Z Murray McDavid po Szkocji (cz. 3)

...

[cz. 1] [cz. 2]

W czasie pobytu na Islay pozwolę sobie odtworzyć kolejność w jakiej sam odkrywałem jej uroki, głównie destylarnie. Co prawda, poniższa narracja jest efektem co najmniej kilkunastu wizyt na wyspie, w trakcie których odwiedzałem jedne miejsca częściej, inne rzadziej, jednak dla porządku, przyjmijmy kolejność chronologiczną.

 

I tak, gdy pierwszy raz wylądowałem w Port Ellen, swoje kroki skierowałem wzdłuż zatoki, ulicą Frederick Crescent, stanowiącą swego rodzaju centrum osady. Mimo iż zabudowania znajdują się tylko po jej jednej stronie. Po drodze zajrzałem do pubu Ardview Inn, gdzie nie zobaczyłem wiele – było to na długo przed wprowadzeniem zakazu palenia w publicznych lokalach. A że Ardview Inn to ulubiona knajpa miejscowych, a miejscowi palą na potęgę, od wejścia nawet za bardzo nie było widać baru. Jak się okazało długo później, niezbyt przecież daleko od drzwi.

 

Jedna z plaż usytuowanych wzdłuż południowego wybrzeża wyspy Islay. Sprawne oko dostrzeże nie tylko namiot, ale i dach samochodu

 

Ardview Inn to miejsce niezwykłe, najbardziej lokalny z lokalnych pubów. Tutaj turyści za bardzo nie wchodzą, bo nie znajdą tu ani śladu blichtru, stylowej boazerii, kominka, czy eleganckiego barmana. W późniejszych latach, podczas kolejnych wizyt na Islay, bywałem w Ardview Inn wielokrotnie. Kiedyś, kiedy odwiedziłem Islay poza sezonem, w zimie, a na dodatek w pojedynkę, byłem tu obcy przez jakieś trzy i pół minuty. A na drugi dzień, cierpiący, pocieszenie znajdowałem w fakcie, że mój pensjonat znajduje się tylko trzy domy dalej, więc nie zabłądziłem w drodze powrotnej. Tutaj miało miejsce starcie z kwiatem lokalnej społeczności, przesympatycznym lokalsem o pseudonimie Cabana. Spotkanie skończyło się tak, że tę szklaneczkę podwójnej Scottish Leader, którą wygrałem w wyniku pewnego zakładu, musiałem wychylić duszkiem, pokazać im jak się w Polsce pije. Straszliwe doznanie. Albo te rozmowy z miejscowymi, kiedy to klękać chciałem przed barem, gdzie butelki Ardbeg, Port Ellen, Caol Ila i pozostałych miejscowych maltów denkami w górę, z miarkami na szyjkach – jak najpopularniejsze blendy w zdecydowanie bardziej wykwintnych lokalach – i to szczere zdziwienie w głosie: taaaa… przyjezdni to piją, ale daj spokój, kto normalny wydałby 10 funtów na drama, skoro te zwykle kosztują funt siedemdziesiąt, a robią dokładnie tę samą robotę…

 

Ardview Inn jednak dzisiaj mijam, bo spieszno mi dalej, w miejsca magiczne. Zdecydowanie bardziej magiczne niż nieco przytęchły pub. Jeśli pójść dalej wzdłuż szeregu bielonych domów, po prawej stronie mając wody zatoki (nie najszczęśliwiej wyglądającej podczas odpływu), dochodzimy do miejsca, gdzie droga skręca gwałtownie w lewo – naprawdę gwałtownie, wskazówka dla kierowców – a parę kroków przed zakrętem biały drogowskaz informuje nas, że trzy mile stąd jest Ardbeg. Jeszcze tylko jedno zwężenie i tak już wąskiej jezdni – i rozpościera się przed nami prosta, z obu stron odgrodzona od łąk i pól charakterystycznymi murkami, droga do raju. Każdy, kto nią jechał wie, że prosta to ona na pewno nie jest; kręci to w prawo, to w lewo, podjeżdża w górę, po czym opada gwałtownie. Taki jest urok wielu prowincjonalnych dróg w Szkocji. Tutaj nikomu nie chciało się, bądź zwyczajnie nie opłacało, niwelować gruntu pod budowę. Droga więc wiedzie nas niemal dokładnie tak, jak pozwoliło na to ukształtowanie terenu. Bywa wesoło, a ten i ów nagle odkrywa, że jednak ma chorobę lokomocyjną. Fakt, wiele zależy od tego, który siedzi za kierownicą. Któregoś razu jechałem podobnie ukształtowaną drogą, wiodącą do nabrzeża promowego w Lochaline. Na Mull się wybieraliśmy. A że moje pasażerki najwidoczniej nie uwierzyły mi, że na prom trzeba zdążyć i być gotowym o wyznaczonej godzinie, wyruszyć w czas, jechałem… dynamicznie. Ja przecież też na ten prom chciałem zdążyć. Dawno nie widziałem tak blado-żółtych twarzy, gdy z piskiem opon wpadliśmy na nabrzeże w Lochaline, do którego właśnie dobijał nasz prom. Ale to inna wyspa, inna opowieść. My tymczasem lecimy – bez cienia pośpiechu – przed siebie.

