność przebywać w ich towarzystwie.

 

Destylarnię na wyspie Jura odwiedziłem kilkakrotnie, jednak najbardziej pamiętną pozostanie moja pierwsza wizyta tutaj, wprost z Ardbeg, kiedy jeszcze gościnność Thomsonów nie zdążyła nam wywiać tak do końca z głowy, a na Jurę zostaliśmy zaanonsowani samemu menadżerowi przez wspomnianych gościnnych ludzi z Ardbeg. Wtedy to po raz pierwszy dane mi było spróbować whisky prosto z beczki, w magazynie celnym. Co to było za przeżycie! A że podróżowałem wtedy z przyjacielem, który był zadeklarowanym wielbicielem tutejszej whisky, zajrzeliśmy we wszystkie kąty, no i wszystkie dostępne wówczas wersje butelkowanej oficjalnie Isle of Jura musieliśmy skosztować. No i byłem wtedy 17 lat młodszy – no przecież musiało być wspaniale!

 

Zdjęcie wykonane zza kierownicy samochodu, z głównej drogi na Jurze, przez uchylone okno. Młody jelonek wcale nie przejął się naszą obecnością.

 

Z wyspą i pobytami na niej mam więcej wspomnień, niekoniecznie bezpośrednio związanych z whisky. Zdarzyło mi się raz, na przykład, wjeżdżać 15-osobowym minibusem na miniaturowy prom łączący Islay i Jurę. Tyłem. Minibusem wypożyczonym dwa dni wcześniej, co najmniej trzy razy większym od samochodu, którym jeździłem na co dzień. Ciągle jeszcze miałem problemy z poruszaniem się nim do przodu i po lądzie, a co dopiero mówić o wjeżdżaniu na wstecznym na chyboczący się na falach promik wielkości łupiny orzecha. Innym razem, podczas próby znalezienia dobrego miejsca do rozbicia namiotu trafiłem w gniazdo lokalnych meszek (midges) i bodaj najbardziej boleśnie przekonałem się, że to nie w Loch Ness żyje najgroźniejszy ze szkockich potworów. O midges jeszcze opowiem, ale zapewniam, że nikt nie chce przekonać się na własnej skórze co spotkanie z nimi może oznaczać. Innym razem strułem się własnoręcznie nałapanymi i ugotowanymi ślimakami morskimi. Leżałem na nabrzeżu, dosłownie dogorywałem, ku ewidentnej uciesze wydr morskich, żyjących w cieśninie Sound of Islay. A nocleg na plaży tuż za Craighouse, główną osadą na wyspie, na zawsze znalazł miejsce wśród piękniejszych doświadczeń, jakich dane mi było w życiu doznać. I tak dalej.

 

Co ciekawe, gdy czyta się o największym dziele George’a Orwella, 1984, które powstało pod koniec życia autora właśnie na wyspie Jura, dowiedzieć się można, że z pewnością ponura atmosfera wyspy miała wpływ na ogólny nastrój powieści – ciężki, ciemny, przygnębiający. Cóż, nigdy nie widziałem deszczu na Jurze. Nigdy. Naturalnie, to nie znaczy, że tam nigdy nie pada i nigdy nie jest ponuro. Bynajmniej. Spędziłem kiedyś dobrych kilka godzin w barze hotelowym w Port Askaig, czekając aż się przejaśni, a ja będę mógł podjąć przerwaną przez rzęsisty deszcz wędrówkę. Co prawda, Port Askaig jest na Islay, ale nie ma mowy, żeby w tym samym czasie na oddalonej o pół kilometra Jurze, na którą wychodziły okna przybytku, też nie padało. Jednak z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że nie widziałem deszczu na Jurze. Ja wtedy zupełnie Jury nie widziałem, tak lało.

 

Przed destylarnią Isle of Jura rosną... palmy. Najprawdziwsze palmy. Takie cuda wyczynia ciepły Prąd Zatokowy, opływający Hebrydy.

 

Wystarczy tych wędrówek po Islay i Jurze. Wracam na nocleg pod zaprzyjaźniony dach w Port Ellen, może jeszcze odwiedzę Ardview Inn, jakiegoś Islay Ale się napiję przed powrotem na stały ląd. Albo wybiorę się na wieczorny spacer na półwysep Oa, do latarni morskiej. Na Islay naprawdę jest gdzie pójść o każdej porze, choć klubów nocnych tu nie uświadczysz.

 

Zbudowany w Gdańsku MV Finlaggan obsługuje trasę Kennacraig - Port Ellen/Port Askaig. Na zdjęciu przy nabrzeżu w Kennacraig.

 

 

[cz. 1] [cz. 2] [cz. 3] [cz. 4] [cz. 5] [cz. 6] [cz. 7] [cz. 8] [cz. 9] [cz. 10] [cz. 11] [cz. 12] [cz. 13] [cz. 14] [cz. 15] [cz. 16] [cz. 17] [cz. 18] [cz. 19] [cz. 20]

 

Ostatnie wiadomości

W galeriach...