 

Destylarnia Lagavulin widziana od strony zatoki Lagavulin Bay, spod ruin zamku Dunyvaig

 

Na wspomnianym drogowskazie w Port Ellen była mowa o Ardbeg, ale przecież jeszcze przed oczami mamy widoki wybrzeża Islay widziane z promu. Gdzieś po drodze na tym trzymilowym odcinku znajdują się też Laphroaig i Lagavulin. Wszystkie trzy tzw. Kildalton Distilleries. Z jakiegoś powodu, kiedy pierwszy raz przemierzałem tę drogę, nie zatrzymałem się w Laphroaig. Być może dlatego, że wtedy szedłem piechotą, a do samej destylarni, ukrytej za drzewami, trzeba byłoby odbić od głównej drogi, być może planowałem „zaliczyć” Laphroaig w drodze powrotnej, być może nie zależało mi wtedy na Laphroaig aż tak, jak na Lagavulin. Z całą pewnością odnotowałem znajdującą się po lewej stronie drogi działkę, na której znaleźć można tę swoją osławioną stopę kwadratową Islay, jeśli się jest jednym z Friends of Laphroaig. Lata później z pewnym rozczuleniem szukałem swojego nazwiska w jednej z ogromnych ksiąg, zwierających nazwiska członków tego klubu. Jestem gdzieś w jednym pierwszych tomów. Wtedy jednak, za pierwszym razem, żaden głos wewnętrzny nie kazał mi skręcić w dróżkę wiodącą do Laphroaig. Dość powiedzieć, że pierwszą destylarnią – pierwszą w ogóle, w życiu – do której zawitałem była właśnie Lagavulin.

 

Lagavulin nie sposób nie zauważyć. W gruncie rzeczy, kiedy podróżuje się tą jedyną tu drogą, wiodącą do Ardbeg i dalej, w pewnym momencie białe budynki Lagavulin mamy dokładnie na wprost siebie. Kiedy pojawiłem się to po raz pierwszy kilkanaście lat temu, Lagavulin nie była miejscem zbytnio gościnnym. Niby na drzwiach widniały jakieś godziny otwarcia, niby teoretycznie dało się wejść i zwiedzać, ale gdy się człowiek pojawił na miejscu, mógł się przekonać jedynie o skuteczności zamków w głównych drzwiach części przeznaczonej dla gości. Ja jednak byłem bardziej dociekliwy. Lagavulin, podobnie jak zdecydowana większość szkockich destylarni, nie jest otoczony żadnym płotem, żadnym ogrodzeniem. Wejście na dziedziniec i popałętanie się wśród budynków produkcyjnych i magazynów nie stanowi więc najmniejszego problemu. Dość nieśmiało ruszyłem więc w poszukiwaniu drzwi, które nie byłyby zamknięte, przez które mógłbym dostać się do środka, zobaczyć cokolwiek więcej niż tylko dwie piękne pagody wieńczące jedną z części zwartej grupy budynków.

 

Ruiny zamku Dunyvaig, niegdyś wznoszącego się u wejścia do zatoki Lagavulin Bay

 

Jakie było moje zdziwienie, gdy rzeczywiście jedna klamka uległa pod naciskiem dłoni i drzwi zaczęły się powoli uchylać… A jak wsadziłem głowę do środka, oczom moim ukazały się przysadziste alembiki, a nozdrza zaatakował wszechobecny aromat destylowanego alkoholu. Było gorąco, duszno, parno. A na rozlatującym się krzesełku typu gierkowska klubokawiarnia siedział jegomość słusznych rozmiarów, który ewidentnie nachłonął się otoczenia wszelkimi dostępnymi błonami śluzowymi. Nic mu się nie chciało, to było widać na pierwszy rzut oka. Spojrzał na nas (było nas tam wtedy dwóch), jestem pewien, że w myślach przeklął siarczyście, że zapomniał zamknąć za sobą drzwi, po czym, zagadnięty, powiedział, że właściwie to nas tam nie powinno być, ale skoro już jesteśmy, to se oglądajmy. No to pooglądaliśmy. Pierwszy raz w destylarni, i to od razu w samym środku akcji. Akcji dość niemrawej na pierwszy rzut oka, ale jednak – wszak właśnie na naszych oczach destylowała się owa legendarna Lagavulin!

 

Wydaje się, że turystyczna aktywność sąsiadek Lagavulin, głównie Ardbeg, wymusiła na kierownictwie tutejszego Visitor Centre zejście z laurów na cześć zasługującej i hołdów oczekującej legendy. Od dobrych paru już lat tutejsza recepcja utrzymuje szeroko otwarte drzwi, a program zwiedzania nie ogranicza się li tylko do dwóch czy trzech tur dziennie tradycyjnej przebieżki po zakładzie. Z kilku oferowanych opcji mnie osobiście najbardziej do gustu przypadła degustacja w magazynie, prowadzona przez tutejszego weterana, Iaina „Pinky” McArthura. Co prawda, jej cena podskoczyła z 10 funtów do 23 funtów w ciągu zaledwie kilku lat, a wiek wytaczanych beczek zmienił się odwrotnie proporcjonalnie do tej ceny, to jednak jest to niezwykłe doświadczenie – być świadkiem otwierania kilku beczek, jedna po drugiej, nabierania z nich whisky, rozlewania uczestnikom do kieliszków, a jak ma się trochę szczęścia, można mieć głowę zmytą kilkudziesięcioletnią Lagavulin. Dosłownie! I to w wykonaniu nie byle kogo. Iain McArthur od dziesięcioleci pracuje w Lagavulin, tak więc z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć można, że każda, dosłownie każda Lagavulin, jaką dane nam było kosztować, przeszła przez jego ręce, przyczynił się w ten czy inny sposób do jej wytworzenia. Taka chodząca legenda. A na dodatek pełna życia i dobrego humoru.

 

To ten budynek widać było jako pierwszy z pokładu promu podczas podróży na wyspę Islay

 

Jak wspomniałem, Lagavulin nie jest otoczona żadnym ogrodzeniem, będąc na miejscu warto więc spróbować powłóczyć się po obejściu, zobaczyć zakład z perspektywy pomostu wchodzącego w zatokę, spróbować sobie wyobrazić jak to miejsce musiało wyglądać przed laty, kiedy zatoka Lagavulin Bay dosłownie oblepiona była nielegalnymi, miniaturowymi gorzelniami. No i koniecznie trzeba podejść do ruin zamku Dunyvaig (Dùn Naomhaig), średniowiecznej siedziby Władców Wysp (Lords of the Isles), którzy w średniowieczu władali niepodzielnie szkockimi wyspami, a których wpływy w pewnym okresie obejmowały nie tylko Hebrydy, ale także obszary na stałym lądzie, w tym półwyspy Kintyre, Ardnamurchan i Knoydart. Skoro jednak mowa o Lords of the Isles, czas zabierać się z niezwykle interesującej i gościnnej Lagavulin, i odbyć ostatni etap naszej wędrówki. Czas pojechać do Ardbeg.

 

Zanim jednak przekręcę kluczyk w stacyjce – czy ktoś zauważył jak trudno jest opowiadać o Szkocji nie wpadając raz po raz na nazwy mniej lub bardziej pośrednio związane z whisky? Dla każdego, kto kiedykolwiek próbował Ardbeg 25yo Lord of the Isles, odpowiedź wydaje się oczywista. Jednak w poprzednim akapicie otarliśmy się o jeszcze dwie nazwy, które niejednemu z whisky się skojarzą. Nazwę Dunyvaig nadano kilku niezależnym edycjom whisky pochodzącej z Islay, butelkowanym przez The Silver Seal Company i The Maltman. Dlaczego tak? Widocznie jedna z destylarni miała ogromne opory, by pozwolić niezależnym dystrybutorom na opatrzenie swojego produktu właściwą nazwą. A która? To zawsze pozostaje tajemnicą, zdradzaną nader chętnie w nieoficjalnych rozmowach, spotkaniach. Murray McDavid też miało podobne przygody. Tylko że, zamiast szukać odniesień historyczno-geograficznych, myśmy naszą edycję whisky pochodzącej z pewnej destylarni na południowym wybrzeżu Islay nazwali po prostu Leapfrog, wywalając tym samym bezczelnie język w kierunku jej producenta, który już chyba od tej pory nie robił nikomu tego rodzaju problemów.

 

Budynki Ardbeg w świetle zachodzącego słońca, widziane z pobliskiego klifu

 

Rozważania te zostawiam na poboczu i ruszam w stronę Ardbeg. Przyznać się muszę, że po raz pierwszy trafiłem tu zupełnie przypadkiem, niejako niechcący. Ktoś powie, że to niemożliwe? Jak najbardziej tak. Było to dwa lata po przejęciu destylarni przez Glenmorangie plc, w Ardbeg na pierwszy rzut oka widać było, że jeszcze daleko do końca wszelkich remontów, a destylarnia ciężko pracowała na swój powrót do świadomości wielbicieli whisky na świecie. Powie ktoś, że niemożliwe? Że przecież każdy słyszał o Ardbeg? Jeśli tak ktoś powie, to ja chętnie się z nim (nią) zamienię na metrykę. Tak, były czasy, kiedy o Ardbeg być może się słyszało, ale były to wieści jakby z innej galaktyki, a w najlepszym razie z kategorii ciekawostek, które mało kogo bezpośrednio dotyczyły. Gdyby wtedy ktoś mi powiedział, że za półtorej dekady butelki Ardbeg TEN będą się walały po półkach supermarketów w Polsce, to ja bym… no nie wiem, pewno najpierw zastanowił się kiedy ostatnio w Polsce widziałem supermarket, o jego zaopatrzeniu w whisky słodową nie mówiąc.

 

I stało się, że pewnego niedzielnego popołudnia wszedłem nieśmiało – z tym samym kolegą, z którym wdarłem się wcześniej do Lagavulin – na dziedziniec Ardbeg. Głównie dlatego, że w Lagavulin było zamknięte, był środek dnia, więc na zobaczenie Laphroaig też jeszcze mieliśmy czas. A może przede wszystkim dlatego, że zaciekawiły nas te trzy pagody, które widzieliśmy jeszcze z promu, więc czemu nie sprawdzić co tu się dzieje. Nie piłem jeszcze wówczas żadnej Ardbeg, nie wiedziałem czego się spodziewać. Wpadłem w niezwykle gościnne ramiona Jackie Thomson i jej męża Stuarta. Reszta jest historią – najpierw dziesięciolatka w kieliszkach, potem siedemnastolatka, potem Ardbeg 1975… Rozbijanie namiotu na trawniku na terenie destylarni, pomoc w napełnianiu beczek świeżym destylatem, chłeptanie tegoż ze złożonych w kubek dłoni… Wieczorne spotkanie w biurze Stuarta, dziesięciolatka, siedemnastolatka, 1975… A piliście kiedyś świeży destylat? My? W życiu (przecież nie wydamy świeżo poznanych kumpli, pracowników destylarni, którzy parę chwil wcześniej pozwolili nam na takie hopsztosy). No to ja mam tutaj taki świeży destylat – ten z Ardbeg, ten z Glenmorangie, spróbujmy… A mamy tutaj dwie beczki po sherry z 1976 roku, jutro zaczynamy ręczne butelkowanie tej whisky jako single cask. Whisky raczej lepsza nie bywa. Chcecie spróbować?... I tak dalej, do późnego wieczora.

 

Kildalton Cross, pochodzący najprawdopodobniej z drugiej połowy VIII wieku n.e.

 

Kiedy późną nocą wciskałem się wreszcie w swój śpiwór, rzuciwszy wpierw ostatni raz okiem w stronę tej latarni morskiej, która mrugała do mnie z Irlandii, wiedziałem, po prostu wiedziałem, że następny poranek będzie trudny. Był. Szczególnie, że gościnni gospodarze dali znać na Jurę, że właśnie tam się wybieramy, i żeby przyjąć nas odpowiednio.

 

W Ardbeg byłem jeszcze dosłownie dziesiątki razy, za każdym razem witany z otwartymi ramionami, za każdym razem zaskakiwany coraz to nowymi rarytasami, które kilkanaście lub kilkadziesiąt lat wcześniej spłynęły z miejscowych alembików. Zawsze były to radosne wizyty, pozostawiające niesamowite wręcz wspomnienia. Jedynie pewien spacer nad Loch Uigeadail w towarzystwie Stuarta Thomsona był nieco mniej wesołym wydarzeniem. Było to w lutym 2007 roku, a kto chce wiedzieć dlaczego nie była to taka frajda, niech dokładnie przeanalizuje najnowszą historię Ardbeg.

 

Wydawałoby się, że z Ardbeg to już zawijamy się z powrotem do Port Ellen i tam szukamy dalszych przygód, jednak jest jeszcze coś, pewne miejsce, którego nie wolno pominąć. I tutaj dobitnie do głosu dochodzi konieczność posiadania samochodu, o której wspominałem gdzieś na samym początku całej tej naszej opowieści. Bo żeby dotrzeć tam, gdzie teraz się wybieramy, jedyną alternatywą dla samochodu jest marsz piechotą. A to całkiem spory kawałek drogi. Trochę ponad sześć kilometrów, dokładnie mówiąc. Kildalton Chapel & Cross – nawet gdybyśmy odwiedzili wszystkie destylarnie na wyspie, włącznie z placami budowy w Gartbreck i Ardnahoe, a w Port Ellen najęli się do dorzucania torfu do pieca, wizyta na Islay byłaby nieważna bez odwiedzin w Kildalton.

 

Płyty nagrobne na cemnatrzyku przy kaplicy Kildalton

 

Kildalton to w gruncie rzeczy nazwa niewielkiej, miniaturowej wręcz osady, położonej na północny wschód od Ardbeg. Niegdyś, w czasach świetności Ardbeg, była tętniąca życiem miejscowość. Wraz z upadkiem przemysłu gorzelniczego w latach osiemdziesiątych, wyludniło się i w ruinę popadło wiele takich osad, gdzie głównym źródłem zatrudnienia była destylarnia i jej szeroko rozumiana obsługa, gdzie głównym zajęciem była produkcja whisky. Nazwa Kildalton obecnie często używana jest do określenia tej części południowego wybrzeża Islay, gdzie znajdują się trzy wspomniane destylarnie, wykorzystana została przez Ardbeg jako nazwa jednej ze zjawiskowych wręcz edycji pochodzącej stąd whisky, jednak najczęściej kojarzy się z niezwykłym zabytkiem – rzeźbionym krzyżem celtyckim, pochodzącym z przełomu VIII i IX wieku, jedną z najstarszych i najlepiej zachowanych tego typu rzeźb w Wielkiej Brytanii.

 

Wiodąca do Kildalton Cross droga stanowi przedłużenie tego samego szlaku, który przywiódł nas z Port Ellen do Ardbeg. Bardzo wąska i miejscami kręta droga raz po raz ociera się o malownicze plaże, bądź skałami usiane wybrzeże, które podziwialiśmy z pokładu promu. Nad jedną z takich plaż stał kiedyś mój namiot, a poza niewiarygodnymi wręcz widokami, miejsce zapewniło nam absolutnie niczym nie zmącony spokój. Natomiast na którymś z prostych odcinków drogi z jednej strony widok ogranicza zwarta ściana drzew i zarośli, natomiast z drugiej rozciąga się spore torfowisko, pokryte pojedynczymi drzewami i wysoką trawą. Nad tą trawą często dostrzec można poroże żyjących tam jeleni. A i o spotkanie oko w oko nietrudno, jak przekonałem się osobiście. Droga potrafi być zablokowana przez stado owiec lub krów, które zupełnie nic sobie nie chcą zrobić z tego, że akurat chcielibyśmy jak najszybciej dostać się do kaplicy Kildalton, zobaczyć (i obfocić, oczywiście) słynny krzyż i zdążyć jeszcze na prom. Szczególnie krowy – owce okazują się nieco bardziej płochliwe. Może przypuszczać, że niechęć ustąpienia drogi przez uparte bestie wynika z faktu, że zdają sobie one sprawę z czym mogłoby się to wiązać. Z lewej strony zwarta ściana drzew i krzewów uniemożliwia przedarcie się na bok, a z drugiej zdradliwe torfowisko bezwzględnie unieruchomi każdego, kto tam spróbuje nierozważnie wleźć. Krowy widocznie mają w tej kwestii jakieś doświadczenie, bo z asfaltu nie schodzą. Znam człowieka, który boleśnie przekonał się, że w torfowisko nie wjeżdża się samochodem. Ani na metr.

 

Kildalton Cross raz jeszcze

 

Tym razem jednak się udało. Po drodze nie było upartego bydła domowego, a jedynie spod wysuszonych traw w dwóch miejscach wystawało dorodne poroże. Jelenie są na stanowisku. Dojeżdżamy do ruin kaplicy, przy której znajduje się niewielki cmentarzyk, a na nim ów słynny krzyż. Muszę przyznać, że widziałem go wielokrotnie na zdjęciach, potem na żywo, znowu na zdjęciach i znowu na żywo. Na żywo robi bez porównania większe wrażenie. Podobnie jak całą reszta okolicy – zanurzonej w ciszy, odosobnieniu i niezłomnym, odwiecznym trwaniu. Największe wrażenie miejsce to zrobiło na mnie któregoś lutowego popołudnia kilka lat temu, kiedy to murawa pomiędzy starymi, wytartymi przez deszcz płytami nagrobnymi pokryta była nieskazitelną bielą przebiśniegów. Miejscami prawdziwym gęstym, białym dywanem.

 

Koło kaplicy Kildalton, ale poza murkiem otaczającym cmentarz, czasem rozstawiony jest stolik – niezwykle ciekawy przejaw z jednej strony przedsiębiorczości, z drugiej – troski o gości. Na stoliku stoi zwykle termos z herbatą, drugi z kawą, oraz pojemnik z pokrojonym w kawałki ciastem. Obok znajduje się też skrzyneczka na pieniądze i cennik. No i jednorazowe kubeczki, naturalnie. Całość odpowiednio zabezpieczona, by nie zrobił jej krzywdy wiatr czy deszcz. Każdy, kto ma ochotę na łyk czegoś ciepłego, czy kęs ciasta, obsługuje się sam. W przeznaczonej do tego skrzyneczce pozostawia opłatę zgodną z cennikiem. W razie potrzeby wydaje sobie resztę. Taka skrzyneczka nazywa się – nie bez powodu wszak – „honesty box” i z powodzeniem funkcjonuje w wielu innych miejscach na szkockich bezludziach. Muszę przyznać, że zawsze, ale to zawsze, widok takiej samoobsługowej kawiarni wywołuje we mnie uczucie pewnego wzruszenia. I nieuchronne refleksje nad ludzką naturą.

 

Tęcza nad zrujnowaną kaplicą Kildalton. Słynny krzyż znajduje się po drugiej stronie budynku

 

Wracam jednak w stronę Port Ellen. Czas najwyższy. Wszak jeszcze niejedna atrakcja czeka mnie na wyspie. Już nieco bardziej obojętnie mijam Ardbeg i Lagavulin – czy też, jak kto woli Lag a’Mhuilinn, wszak gaelickie nazwy są tymi pierwszymi, oryginalnymi. Na znaku drogowym wskazującym granicę osady (bo Lagavulin to nie tylko destylarnia, to także pełnoprawna, choć niewielka, miejscowość) widnieją obydwie wersje pisowni nazwy. Okiem rzucam na wystawione na sprzedaż przed jednym z domostw denka beczek – sklecone z sosnowych desek drewniane kółka, na których dość nieudolnie wymalowano nazwy destylarni, z których mają pochodzić – czekające na naiwnych turystów i te kilkadziesiąt funtów, które z ich portfeli można za ich pomocą całkiem legalnie wydoić.

 

Tym razem, kiedy docieram do miejsca, w którym ustawiono tablicę informującą o polu stóp kwadratowych, dzierżawionych przez Friends of Laphroaig, zwalniam i skręcam w drogę wiodącą przez niewielki gaik, za którym bielą się budynki destylarni. Podczas zwiedzania destylarni na tę biel budynków należy zwrócić szczególną uwagę. W sposób nieuchronny, zarówno w procesie produkcji, jak w wskutek parowania z leżakujących w magazynach beczek, w powietrzu unosi się alkohol. Nie zawsze jest go tam takie stężenie, by był wyczuwalny naszym zmysłem powonienia, szczególnie jeśli zmysł ów bombardowany jest dziesiątkami innych doznań – wodorosty, torf, dym, słony powiew od morza – jednak jest go wystarczająco dużo, by wykarmić całe potężne kolonie grzyba, zwanego Baudoinia compniacensis. Grzybek ów uwielbia unoszący się w powietrzu alkohol, a gdy pozwolić mu się rozrosnąć, pokrywa ściany budynków i powoduje, że wyglądają one jakby dopiero co osmalone zostały kopcącym paskudnie palnikiem gazowym, lub ostały się po całkiem poważnym pożarze. W niektórych miejscach Szkocji, szczególnie tam, gdzie znajdują są ogromne skupiska magazynów pełnych dojrzewającej whisky, stanowi to niemały problem dla okolicznych mieszkańców – nasz grzybek potrafi „osmolić” nie tylko ściany domów, framugi okien, czy sprzęty do zabawy dla dzieci, ale także chociażby karoserię samochodu. Stąd też widok nieskazitelnie białych budynków destylarni świadczy o niezwykłej dbałości gospodarzy, hektolitrach grzybobójczej farby wylewanej regularnie na ściany i ogromnej pracy włożonej w schludny wygląd gorzelni. Przyznać trzeba, że wszystkie destylarnie na Islay, a już szczególnie te położone na południowym wybrzeżu, radzą sobie z wrednym grzybem wręcz wzorcowo.

 

Destylarnia Laphroaig widziana od strony zatoki

 

Zacisznie położona nad wodami niewielkiej zatoki Laphroaig dla wielu amatorów whisky stanowić może absolutne spełnienie. Tutaj zobaczyć można nie tylko zacieranie, fermentację, destylację i leżakujące w magazynie beczki. Przy odrobinie szczęścia można się tu załapać na słodowanie i suszenie słodu w tradycyjnej suszarni, budyneczku zwieńczonym dachem w kształcie pagody. Powie ktoś, że takie pagody widzieliśmy już w Ardbeg i Lagavulin, a i z pokładu promu widać było podobne w Port Ellen. Owszem, widzieliśmy. Tylko że wszystkie wymienione stanowią już tylko element zdobniczy, fragment architektury, podczas gdy suszarnia słodu (kiln) w Laphroaig w dalszym ciągu funkcjonuje. Wspomniałem o odrobinie szczęścia, gdyż nie na co dzień odbywa się tu suszenie, co wynika chociażby tylko z natury procesu słodowania – trwa on około tygodnia, a samo suszenie tylko kilka godzin.

 

Laphroaig była prekursorką jeśli chodzi o przyciąganie turystów na miejsce, gdzie powstaje whisky i oferowanie im najwymyślniejszych atrakcji, mających na celu związanie z wytwarzanym tu produktem nie tylko podniebienia, ale też serca. Już w latach dziewięćdziesiątych w każdej tubie zawierającej butelkę tutejszej whisky znaleźć można było kuponik, który należało wypełnić i przesłać do destylarni. W zamian otrzymywało się certyfikat dzierżawy jednej stopy kwadratowej torfowiska należącego do Laphroaig (to poletko po drugiej stronie drogi, o którym wspominałem już kilka razy), od której to destylarnia zobowiązuje się „wypłacić” dywidendę w postaci kieliszka whisky, jeśli dzierżawcy zdarzy się odwiedzić destylarnię. W programie przewidziano też wyprawę na owo torfowisko, poszukiwanie „naszej” stopy kwadratowej i możliwość zatknięcia na niej maleńkiej flagi państwa, z którego dzierżawca pochodzi. Wtedy jeszcze nie przewidziano, że tacy Friends of Laphroaig mogą pochodzić również z Polski, widziałem ręcznie wykonywane, czerwonym mazakiem rysowane, miniaturowe flagi biało-czerwone. Teraz już jest lepiej, sytuacja jest opanowana, biało-czerwone flagi są. A przynajmniej były podczas mojej ostatniej wizyty w Laphroaig.

 

Podczas którejś z wizyt w Laphroaig, bodajże w 2007 roku, spotkałem tam dwóch sympatycznych Szwedów. Na kurtkach mieli zgrabne logo, stylizowane litery układające się w dość egzotycznie brzmiące słowo Mackmyra. Mówili mi, że mają w Szwecji destylarnię, niedawno ją otworzyli, że coś im nie wychodzi, że przyjechali podpatrzyć. Jako że ruchu nie było, wspólnie odbyliśmy spacer po Laphroaig, potem razem pojechaliśmy do Ardbeg. Wygląda na to, że owo podpatrywanie wyszło im całkiem nieźle, bo destylarnia Mackmyra w dalszym ciągu działa, a nawet pewne sukcesy odnosi. Dobrzy obserwatorzy.

 

Główne skrzyżowanie w Port Ellen. Wszystkie drogi prowadzą do... whisky!

 

Wracam do Port Ellen. W pewnym zaprzyjaźnionym pensjonacie B&B umówiony jestem na kolację z owoców morza, a to nie lada gratka. Ktoś z bliskich krewnych mojego gospodarza jest rybakiem, więc wystarczy tylko zgłosić potrzebę, a w kuchni, a potem na talerzu pojawią się świeżutkie i dopiero co przyrządzone homary, kraby, przegrzebki, langustynki… A mój gospodarz jest mistrzem w morskiej kuchni. A mając do dyspozycji najświeższe produkty, potrafi z nich zrobić prawdziwe dzieła sztuki, o które niełatwo byłoby w najbardziej wykwintnych lokalach. Jeśli lubimy owoce morza, warto podczas pobytu w Szkocji, szczególnie na wyspach lub na zachodnim wybrzeżu, dopytać gospodarzy o takie możliwości. Standardowo w pubach dostaniemy rybę z frytkami lub panierowane krewetki (nazywane tu scampi), jednak prawie nigdy nie będą to dania ze świeżych produktów. Podobnie w nieco bardziej eleganckich restauracjach, na przykład w hotelach. Opcją bywa zakup żywego homara od rybaków i własnoręczne przyrządzenie go, ale to już zadanie dla śmiałków o mocnych nerwach.

 

Myśląc o czekającej mnie uczcie zajeżdżam pod mój pensjonat. Powoli zapada zmrok, przy nabrzeżu portowym zasypia MV Finlaggan, który właśnie odbył ostatni rejs tego dnia i jutro z rana znowu wyruszy do Kennacraig. W głębi zatoki, w wodach której odbijają się promienie zachodzącego słońca, widać już tylko kontury dwóch pagód, odznaczające się na czerwonym niebie. To stara, dobra Port Ellen. Z półwyspu Oa mruga do mnie latarnia morska. Świat powoli przestawia się na wieczorny tryb relaksacyjny. Zrobię to i ja. Jutro przede mną Bowmore, Bruichladdich, Kilchoman, Caol Ila i Bunnahabhain. A jak dobrze pójdzie, to może wyskoczę na sąsiednią wyspę Jura. Tam podobno sporo jeleni spotkać można, wtopię się w tłum.

 

Ale to dopiero jutro, dzisiaj jeszcze uczta i co najmniej jeden solidny dram. Wśród whisky z odwiedzonych dziś destylarni, a butelkowanych przez Murray McDavid, uśmiechają się do mnie przede wszystkim Laphroaig, na przykład ta z aktualnej oferty, destylowana w 2001 roku, dojrzewana w beczkach po burbonie – jak przystało na Laphroaig – a na koniec wrzucona do nowej, świeżej beczki first-fill, również po burbonie. Pełna wigoru 14-latka świetnie komponuje się ze wszystkim, co mnie tu otacza – powiew znad morza, aromat dymu torfowego, dobiegający czasem znad pobliskiej słodowni, wodorosty gnijące na dnie zatoki podczas odpływu. A może sięgnę po stare zapasy, na przykład po osiemnastoletnią Ardbeg z 1993 roku, butelkowaną w 2011. Lub jej siedemnastoletnią siostrę z 1994. Whisky z Islay wielokrotnie trafiały do butelek opatrzonych logo MurrayMcDavid, więc z pewnością będzie w czym wybierać. Choć prawdę powiedziawszy, najpewniej po prostu zachowam się przyzwoicie i zachwycę jakąś popularną whisky mieszaną, którą zaserwuje mi po kolacji mój gospodarz. Nie zawsze pija się najlepsze whisky świata, a odpowiednie towarzystwo potrafi wznieść na wyżyny smak najzwyklejszego trunku.

 

Miniaturowe, wydawać by się mogło, budynki destylarni Port Ellen w ostatnich promieniach zachodzącego słońca

O, chwileczkę! Wiem! Odwzajemnię gościnność szklaneczką Rìgh Seumas I 2004, mieszanej whisky słodowej spod szyldu Murray McDavid, zestawionej tylko i wyłącznie z destylatów słodowych, której głównym składnikiem jest 10-letnia Bruichladdich, wzbogacona o zdecydowanie starsze destylaty z kilku innych destylarni, w tym odwiedzanej już Auchentoshan. Rìgh Seumas I 2004 powstała tu, na Islay, zestawiona została z whisky słodowych dojrzewanych w beczkach po kilku różnych rodzajach trunków, a na koniec trafiła do beczki first-fill po burbonie. Jej nazwa to nasz hołd dla jej twórcy, a zawartość każdej z 882 butelek to symfonia na cześć szkockiej wody życia. Tak, to będzie odpowiednia whisky na zakończenie tego dnia. A jutro ruszamy dalej. Jeszcze tyle Szkocji pozostało nam do odkrycia.

 

 

[cz. 1] [cz. 2] [cz. 3] [cz. 4] [cz. 5] [cz. 6] [cz. 7] [cz. 8] [cz. 9] [cz. 10] [cz. 11] [cz. 12] [cz. 13] [cz. 14] [cz. 15] [cz. 16] [cz. 17] [cz. 18] [cz. 19] [cz. 20]

 

Ostatnie wiadomości

W galeriach...